Ewa Drzyzga: Wstyd może nas dużo kosztować

Potrafi niemal każdego skłonić do zwierzeń, nawet intymnych. Tuż przed jej wakacjami udało nam się porozmawiać z Ewą Drzyzgą o jej programie „36,6ºC”.

Zamiast bać się na zapas, lepiej zapytać kogoś, kto się na tym zna - przekonuje Ewa Drzyzga

Przez lata prowadziła pani "Rozmowy w toku", czego ten program panią nauczył?

Reklama

Ewa Drzyzga: - Przekonałam się, że miłość potrafi być bezbrzeżna, że tęsknota za nią też nie ma granic. Dowiedziałam się, że każdy ma swoją prawdę. I jest ona czasem zaskakująco odmienna od prawdy drugiej strony konfliktu. Utwierdziłam się w przekonaniu, że szanować trzeba emocje każdego z nas, niezależnie od tego, ile ma lat, w jakiej jest rodzinie czy pod jaką szerokością geograficzną się urodził. Tych prawd, które przekazali mi moi goście i ich historie, jest oczywiście więcej i pewnie zabrakłoby nam miejsca na to, by wymienić je wszystkie.

A czy dowiedziała się pani czegoś o ludziach, czego wolałaby pani nie wiedzieć?

- Chyba jednak lepiej wiedzieć...

Udało się już pani otrząsnąć z tych najbardziej trudnych i dramatycznych rozmów?

- Trudno mówić o otrząsaniu się. One zostają w człowieku i go budują. Ja doświadczałam ich pośrednio: słuchając bohaterów programu. To oni musieli wykonać ogrom pracy, żeby ciężar dramatu ich nie przytłaczał, żeby mogli iść dalej, żeby mogli żyć.

"Rozmowy w toku" miały bardzo różnych bohaterów. Nie żal było żegnać się z tą formułą?

- Trudno rozstać się z pracą, której poświęciło się 16 lat życia, ale nowy program buduję z częścią mojego dawnego zespołu i wierzę, że wielu moich widzów i gości wciąż jest ze mną przy "36,6ºC".

Skąd pomysł na zajęcie się sprawami medycznymi?

- Brakowało takiego programu, a przecież zdrowie dotyczy absolutnie każdego z nas. Zdaję sobie sprawę, że godzina tygodniowo to niewiele jak na tak obszerny dział, jakim jest medycyna, ale postanowiliśmy podjąć wyzwanie i zacząć rozmowę o zdrowiu w nowoczesnej formule talk-show. W programie rozmawiamy o najnowszych technologiach, poznajemy wybitnych lekarzy (nie zapominajmy, że są tacy, mimo iż system nie zawsze im sprzyja). Opowiadamy historie pacjentów, rozmawiamy z ekspertami, jak warto dbać o zdrowie, gdzie się leczyć, jak szukać pomocy.

Gdy lata temu kupiłam encyklopedię medyczną, to natychmiast wykryłam u siebie kilka chorób, w tym jedną nieuleczalną. Jeszcze więcej dolegliwości zdiagnozowałam u domowników. A jak z panią? Wszystko nadal dobrze?

- Wiem, o czym pani mówi. Też się badam, sprawdzam, kontroluję i porównuję. Kontroluję także moją rodzinę. Przechodziłam ten stan także przy "Rozmowach w toku", kiedy opowiadaliśmy historie naszych gości cierpiących na rzadkie albo nieuleczalne schorzenia. Po wielu dyskusjach z naszymi konsultantami wiem, że nie wolno wpadać w panikę, ale też nie wolno lekceważyć sygnałów, które wysyła nasz organizm. Nauczyłam się też, że zamiast bać się na zapas, lepiej zapytać kogoś, kto się na tym zna, w tym wypadku lekarza.

Mówi się, że w Polsce najwięcej jest lekarzy, bo każdy ma coś do powiedzenia na temat chorób. To dobrze?

- Chciałoby się, żeby przede wszystkim nie brakowało nam dobrych lekarzy po studiach medycznych i dobrych stażach. Wciąż jest ich za mało i wciąż za dużo pracują. Potrzebujemy lekarzy, których od samego początku, przez cały okres studiów, uczy się, jak rozmawiać z pacjentem i jak budować w sobie siłę na pracę i niesienie pomocy, która przecież nie zawsze okaże się wystarczająca. Jak nie zabijać nadziei na wyzdrowienie w samych pacjentach, jak wspierać ich w pracy nad powrotem do zdrowia.

Co jest najtrudniejsze w rozmowach o zdrowiu? Mnie na myśl przychodzi wstyd.

- Kogo jak kogo, ale lekarza wstydzić się nie możemy. Wstyd może nas kosztować zbyt wiele. Tu chodzi o nasze zdrowie. Ważne jest, żeby znaleźć takiego lekarza, który oprócz tego, że będzie dobrym specjalistą, będzie potrafił wytworzyć klimat do "zwierzeń". Wiem, nie jest to łatwe, ale ja się nie poddaję, będziemy wyszukiwać takich, których nie będzie nam wstyd zapytać. Porozmawiamy także o tym, jak pytać, jak szukać pomocy, gdy "wstydliwy" problem nas dopadnie (śmiech).

Na wiele wstydliwych problemów radę mają koncerny farmakologiczne, proponujące leki na nietrzymanie moczu, najróżniejsze infekcje czy brzydki zapach z ust. Ludzie próbują leczyć się sami. Co na to lekarze?

- Zachęcają, żeby jednak się konsultować. Nie wystarczy zatuszować objawy. Trzeba znaleźć przyczynę tego, co budzi niepokój. Organizm daje nam sygnał - zajmij się mną, pozwól lekarzowi mnie wyleczyć. Nie chodzi o to, żeby przesiadywać godzinami w przychodni, ale żeby współpracować z lekarzem. Dać mu szansę zareagować. Wysłuchać zaleceń i, co ważne, trzymać się ich. Każdy z nas dostanie pole do popisu i będzie mógł się sam leczyć. Ważne, żeby robić to według wskazówek lekarza, a niekoniecznie "dr Google".

Jaki skutek programu ucieszyłby panią najbardziej?

- Żebyśmy byli dla siebie bardziej życzliwi oraz uważni: i lekarze, i pielęgniarki, i pacjenci. I żeby urzędnicy byli bardziej życiowi.

Wspaniała wizja! Pozostaje mi tylko życzyć jej spełnienia. No i udanych wakacji!

- Dziękuję! Co roku cieszę się na wakacje, chociaż wiem, że oprócz wypoczywania będę myśleć, jak opowiedzieć o tych wszystkich ważnych medycznych tematach jesienią. Góra pomysłów rośnie. Dziękuję widzom za wszystkie sugestie. Pracujemy nad nimi.

Rozmawiała Iwona Leończuk.

Dowiedz się więcej na temat: Ewa Drzyzga

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje