Emily Blunt: Tajemnica, która przyciąga

​Debiutowała u boku Judi Dench, pozycję zdobyła mocno rozbieraną rolą u Pawła Pawlikowskiego. Sławę zdobyła dzięki występom w duetach z Meryl Streep, Tomem Cruise'em czy Bruce'em Willisem. Jednocześnie cały czas pojawiała się w kinie niezależnym. Brytyjka od miesiąca szczycąca się (czy aby na pewno?) amerykańskim obywatelstwem. Na ekranie - elektryzująca, na czerwonym dywanie - olśniewająca, na żywo - bezpretensjonalna i roześmiana. Rozmawia się z nią równie przyjemnie, co ogląda w kinie. Tym razem w roli mocnej kobiety w męskim świecie, u boku "Sicario" Benicio del Toro: Emily Blunt.

Emily Blunt w scenie z filmu "Sicario"

Anna Tatarska: Jak to się stało, że jąkająca się dziewczynka została aktorką?

Emily Blunt: - Rzeczywiście jako dziecko bardzo się zacinałam. W pewnym momencie okazało się, że łatwiej jest mi mówić płynnie, kiedy recytuję. Naśladowałam śmieszne głosy, akcenty, to pomagało. Potem nasz szkolny nauczyciel namówił mnie, żebym wystąpiła w przedstawieniu. Ten pomysł wydawał mi się chybiony, byłam przekonana, że poniosę porażkę. Ale na scenie pierwszy raz w życiu mówiłam płynnie. To rzeczywiście ironiczne, że ta jąkająca się dziewczynka wylądowała w zawodzie, który wymaga nieustannego mówienia...

Reklama

Żałujesz czasami, że wybrałaś taką a nie inną zawodową drogę?

- Żartujesz? A skąd! Do niczego innego się nie nadaję, nie mam żadnych kwalifikacji (śmiech).

Wielu aktorom, których spotykam, sława naprawdę ciąży. Są zmęczeni, czasami zniechęceni...

- Mam wspaniałe życie prywatne, cudowny dom, więc chyba dlatego ta publiczna część mojej pracy tak bardzo na mnie nie wpływa. Do tego zawsze łatwe było dla mnie wychodzeni z roli. Praca i życie to dwie osobne płaszczyzny. Pamiętam o tym szczególnie mocno, odkąd mam dziecko. Nie mogę zabierać do Hazel swoich emocji z planu. Ale muszę przyznać, że akurat "Sicario" bardzo wszedł mi pod skórę. Szczególnie jedna scena, w której moja bohaterka musi się bić. To nie mogła być wyreżyserowana, sztuczna choreografia - Kate walczy tam o życie. Chciałam, żeby było czuć jej desperację, przerażenie, determinację. Do tego było to wyczerpujące fizycznie, bo na tyle, na ile było to możliwe, staraliśmy się nie markować ciosów. Następnego dnia byłam poobijana - pół biedy. Gorzej, że przez trzy dni nie mogłam spać. Nigdy wcześniej mi się to nie wydarzyło.

Grasz w filmach, które sama chciałabyś oglądać?

- Tak, przeważnie tak. Jest kilka filmów, w których zagrałam, do których raczej nie chcę wracać. Nie, nie podam tytułów, mogłabym komuś sprawić przykrość. Są trzy, których nigdy nie widziałam. Tak, Twoja intuicja dobrze ci podpowiada... (śmiech).

To zabawne, że ty - znana z subtelnych ról dramatycznych - ostatnio tak często grywasz w filmach akcji. Najpierw "Na skraju jutra", teraz "Sicario"... Wyrastasz na specjalistkę od ról niebezpiecznych babek.

- Wiesz, ról silnych fizycznie, mocnych kobiet jest na rynku niewiele i dlatego lista aktorek, które umieją zrobić pompkę jest bardzo krótka. Nie ma na taką umiejętność zapotrzebowania! Jestem ja, Charlize Theron, Jen Lawrence... i teraz jeszcze Rebecca Ferguson ("Mission Impossible: Rogue Nation"). Ale nie przesadzajmy! Media tak chętnie szufladkują aktorów, dopasowują ich do jakiegoś "typu". Mam przecież  na koncie zaledwie dwie takie role i o wiele więcej całkiem odmiennych występów. Ludzie myślą, że idę w tę stronę bo - tak jak wspominałam - tych ról jest na tyle mało, że od razu się je zauważa, wyróżniają się. Ale nie zamierzam zostać gwiazdą kina akcji. Musiałabym zamieszkać w siłowni, a to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę.

Wiemy, że scenarzystę "Sicario" naciskano, żeby zmienił płeć twojej bohaterki. Producenci chcieli zamiast Kate faceta, bo faceci zarabiają więcej.

- Gdyby nie upór twórców, nie byłoby mnie w tym filmie, więc bardzo się z ich postawy cieszę (śmiech). Jestem szczęśliwa, że Taylor (Sheridan - scenarzysta "Sicario" - przyp. red.) tak zdecydowanie bronił swojego zdania. W innym przypadku mielibyśmy film o facetach, którzy latają z gnatami i strzelają. A to już chyba wszyscy gdzieś widzieliśmy... Postaci kobiece w filmach o służbach specjalnych pojawiają się rzadko, nie ma wielu bohaterek, które biorą udział w tajnych misjach, pracują nie tylko za biurkiem, ale także w terenie. Według mnie to, że Kate jest kobietą, rzuca całkiem nowe światło na tę sytuację, pozwala spojrzeć na zwyczajowo męski świat z innej strony. Jest w tym pewna tajemnica, która przyciąga widza.

Czy taka rola jak ta w "Sicario" wymaga - oprócz pracy nad ciałem, sprawnością - dużych przygotowań? Spotykałaś się na przykład z kobietami, pracującymi w służbach?

- Musiałam oczywiście przejść przez ciężki fizyczny trening, żeby zagrać Kate. Na planie występowaliśmy u boku prawdziwych żołnierzy ze służb specjalnych i trzeba im było dotrzymać tempa. Nie chodziło tylko o sprawność fizyczną - ciało było w pewnym sensie przepustką do świata Kate, kobiety całkiem innej ode mnie. Oczywiście rozmawiałam też z agentkami FBI. Miałam szczęście, bo okazało się, że znajoma znajomej ma kogoś w służbach i udało mi się stosunkowo łatwo poumawiać te spotkania, co inaczej graniczyłoby z cudem. W filmie nie ma zbyt wielu danych na temat przeszłości Kate. Wiemy właściwie tylko, że jest po rozwodzie. A ja chciałam wiedzieć, kim była przed wydarzeniami z trzech dni, podczas których rozgrywa się akcja "Sicario". Dlatego szczere rozmowy z agentkami były mi potrzebne. Te kobiety na szczęście okazały się niezwykle otwarte. Odpowiadały na wszystkie moje pytania, a warto zaznaczyć, że byłam naprawdę wścibska, wypytywałam je o wszystko. Mówiły o tym, jak bardzo ta praca pochłania człowieka, jak trudno jest oddzielić ją od życia prywatnego. Jak samotne potrafiły się niekiedy czuć. Jedna z nich miała chłopaka, reszta była singielkami. Żadna nie miała dzieci. Ten rodzaj pracy wymaga specyficznej konstrukcji psychicznej, której prywatnie nie mam.

Aktorzy bywają samotni?

- A skąd! W tej pracy samotność nie istnieje. Aktorstwo wręcz wymusza socjalizację. Jestem przeszczęśliwa, kiedy raz na jakiś czas udaje mi się pobyć samej! Uwielbiam nie musieć się do nikogo odzywać (śmiech).

W "Sicario" są oczywiście statyści, ale właściwie na ekranie cały czas widzimy waszą trojkę - ciebie i filmowych Matta i Alejandro, czyli Josha Brolina i Benicio del Toro. Stworzyliście na planie taka małą paczkę?

- Zdecydowanie, szczególnie ja i Josh trzymaliśmy się cały czas razem i zachowywaliśmy jak idioci, nie przestawaliśmy żartować. Benicio jest z natury bardziej skupiony i na początku trzymał się nieco z boku. Ciężko pracowaliśmy, żeby go namówić na udział w naszych wygłupach i w końcu nam się udało. To był wspaniały plan, moi partnerzy to nie tylko świetni aktorzy, ale też doskonali kompani. A Denis (Villenueve - przyp. red), nasz reżyser jest wręcz rozkoszny To prawdziwy autor. Nie miał potrzeby ciągłego kontrolowania ekipy. Był niezwykle otwarty, szczery i całkowicie wyzbyty ego. Było oczywiste, że zawsze zwycięży najlepszy pomysł, nie ważne czyj by nie był.

To zabawne, że nazwałaś plan "wspaniałym" bo Josh utrzymuje, że było mu podczas zdjęć bardzo, bardzo trudno...

- Były sceny, które naprawdę igrały z naszymi emocjami. Jak na przykład długa sekwencja, kręcona w podziemnym tunelu. Upał. Pył. To było bardzo, bardzo trudne. Ale z drugiej strony otrzymywaliśmy potrzebne wsparcie, panowała atmosfera współpracy, ja osobiście czułam się bardzo doceniona. To było takie organiczne doświadczenie. Wiem, że to słowo stało się modne i jest ostatnio nadużywane, ale w tym kontekście pasuje idealnie. Ten film bardzo wiele mi dał.

Myślę, że trudności, o których wspominał Josh, wynikają też z trybu pracy Denisa. Ma złożony gust, wiele autorskich koncepcji. Będąc na planie, trudno sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał gotowy film.

- Denis daje aktorowi poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Jest bardzo otwarty na głosy ekipy, dlatego czasami można odnieść wrażenie, że nie ma własnego zdania, o które chce walczyć. Ale tak nie jest. On trochę gra z aktorami. Pozwala im mieć poczucie, że mają kontrolę nad wszystkim. W istocie ma niezwykle klarowną wizję i niepowtarzalny styl. Dopiero oglądając film, zdajemy sobie z tego sprawę.

Myślę, że w przypadku tego konkretnego filmu jego siłę bardzo potęguje muzyka. Skomponowane przez Jóhanna Jóhannssona dźwięki są naprawdę wyjątkowe.

- I niewygodne. Drażniące, ale jednocześnie - wspaniale. Oglądanie swojego własnego filmu to zawsze dziwne doświadczenie. Na planie cały czas jest się wewnątrz tej historii, a nagle patrzy się na nią z zewnątrz. To dezorientujące. Ale chyba nie zdawałam sobie  sprawy, jak bardzo klaustrofobiczna będzie się wydawała ta rzeczywistość. To ogromna zasługa zasługa Denisa, ale też świetnie dobranej ekipy - Jóhanna czy Rogera Deakinsa (operatora - przyp. red.). Ma się wrażenie że kamera na nas poluje, podgląda... Myślę, że do momentu, kiedy wreszcie obejrzałam film, nie zdawałam sobie sprawy, że Kate jest  w pewnym sensie ekwiwalentem widza. Że jedno i drugie jest równie zdezorientowane. Bardzo mi się to spodobało.

Topograficznym centrum "Sicario" jest granica meksykańsko-amerykańska. Ale bohaterowie filmu przekraczają nie tylko granice fizyczne, ale także te metaforyczne, symboliczne.

- Na początku filmu moja bohaterka bardzo wyraźnie widzi granicę między dobrem a złem. Im dłużej przebywa z  Mattem i Alejandro, tym bardziej ten podział się zamazuje. Kate jest przyzwyczajona, żeby postępować zgodnie z zasadami, jest osobą dla której moralność ma ogromne znaczenie. Ale jednocześnie jest w niej ciekawość. "Co byłoby, gdyby?"... Patrzy na swoich kolegów z zespołu, na decyzje, które podejmują i próbuje ustalić, co nimi kieruje. Myślę, że nas wszystkich czasami podskórnie ciągnie do złego. Chcemy chociaż spróbować, jaki smak ma to, co zakazane. Ale to, czy przejdziemy na stronę mroku, zależy tylko i wyłącznie od wyborów, jakie podejmujemy. Nawet w sytuacji wyzwania, sytuacji moralnie niejasnej, możemy postąpić we właściwy sposób. Nie każdy musi stać się wilkiem.

Denis mówi, że ten film jest w pewnym sensie portretem współczesnej amerykańskiej mentalności. Zgodziłabyś się z tym stwierdzeniem?

- Jak najbardziej. Denis nie opowiada o tym problemie w sposób jednostronny, nie przyjmuje fałszywie patriotycznego tonu. Sam fakt, że nie słyszymy na co dzień o tych wydarzeniach wiele mówi o stanie amerykańskiego ducha. Te wszystkie straszliwe rzeczy, przemyt, morderstwa -  to się dzieje tuż obok nas, a jednak ten temat prześlizguje się obok głównego medialnego nurtu. A przecież po amerykańskiej stronie jest sporo winy za aktualny stan rzeczy w Meksyku, korupcja też nie jest jedynie meksykańskim problemem. Jest ogromne zapotrzebowanie na te przemycane narkotyki i dopóki nie zmniejszy się popyt, nie spadnie tez podaż. Denis nie bał się zadawać pytań. Nie szukał gotowych rozwiązań. Nasz film dotyka takiej szarej strefy, o której tak niechętnie się mówi. Pokazuje, że odpowiedzialność za aktualny stan rzeczy jest po obu stronach granicy. Myślę, że było potrzeba kogoś takiego, jak Denis, żeby przyjrzeć się temu zagadnieniu.

Widzisz punkty wspólne między pracą z Denisem a innym francuskojęzycznym kanadyjskim reżyserem, u którego grałaś, Jeanem-Marcem Vallée?

- Tak, zdecydowanie. Jean-Marca (reżysera m.in. "Witaj w klubie" i "Dzikiej drogi" - przyp.red.) też fascynują niuanse. Uwielbia ludzką naturę i jej przejawy. To właśnie najbardziej mi się podobało, kiedy kręciliśmy "Młodą Wiktorię". Dla niego to nie była monarchini, a dziewczyna, która ma taką a nie inną pracę, 18 lat, jest zakochana, jej relacja z matką układa się fatalnie... Jean-Marc kręcił film o rodzinie. Zarówno on jak i Denis uciekają od taniej sensacji i szukają prawdy. Myślę, że to właśnie tak silnie przyciąga do nich widzów.

Jesteś Brytyjką, ale od dłuższego czasu mieszkasz i pracujesz w USA. Od sierpnia tego roku masz też amerykańskie obywatelstwo. Przyzwyczaiłaś się już do Ameryki?

- Wciąż jeszcze nie do wszystkiego. Na przykład denerwuje mnie amerykańska tendencja do robienia rzeczy na pokaz. Jako Brytyjce wydaje mi się to dziwne. Do tego jeszcze dochodzi pewna nieszczerość, która doprowadza mnie do szaleństwa. Ale z drugiej strony wiele typowo "amerykańskich" cech mnie zachwyca. Spontaniczność, otwartość, energia... Wiesz, Brytyjczycy nigdy nie okazują emocji, nawet kiedy się czymś bardzo cieszą. Zatem jedna i druga strona ma swoje plusy i minusy.

Robisz ostatnio same poważne filmy. Nie tęsknisz za komediami?

- Chętnie zagrałabym w czymś lżejszym, ale propozycje, które dostaję, nie są wystarczająco interesujące. Cały czas wydaje mi się, że to coś, w czym już grałam. Ale zabawne filmy, które mi się podobają, powstają, więc jest nadzieja. Nie jestem przywiązana do jakiejś jednej zawodowej ścieżki, co się wydarzy, to się wydarzy.

Rozważyłabyś udział w nieco bardziej "ostrej" komedii - na przykład u boku Amy Schumer? Podobno przygotowuje nowy projekt z Jennifer Lawrence.

- Tak, jak najbardziej tak! To byłoby super. Bardzo chętnie wzięłabym udział w filmie z nimi obiema.

A teatr? Tam zaczynałaś. Tęsknisz?

- Bardzo. Ale ostatnio zaraz po tym, jak dostałam wspaniałą rolę w teatrze, okazało się, że jestem w ciąży. A to miało być sześć miesięcy spektakli. Musiałam zrezygnować. Nie jestem pewna, czy jeszcze pamiętam, jakie to uczucie grać w teatrze. Od poprzedniej roli minęło 12 lat! Chcę sobie znowu przypomnieć, jak to jest występować przed żywą publicznością, noc po nocy badać to samo terytorium i odkrywać coraz to nowe jego zakamarki. W teatrze najdrobniejsze detale potrafią wpłynąć na scenę. Brakuje mi takiego organicznego grania, bez konieczności dbania o te wszystkie techniczne sprawki, o których trzeba pamiętać na planie filmowym.

Wiele aktorek i aktorów zaczyna nieco inaczej dobierać filmy, gdy zostają rodzicami. Zaczynają wybierać produkcje, które chcieliby pokazać swoim dzieciom.

- Mam nadzieje, że Hazel nigdy nie obejrzy drugiej części "Królewny Śnieżki i Łowcy"! Gram tam strasznie pokręcony czarny charakter... A w najbliższym projekcie wcielam się w alkoholiczkę... więc chyba nie wpisuję się w ten schemat. Choć nie, ostatnio poproszono mnie o użyczenie głosu do animacji "My Little Pony". Zgodziłam się, dla Hazel! Poza tym animacja jest świetna. Wchodzisz do budki nagrań w piżamie i jesteś gotowy do pracy. Co za luksus!

Córka zmieniła jeszcze coś w twoim trybie pracy?

- Zdaje mi się, że pracuję mniej. Znacznie precyzyjniej wybieram teraz role. Dokładniej ustalam grafik. Aktorstwo bardzo wciąga, dlatego dana propozycja musi być dla mnie naprawdę warta tego, żeby na jakiś czas chcieć dla niej zostawić dom.

Wspomniałaś, że następna rola w grafiku to alkoholiczka...

- Tak, wystąpię w adaptacji książki "Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins. Gram kobietę w całkowitej rozsypce...

Takie role lubi, zdaje się, oscarowa Akademia?

- Tak? A myślałam, że kluczem do nagród jest postać z niepełnosprawnością?

Najlepiej w rozsypce i z jakąś dysfunkcją.

- Hmm, rozważę to. Może moja bohaterka powinna kuleć...

Jeśli do tego przybierzesz na wadze, widzę twoje szanse w jasnych barwach!

- Tak, alkoholizm, kuśtykanie i kilkanaście kilo na plus co najmniej. Z tego miałby być Oscar? Zastanowię się!

Anna Tatarska (Toronto, wrzesień 2015)

Dowiedz się więcej na temat: Emily Blunt | Sicario

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje