Ewa Wachowicz: Dieta? Zepsute słowo!

Ewa Wachowicz /Paweł Wrzecion /MWMedia

Jej Wielkanoc musi być kolorowa, smakowita i pełna uśmiechu. Na świątecznym stole zawsze pojawia się kilka potraw, które zapamiętała z dzieciństwa i przyrządza według rodzinnego przepisu. Ewa Wachowicz nie wyobraża sobie życia bez gotowania, podobnie jak bez wysokogórskich wypraw i dobrego towarzystwa.

Reklama

Znów zasiada pani w jury "Top Chefa". Co się zmieniło w programie od pierwszej edycji?

Ewa Wachowicz: - Przede wszystkim mamy nowych zawodników. Z każdą edycją są bardziej dojrzali, odważni, ciekawi świata i smaków. Kiedy tym razem przeczytałam ich życiorysy, byłam pod wielkim wrażeniem. 10 z nich to szefowie kuchni, wielu jest po stażach w gwiazdkowych restauracjach od Europy po Amerykę.

Po co im więc jeszcze udział w telewizyjnym talent show?

- Nasz program ma świetną markę, jego zwycięzcy pokazali się od najlepszej strony. Udział w telewizyjnym show ułatwia wybicie się. Na przykład Martinowi Gimenezowi-Castro zwycięstwo w pierwszej edycji przetarło ścieżki - zaraz po programie dostał propozycję pracy i jego kariera nabrała tempa. Nie tylko jego zresztą, "Top Chef" podobnie zadziałał w przypadku innych zwycięzców, np. Marcina Przybysza albo Kasi Daniłowicz.

Potencjalni pracodawcy oglądają więc "Top Chefa" nie tylko dla rozrywki.

- Tak, bo ten show pokazuje, jakie kto ma umiejętności i słabości. Żeby wygrać, trzeba mieć znakomicie opanowany warsztat, być zorganizowanym, rzetelnym, kreatywnym, umieć współpracować z ludźmi i nimi zarządzać

To prawda, że program "Ewa gotuje" powstaje w pani własnej kuchni?

- Kiedy 10 lat temu dostałam propozycję przygotowania programu kulinarnego, dużo się zastanawiałam, jak miałby wyglądać. Doszłam do wniosku, że musi być prawdziwy, a ja jestem prawdziwa w swojej kuchni. I tak od dekady zapraszam widzów do mojego domu.

Ale nie całego...

- Kamery mogą pokazywać tylko kuchnię i jadalnię. Do sypialni ekipa ani widzowie wstępu nie mają. Dzielę się z nimi życiem zawodowym i pasjami, ale życie prywatne zostawiam dla siebie.

Ktoś napisał kiedyś na pani profilu na Facebooku: "Możesz być nawet Miss Polonia, ale i tak skończysz przy garach". Uraziło to panią?

- A skąd, autor wykazał się wielkim dowcipem. Ubawiłam się, często cytuję to zdanie w różnych okolicznościach. Zresztą gary to moja pasja, a najbardziej mnie cieszy, kiedy widzę, jak moi bliscy zajadają się tym, co ugotuję.

Tęskni pani do czasów, kiedy wzięła udział w konkursie piękności, za tamtą sobą?

- Nie wiem, czy zawsze będę tak myśleć, ale doceniam każdy rok mojego życia. Z każdą chwilą mam w sobie więcej dojrzałości i dziś bardziej się sobie podobam. Pod wieloma względami jestem teraz fajniejsza, mam więcej świadomości siebie samej, inaczej patrzę na świat. Jak sobie przypomnę, jakimi bzdurami przejmowałam się jako dwudziestolatka, w głowie mi się to nie mieści. Po co w ogóle się przejmować?

Ćwiczy pani, żeby zachować formę?

- Staram się regularnie chodzić na siłownię i jeździć na rowerze, ale różnie to bywa z czasem na treningi. Jeśli mi się nie udaje go wygospodarować, mam własny zestaw ćwiczeń. Na przykład codziennie robię tyle przysiadów i pompek, ile mam lat. Ostrzej trenuję, kiedy przygotowuję się do wypraw górskich, ale góry determinują to, że staram się znajdować czas na treningi przez cały rok. Nikt nie wyniesie mnie na szczyt, mogę liczyć tylko na siebie, na swoje nogi i pojemność płuc. Żeby mieć siłę na wspinaczkę, muszę dbać o formę. Zresztą w ogóle jestem zwolenniczką życiowej harmonii - zdrowego jedzenia, zdrowego ruchu, dbania o siebie.

Dalej ciągnie panią w góry?

- Bardzo. Mam szczególną słabość do miejsc, gdzie nie ma tłumu turystów, można się nacieszyć przyrodą, wspaniałymi widokami i ciszą.

Reklama

Mount Everest chyba więc odpada.

- Nie biorę go w ogóle pod uwagę: nie interesuje mnie stanie w kolejce, żeby zrobić sobie selfie na szczycie, nawet najwyższym na Ziemi.

To dokąd się teraz pani wybiera?

- Mieliśmy przygotowaną wyprawę do Etiopii, ale właśnie wprowadzono tam stan wojenny. Zastanawiamy się więc nad Andami albo Kenią.

Zdobyła już pani Koronę Wulkanów Ziemi?

- Nie, mam na koncie sześć z siedmiu szczytów, został mi jeszcze Mount Sidley na Antarktydzie. Planowaliśmy ekspedycję na grudzień tego roku, ale zobaczymy, czy się uda. To trudna wyprawa, zarówno pod względem logistycznym, jak i finansowym. Prawdziwe wyzwanie.

Wyzwaniem była też pani pierwsza praca - w latach 90. była pani sekretarzem prasowym premiera. Myśli pani o powrocie do polityki?

- Kiedy dostałam posadę sekretarza prasowego Waldemara Pawlaka, miałam 23 lata, ciekawość, jak się rodzi polska demokracja, i chęć sprawdzenia wszystkiego na własnej skórze. W tej chwili mam więcej doświadczeń i nieporównywalnie większe możliwości wyboru. A praca w kuchni jest znacznie mniej stresująca niż zaangażowanie w politykę. Naprawdę szkoda życia na stresy...

... i, jak pani kiedyś powiedziała, na beznadziejne jedzenie. Na co jeszcze?

- Na beznadziejne towarzystwo, na złą pracę. Ale w życiu jest potrzebna różnorodność - żeby docenić to, co mamy, musimy czasem doświadczyć czegoś nieprzyjemnego.

Podobno w pani słowniku nie istnieje słowo "dieta", chociaż jest pani z wykształcenia specjalistką od żywienia?

- Kiedyś "dieta" oznaczała odżywianie. Współcześnie to słowo zostało zepsute - dziś nie kojarzy się z czymś miłym. Słyszymy "dieta" i myślimy: coś trzeba wykluczyć z jadłospisu. Raz to jest gluten, innym razem laktoza, raz warzywa zielone, raz czerwone, zabraniają nam chleba, jajek. Ale nie ma niezawodnego środka na odchudzanie. Każdy ma inny metabolizm, tryb życia, geny i to od wszystkich tych czynników zależy, jaką mamy sylwetkę.

Żadne zasady w dietach się nie sprawdzają?

- Owszem, wszystkim nam służy pięć posiłków dziennie, jedzenie małych porcji, wypijanie dwóch litrów płynów. Można wymienić jeszcze parę podobnych zaleceń, ale poza tym każdy powinien odżywiać się inaczej, zgodnie ze swoimi potrzebami. Zamiast katować się ograniczeniami, które narzucają nam modne diety, pokochajmy swój organizm, dobrze go traktujmy i smacznie karmmy, a on się nam odpłaci.

A jakie smaki wielkanocne kojarzą się pani z dzieciństwem?

- W moim rodzinnym domu o świętach myślało się już na dwa tygodnie przed Wielkanocą. Wtedy odbywało się świniobicie. Były robione kiełbasy, pasztety, kaszanka, salceson i inne pyszne wyroby. Dom pachniał wędzoną szynką, świeżo tartym chrzanem i mazurkiem, który na naszym wielkanocnym stole pojawia się w wielu odsłonach.

Bez jakiego produktu nie wyobraża sobie pani Świąt Wielkanocnych?


- Nie może zabraknąć dwukolorowej baby, wszyscy na nią bardzo czekają. To babka ucierana, która wymaga wielkiej pracy i piekę ją tylko raz w roku, ale za to robię od razu dwie. Pierwszą w Wielki Piątek - jemy ją z mlekiem na śniadanie w Wielką Sobotę, która jest dniem postu. W sobotę piekę drugą. Robię też babeczki cytrynowe, do koszyka ze święconką.

Anna Bugajska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Wachowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje