Big Brother: To zupełnie inni ludzie

Wszyscy pamiętamy jego niesamowity głos towarzyszący mieszkańcom domu Wielkiego Brata podczas poprzednich edycji tego reality show. Jarosław Ostaszkiewicz powraca, tym razem także jako producent najnowszej, czwartej już edycji "Big Brothera" w Polsce. O szansach programu, który po pięciu latach powraca do polskiej telewizji, o tym jak bardzo zmienili się Polacy i o swoich doświadczeniach z teatrem i telewizją opowiada w rozmowie z Hanną Krzyżanowską.

Chciałabym porozmawiać o szansach czwartej polskiej edycji "Big Brothera". Panuje opinia, że format ten już się wyczerpał, pan jednak decyduje się wystąpić ponownie i to w roli producenta show. Czy to nie jest zbyt ryzykowna decyzja?

Reklama

Jarosław Ostaszkiewicz: Myślę, że towarzyszy to każdemu programowi zwłaszcza, że ten wraca akurat po przerwie. Natomiast ja mogę powiedzieć, że na świecie w wielu krajach jest już siódma czy ósma edycja i to jest grane bez przerwy. Oznacza to, że na całym świecie jest zainteresowanie tego typu programem. Może zachodzić natomiast pytanie, dlaczego w Polsce tak się nie dzieje, co się takiego wydarzyło, że nagle ma nie być? Oczywiście, że ryzyko jest, ale gdyby nie te doświadczenia z całego świata, gdyby nie cała ta biblioteka kreatywna związana z programem "Big Brother": biblioteka zasobów dotycząca rozwiązań dramaturgicznych, technologicznych rozwiązań, układów kamer, to na pewno bałbym się, że to ryzyko jest duże. Natomiast tutaj czuję duże wsparcie właśnie od strony firmy Endemol, która rzeczywiście udowadnia, że "Big Brother" na całym świecie nie dość, że ma mocną pozycję to jeszcze cały czas ewoluuje.

Media rozpisują się o wyjątkowo spektakularnej wersji "Big Brothera"... Jakie atrakcje przygotowujecie dla widzów? Czy mogą liczyć na coś oryginalnego, coś co zatrzyma ich przed telewizorami?

Jarosław Ostaszkiewicz: Może nie używałbym tego typu sformułowań. Na pewno będą rzeczy nowe, inne. Nowością jest na pewno to, że zrobiliśmy na przykład casting w Wielkiej Brytanii, to jest sygnał pewnego kierunku, w którym chcemy iść. To nie jest jednak koniec, tych niespodzianek będzie dużo. Bardziej mówiłbym właśnie o niespodziankach niż używał określenia "spektakularny", bo to widzowie ocenią, na ile program taki jest. Na pewno z tych doświadczeń, które ma Endemol na całym świecie chcemy przy produkcji czwartej edycji skorzystać. Widzowie polscy dostaną takie rozwiązania, które na całym świecie są sprawdzone, przynoszą popularność temu programowi i powodują, że jest on ciągle produkowany. Oczywiście będziemy je też dopasowywać do polskiej rzeczywistości. To nie jest tak, że one będą "jeden do jednego" zastosowane. Chciałbym wykorzystać całe moje doświadczenie z pracy przy formatach telewizyjnych.

Czy może Pan powiedzieć coś o domu, w którym mieszkać będą uczestnicy? Czy będzie podobny do tych, które widzieliśmy w poprzednich wersjach?

Jarosław Ostaszkiewicz: To jest nowy projekt i zawiera nowe rozwiązania technologiczne - to jedyne co mogę w tej chwili powiedzieć.

Ma pan już spore doświadczenie jeśli chodzi o obserwacje uczestników programu "Big Brother". Proszę powiedzieć, czy po tylu latach na castingi przychodzą inni ludzie? Czy są bardziej odważni, nastawieni na sukces?

Jarosław Ostaszkiewicz: Tak, nie oceniałbym tych ludzi, ale różnica polega przede wszystkim na tym, że są to inni ludzie. Widać, że Polska się rozwija, ludzie w kraju a także za granicą są zupełnie inni od tych, którzy trafili wtedy do pierwszej, drugiej czy trzeciej edycji. To jest wielka radość patrzeć i widzieć, że Polacy się zmieniają, że stają się inni i nie stoją w miejscu. To jest super.

Dlaczego do nowej edycji szukacie ludzi za granicą? Czy są oni bardziej kontrowersyjni?

Jarosław Ostaszkiewicz: Casting za granicą jest z dwóch powodów. Po pierwsze od momentu naszego wejścia do Unii wiele osób wyjechało właśnie do Londynu i innych miast w Europie. Co więcej oni żyją tam, radzą sobie. Po drugie ludzie, którzy wyjechali muszą w jakiś sposób wykazywać się odwagą, nie lękają się sytuacji zaskakujących, muszą także wykazać się umiejętnością dopasowania do nowych sytuacji, które stwarzają nowe wyzwania. To były te dwie myśli, które skierowały mnie w stronę Londynu i te wszystkie intuicje się potwierdziły.

Oznacza to, że na pewno zobaczymy w programie kogoś z londyńskiego castingu...

Jarosław Ostaszkiewicz: Myślę, że tak.

Jaki jest idealny kandydat na mieszkańca domu Wielkiego Brata?

Jarosław Ostaszkiewicz: Nie ma idealnego kandydata. To jest projekt, który ma dosyć jasno określone podstawowe reguły, ale ma też duży margines związany z improwizacją, z tym że losy tego programu mogą się potoczyć w różny sposób. O tym decydują mieszkańcy domu i to w tą stronę pójdzie. W związku z tym nie ma żadnej recepty na najlepszego kandydata, bo co to oznacza najlepszy? To naprawdę jest ciężko określić i ja się tego nie podejmuję. Natomiast wiadomo, że to jest ten element magiczny w tym programie, że mimo stałych i klarownych zasad ma on olbrzymi margines związany z improwizacją, z tym że projekt ten jest nieprzewidywalny, że mogą się wydarzyć różne rzeczy. Myślę, że to decyduje o jego nośności i pewnym, nazwijmy to magicznym charakterze.

Jak to się stało, że związał się pan z programem "Big Brother", z jego pierwszą edycją?

Jarosław Ostaszkiewicz: Ja przyszedłem do firmy Endemol z koncepcją "Budki marzeń", którą chciałem zaproponować jako wsparcie marketingowe projektu Wielki Brat i po rozmowach z Mike'm Morley'em zostałem zaproszony do udziału w tym projekcie. Krótko mówiąc przyszedłem z gotowym pomysłem w związku z wprowadzanym u nas programem i po rozmowach doszliśmy do wniosku, że dobrze by było podjąć współpracę.

Co pan sądzi o mutacjach pomysłu tego reality show? Ostatnio głośno jest o programach, w których to na przykład nastolatki opiekują się cudzymi niemowlętami, lub jeszcze bardziej kontrowersyjnym, w którym to uczestnicy walczą o przeszczep nerki. Czy jest jakaś granica?

Jarosław Ostaszkiewicz: Show z nerką przypomina mi działanie, które wcześniej zrobili Belgowie, którzy ogłosili, że kraj się rozpada. Jest to działanie, które związane jest ze społecznym myśleniem i troską o to jakie jest społeczeństwo. Po prostu tutaj kontrowersyjność jest akurat narzędziem użytym w bardzo określonym celu społecznym. Cokolwiek by o tym nie mówić jest to pewnego rodzaju wartość. Ponieważ tak samo jak Belgowie chcieli zwrócić uwagę poprzez tą prowokację na pewien istotny problem społeczny tak projekt z nerką też zwraca uwagę na istotny problem społeczny. To nie jest kwestia zabawiania ludzi, to jest problem znalezienia odpowiednich narzędzi do tego, żeby pewien przekaz dotarł do ludzi. Z kwestią doboru narzędzi możemy dyskutować, że może są to za mocne sposoby opowiadania historii ale intencja, która za tym stoi zasługuje na pewno na uwagę. Należy się zastanowić czy ta intencja, korzystająca z kontrowersyjnego scenariusza, jednak ich nie rozgrzesza. Temat jest do zastanowienia, jednak ja się nie podejmuję oceny tego.

Oprócz pracy przy programach telewizyjnych zajmuje się pan także teatrem, a konkretnie reżyserią sztuk teatralnych. W jakiej relacji pozostają u pana teatr i telewizja?

Jarosław Ostaszkiewicz: Ja od dosyć dawna zajmuję się teatrem i równolegle z pracą w teatrze w latach dziewięćdziesiątych zacząłem pierwsze próby telewizyjne. Wspólnie z Tymonem Tymańskim i Dariuszem Brzóską Brzóskiewiczem zrobiliśmy kontrowersyjny jak na owe czasy program "Dzyndzylyndzy". Także moja przygoda z telewizją trwa długo i jest równoległa z teatrem.

Czwarta edycja Big Brothera już 2 września. Czy w tej wersji również usłyszymy pana głos?

Jarosław Ostaszkiewicz: Zapraszam przed ekrany telewizorów 2 września. Wszystko będzie jasno i wyraźnie określone...

Dziękuję za rozmowę

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje