Ewa Wiśniewska: Nie interesowali mnie przystojni mężczyźni

Ewa Wiśniewska /Paweł Wrzecion /MWMedia

Reklama

Spotykamy się we Flora Caffe, uroczej restauracji w warszawskim ogrodzie botanicznym. Ewa Wiśniewska traktuje to miejsce jak drugi dom, w którym można ogrzać się ciepłą herbatą, zjeść pyszny obiad czy uciąć krótką pogawędkę z personelem. Tu czas płynie swoim własnym niespiesznym rytmem.

Czy w pani rodzinnym domu panowała żelazna dyscyplina, czy raczej pełna swoboda?

Ewa Wiśniewska: - Obowiązywał rygor pruski. Rodzice trzymali mnie na dość krótkiej smyczy, bo byłam dzieckiem trudnym do okiełznania. Już w przedszkolu pokazałam, jakim dzieciulkiem potrafię być. Postanowiono więc szybko doprowadzić mnie do pionu i posłano do szkoły rok wcześniej. Obok normalnej szkoły podstawowej, popołudniami miałam zajęcia w szkole muzycznej, a potem kontynuowałam naukę w średniej szkole muzycznej w klasie fortepianu.

Pomysłów na życie pani nie brakowało!

- W podstawówce chciałam zostać pediatrą. Później, z racji mojej odwzajemnionej miłości do piłki siatkowej, myślałam o Akademii Wychowania Fizycznego. Miałam też pomysł, żeby studiować na Akademii Sztuk Pięknych, ale szybko mi przeszło. Maturę zdawałam jako 17-latka i rozpoczęłam studia w Akademii Teatralnej w Warszawie. Suma summarum, przestałam uczęszczać na zajęcia w średniej szkole muzycznej, o czym rodzice dowiedzieli się post factum.

W wieku 14 lat wygrała pani konkurs "Piękne dziewczyny na ekrany".

- Zaczęło się obiecująco, ale niczym nie zaowocowało. Zaproszono mnie do wytwórni filmowej w Łodzi, ale ekipa, do której trafiłam na próbne zdjęcia, bardziej zajęta była moją piękną mamą niż mną.

Wygrana w prestiżowym konkursie w tak młodym wieku mogła przewrócić w głowie...

- Stabilne i mocne rusztowania, które postawili rodzice, ale również szkoła, nigdy by mi na to nie pozwoliły. Nigdy nie byłam pyszna i nie tupałam nogami, nawet bym się nie odważyła. Obok zdrowej dyscypliny obowiązywał bezwzględny szacunek dla rodziców. Obawiam się, że to już nigdy nie wróci. Chamstwo, które mam okazję obserwować na każdym kroku, bierze się przecież z wychowania.

Reklama

Bliżej było pani do taty czy do mamy?

- Do obojga. Moi rodzice byli doskonale dobranym małżeństwem. Do samego końca widać było tę wzajemną miłość i szacunek.

Była pani najstarszą z trzech sióstr. Czy między wam czuć było siostrzaną miłość, czy raczej wzajemną rywalizację?

- Nigdy z nikim nie rywalizowałam, zresztą nie mam takich zapędów. Rywalizacja kojarzy mi się z ludźmi w gruncie rzeczy mocno zakompleksionymi, którzy na każdym kroku muszą coś udowadniać sobie i innym. Ja nie musiałam i nie muszę.


W jednym z wywiadów przyznała pani, że uciekła z domu. Coś mi tu nie pasuje...

- Musiałam wyzwolić się z tych żelaznych zasad, choćby z tej, że muszę być w domu najpóźniej o godz. 22.25. Uciekłam w małżeństwo z kolegą ze szkoły teatralnej.

Już na studiach reżyserzy obdarzyli panią bezgranicznym zaufaniem, powierzając znaczące role teatralne.

- Szlify zdobywałam w Teatrze Ludowym. Miałam szczęście, że od razu grałam duże role, co zawdzięczam dyrektorowi Jerzemu Rakowieckiemu. Pierwszą była Anna z "Warszawianki" Stanisława Wyspiańskiego, gdzie partnerowałam ówczesnemu rektorowi i opiekunowi mojego roku - Janowi Kreczmarowi. Uczyłam się zawodu również w Teatrze Telewizji, który dziś już właściwie nie funkcjonuje.

A szkoda.

- Pewnie, że szkoda. Dostawałam masę listów od widzów, którzy prosili mnie, żebym jakkolwiek wpłynęła na władze TVP, ale co ja mogłam? A przecież Teatr Telewizji docierał do szerokiej widowni, która nie miała możliwości obcowania ze sztuką, zarówno w wymiarze logistycznym, jak i finansowym. Telewizja zamknęła to okno na świat, czego nie sposób zrozumieć.

Dzięki serialowi "Doktor Ewa" stała się pani jedną z najpopularniejszych aktorek.

- Zdumiewa mnie, że do dziś spotykam się z dowodami pamięci i sympatii. Ludzie zaczepiają mnie na ulicy, zagadują.

A czy zdarzały się jakieś propozycje matrymonialne?

- A i owszem, ale nikomu nie udało się wstrzelić w odpowiedni moment.

Jacy mężczyźni zasługują na pani uwagę?

- Inteligentni i dowcipni. Mężczyzna bez poczucia humoru nie miał u mnie szans. Nie interesowali mnie przystojni mężczyźni, którzy w mojej ocenie bywają próżni. Nie miało dla mnie znaczenia, czy brunet to, czy blondyn i jakim kolorem oczu na mnie patrzy. Nigdy też nie zwracałam uwagi na status materialny. Musiał mi "zawiać mózg", mieć to "coś", mieć osobowość.

Czy wszyscy mężczyźni, z którymi się pani wiązała, byli takimi osobowościami?

- Niewątpliwie. W danym momencie.

Ale momenty mają to do siebie, że się kończą.

- Dokładnie! Poszukiwałam absolutnego, niemożliwego do znalezienia uczucia, które trwałoby nieskończenie, ale zabrakło mi cierpliwości. Po pewnym czasie kończyła mi się chęć dalszego poznawania tej osoby. Odchodziłam, kiedy zaczynało robić się nudno.

Nigdy pani nie żałowała tych zmarnowanych szans?

- Z perspektywy czasu widzę, że mogłam postąpić inaczej, ale wtedy nie widziałam i gnałam dalej. Wzruszam się, kiedy widzę starszych ludzi spacerujących i trzymających się za rękę, zainteresowanych wszystkim, co się dzieje, a przede wszystkim sobą.

Czy wtedy pojawia się jakiś żal, tęsknota?

- Oczywiście, za tym, że mogłabym, ale tak wybrałam i godzę się ze swoimi decyzjami.

Jak to jest żyć samodzielnie?

- Fantastycznie. Całe życie decydowałam o sobie i nadal decyduję.

Czy ta niezależność może odstraszać mężczyzn?

- Niewątpliwie tak. Kobiety powoje czy też bluszcze wygrywają na tej swojej pseudopokorze. Jeżeli widzę, że facet daje się kołować, z miejsca tracę do niego szacunek i myślę: "Boże, ty biedaku!".

Uroda przemija, ale talent pozostaje. Czy pani z pokorą przyjmuje to, co niosą lata?

- Stratą czasu i energii jest zatrzymywanie czasu. Dla aktorki to trudne, ponieważ pewnych ról już nie zagra, ale są inne, bardzo interesujące.

Część aktorek nie radzi sobie z upływającym czasem i na potęgę korzysta z salonów piękności. Nigdy panią nie kusiło?

- Nigdy, co nie oznacza, że inni nie mogą z tego korzystać. Mam jednak poczucie, że ulotność tych starań może powodować rozgoryczenie. Pomijam karykaturalność tych efektów.

Czy jest pani impulsywna? Zdarzało się pani trzaskać drzwiami?

- Nie przypominam sobie takich incydentów, ale w którymś z wywiadów Krzyś Kowalewski, zapytany, jak to się stało, że jesteśmy razem, powiedział: "Wpadłem w pole rażenia Ewy Wiśniewskiej". Nic dziwnego, że "wpadł", w końcu obdarzony jest dużym poczuciem humoru i inteligencją.

Jak długo byliście państwo razem?

- Bardzo długo, ale przede wszystkim byliśmy przyjaciółmi, choć wolałabym się na ten temat nie rozgadywać. Było, minęło.

Z jakimi ludźmi jest pani po drodze?

- Z mądrymi i otwartymi na otaczającą rzeczywistość. Jeśli ktoś cierpi na klaustrofobię światopoglądową, to jest nam nie po drodze.

Szarpie panią polityka?

- Mało, że szarpie! Reaguję na tyle emocjonalnie, że w pewnym momencie przestałam kupować codzienną prasę, a telewizor zaczął mi służyć wyłącznie do oglądania programów przyrodniczych.

Kilka lat temu zamieniła pani dom z ogrodem na mieszkanie w centrum...

- I jestem szczęśliwa. Praca w ogrodzie sprawiała mi przyjemność, ale dojazdy na próby i spektakle sprawiły, że dom stał się jedynie moją sypialnią. Mieszkanie w centrum ma swoje uroki, począwszy od spacerów, skończywszy na szybkim przemieszczaniu się z miejsca na miejsce.

Gdzie jeszcze szuka pani wytchnienia od codzienności?

- Wakacje spędziłam w Urlach, w rodzinnym domku letniskowym, z siostrami. Każda robiła to, na co miała ochotę. Spotykałyśmy się na śniadaniu czy kolacji, siedząc pod ukwieconą pergolą. Na obiady chodziłyśmy w zaprzyjaźnione miejsce, bo żadnej z nas do głowy by nie wpadło mieszać w garnkach. Odwiedzali nas sąsiedzi, składałyśmy rewizyty, chodziłyśmy na spacery, siostra czytała mi książkę, rozwiązywałam krzyżówki, a czas płynął spokojnie i niespiesznie.

Spacery z kijkami?

- Nie, to bez sensu, nienawidzę! Na spacery chodzę sama albo z kimś, kto równa mi kroku. W przeciwnym wypadku wolę siedzieć w kawiarni.

Pozwala sobie pani na chwile słabości?

- Nie mam czasu chorować, gram w pięciu różnych spektaklach. Jestem typem zadaniowca, skupiam się na jak najlepszym wykonaniu zadania, a tak naprawdę to straszny ze mnie leń, taki trochę byczek Fernando, leżący pod drzewem z kwiatkiem w zębach.

Ola Siudowska/AKPA

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Wiśniewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje