Brenton Thwaites o filmie "Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara": Miałem przewagę nad konkurentami

Latający Holender spoczywa na dnie morza, sława Jacka Sparrowa dawno już przeminęła i wydaje się, że nie ma komu napadać na statki pod piracką banderą... Czy aby jednak na pewno? Z Brentonem Thwaitesem, młodą gwiazdą "Piratów z Karaibów: Zemsty Salazara", mieliśmy okazję porozmawiać pod rozpędzonymi rollercoasterami paryskiego Disneylandu.

Brenton Thwaites w Nowym Jorku (2014)

Bartek Czartoryski: Cześć, Brenton.

Reklama

Brenton Thwaites: - Cześć i przepraszam za spóźnienie, ale Javier [Bardem - przyp. red.] zagadał mnie, że prawie zwymiotował na karuzeli... Nie patrz tak na mnie, mi też było słabo!

Może wobec tego zapytam prosto z mostu: jak dostałeś rolę w nowych "Piratach z Karaibów"?

- Kurczę, łatwo nie było. Miałem chyba ze cztery castingi, potem spotkanie z reżyserami, dalej zdjęcia próbne i rozmowę z Jerrym Bruckheimerem, producentem, i ludźmi z jego firmy, a potem, z przyczyn dla mnie niejasnych, zatrudniono mnie!

A to przypadkiem nie dlatego, że - nie obraź się! - jesteś podobny do Orlando Blooma?

- Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że zagram jego syna! Domyślałem się tego, oczywiście, nie byłem aż tak naiwny. Poza tym jestem Australijczykiem i może miałem przewagę nad konkurentami, bo kręciliśmy u nas.

Kiedy wyszedł pierwszy film z serii, byłeś jeszcze nastolatkiem...

- Ba, nadal jestem nastolatkiem! A przynajmniej tak się mnie obsadza i czasem boję się, że nigdy nie dorosnę na ekranie. Próbuję już dwadzieścia siedem lat! Przechodząc jednak do sedna: uwielbiam pierwsze trzy filmy, zawierają w sobie wszystko to, co powinno mieć dobre kino pirackie. Poza tym podoba mi się, że to filmy dla rodziny i o rodzinie, chodzi tam przecież o poświęcenie się dla bliskich.

Dla reżyserskiego duetu, Joachima Ronninga i Espena Sandberga, to pierwszy blockbuster, a na dodatek od razu kontynuacja jednej z najbardziej kasowych serii. Jak sobie radzili?

- Mogę się jedynie domyślać, że był to dla nich przeskok do innego świata, mieli przecież pewnie ze sto razy więcej pieniędzy, niż dostali na "Kon-Tiki". Ale nawet jeśli przeżyli szok, szybko się z nim uporali i nie dali po sobie poznać, że coś nie gra. Studio i producenci przygotowali dla nich tak świetne warunki, że mogli stale improwizować i nic nie miało prawa ich zaskoczyć. Jeśli na zewnątrz padało i nie dało się kręcić w plenerze, zabierali się za scenę z Javierem na statku.

A jak ty się czułeś na planie za dwieście baniek?

- Hm, robota jest tak naprawdę identyczna, robiłem to samo, co robiłbym gdzie indziej. Aktorstwo to aktorstwo, bez różnicy, jaki jest budżet. Wydaje mi się, że wydane na film pieniądze widać dopiero, kiedy ogląda się gotowy produkt, wtedy możemy docenić w pełni włożony przez nas trud, bo nareszcie mamy i efekty, i charakteryzację, wszystkie elementy układanki są na swoich miejscach.

Wypłynęliście choć raz na morze?

- Kręciliśmy głównie pod dachem studia, przez całe pół roku. Na zewnątrz wyszliśmy chyba jedynie na potrzeby scen na placu miasteczka. Na szczęście Australia była dla nas łagodna i tylko raz złapała nas burza.

Pogadajmy o Henrym i jego relacji z ojcem. Poświęcił dla niego prawie całe swoje życie.

- Tak. Poznajemy go jeszcze jako małego chłopca, szukającego odpowiedzi na temat tego, co stało się z jego rodzicem, nie może pogodzić się z tym, że odebrano mu coś, co mu się z definicji przecież należy. Jest naiwny, dlatego zabiera się za poszukiwanie Trójzębu Posejdona, jedynej rzeczy, która może przerwać klątwę ciążącą na ojcu. I kiedy przeskakujemy o dziesięć lat, przekonujemy się, że nie zboczył z kursu, to wytrwały człek.

A co ty poświęciłeś, żeby zostać aktorem?

- Chyba łatwiej byłoby wymienić to, czego nie poświęciłem! Praktycznie wszystko, stary. Przyjaciół i rodzinę. Dziewczyny. Zamiast chodzić na imprezy, starałem się przebić.

Udało się to wielu australijskim aktorom.

- Tak? Wymień paru.

Cate Blanchett, Geoffrey Rush, Hugh Jackman, Chris Hemsworth...

- Liam Hemsworth...

Luke Hemsworth...

- Jason Clarke... Dobra, faktycznie. Ale wiesz, teraz w Paryżu jest więcej Australijczyków niż w całej Australii. Lubimy się włóczyć. Jako dzieciak zawsze chciałem podróżować. Teraz się zastanawiam, czy to było mądre życzenie, bo czasem mam serdecznie dość. Czemu jednak naszym aktorom się udaje? Nie jestem pewien, może dlatego, że niemal wszyscy emigrujemy, bo nasz przemysł filmowy nie jest zbyt mocny, jesteśmy zdeterminowani, mamy wyjątkową etykę pracy.

Kiedy złapałeś bakcyla?

- Dość wcześnie. Zawsze dobrze szło mi naśladowanie postaci z telewizora. Teatr nauczył mnie zabawy z akcentami. I starałem się zawsze pozostać w kontakcie z tym dzieciakiem, który niegdyś przesiadywał przed ekranem. Jak dorosłem, zobaczyłem, że potrafię nie tylko kopiować, ale również wcielić się w postać, rozbudować ją emocjonalnie, nie tylko się bawić, ale i podejść do sprawy poważnie. Kiedyś nie znosiłem Szekspira, zamiast czytać jego sztuki wolałbym wydłubać sobie oczy widelcem, ale jak zacząłem go grać... Wtedy zakochałem się w tych słowach.

Kręciliście film w ciężkim dla Johnny'ego Deppa okresie. Miało to wpływ na zdjęcia? Prasa plotkarska jeszcze do dzisiaj się o tym rozpisuje.

- Opowiem ci coś. Któregoś dnia przy porannej kawie przeczytałem w gazecie, że Johnny ma kryzys i poleciał z powrotem do Los Angeles. Pomyślałem, że to dziwne, bo mieliśmy kręcić razem sceny, a kiedy poszedłem na plan, oczywiście tam był i graliśmy jak zawsze! Od tamtej pory nie dawałem wiary absolutnie żadnym doniesieniom. A pracowało się nam znakomicie, bo, moim zdaniem, to jeden z największych żyjących aktorów, ma niezwykły talent do improwizacji, idzie na żywioł, czuje tę postać. Czasem łapała mnie przy nim trema, nigdy nie wiedziałem, czego się spodziewać.

Mówisz, że jesteś ciągle zapracowany. Co robisz, kiedy już wygospodarujesz chwilę dla siebie?

- Gram na gitarze.

Jak Johnny.

- Tak!

Graliście razem?

- Nie, nie było czasu, praca. Ale sporo rozmawialiśmy o muzyce.

Co lubisz?

- Głównie folk blues, muzykę gitarową. Ostatnio nawet flamenco. I oczywiście kapelę Johnny'ego, Hollywood Vampires, byłem nawet na ich koncercie w Los Angeles.

Myślisz, że to już faktycznie nasze ostatnie spotkanie z piratami?

- Zależy od widzów. Jeśli ludzie będą chcieli zobaczyć nas na ekranie raz jeszcze, będą mieli ochotę na coś więcej, to niczego nie można wykluczyć. Przecież fabuła może pójść w niezliczonych kierunkach, historia Henry'ego również nie musi być zamknięta. Możemy obrać nowy kurs!

Rozmawiał Bartosz Czartoryski

Dowiedz się więcej na temat: Brenton Thwaites

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje