Beata Ścibakówna: Nie można wiecznie czekać na główną rolę

- Miałam dwie propozycje ciekawych ról w serialach w TVP, ale przyszła tzw. dobra zmiana i te produkcje nie powstały. Przyjęłam rolę w "Diagnozie" - Beata Ścibakówna wyjaśnia, dlaczego jesienią zobaczymy ją na antenie TVN-u.

Beata Ścibakówna

Serial o tematyce medycznej ma, przynajmniej na starcie, zagwarantowaną oglądalność. Jak pani myśli, dlaczego tak lubimy tego typu produkcje?

Reklama

Beata Ścibakówna: - Sama się zastanawiam, szczerze mówiąc. Bo rzeczywiście w Wielkiej Brytanii czy USA jest po kilka, kilkanaście takich seriali. U nas wciąż święci triumfy "Na dobre i na złe" , przez chwilę byli "Lekarze" i teraz szykujemy trzecie podejście. Świat medycyny jest dla nas nieznany. Mimo że każdy się spotyka z chorobami swoimi czy bliskich, to jednak jest w nim coś magicznego. Zawód lekarza w każdym kraju jest prestiżowy i szanowany. Idąc do lekarza, powierzamy mu swoje zdrowie i życie. A szpital to w ogóle jest kosmos - niepojęte miejsce, gdzie ratuje się ludzkie życie. Może to nas tak intryguje? Że można uzdrowić człowieka, wydobyć go z choroby czasem nieuleczalnej... Może też chodzi o to, żeby sobie trochę poczarować, że będzie dobrze. Bo tego się boimy na co dzień.

A czy takie otrzaskanie się z medycznym anturażem pomaga potem w życiu?

- Ja akurat gram lekarza anestezjologa, więc gdybym, nie daj Boże, szła na operację, to pewnie zadałabym więcej pytań właśnie anestezjologowi. Przygotowując się do pracy w tym serialu, odwiedziliśmy kilkakrotnie sale operacyjne. Obserwowałam różne operacje i widziałam, jak się robi znieczulenie ogólne, znieczulenie zewnątrzoponowe, usypianie i wybudzanie. Anestezjolog jest ostatnią osobą, którą pacjent widzi przed zaśnięciem i pierwszą po obudzeniu. Jest cały czas przy chorym.

Zgadza się pani z popularną opinią, że dla kobiet w średnim wieku jest mało ciekawych ról?

- Rzeczywiście jest taka opinia. Ale gdy patrzę dookoła, myślę, że ról dla nas zaczyna być coraz więcej. Chociażby ten serial, w którym teraz pracujemy - jest nas tu kilka. I Maja Ostaszewska, i Magda Popławska, i Sonia Bohosiewicz, Ola Konieczna. Również na świecie jest sporo seriali z aktorkami w średnim wieku - np. "Wielkie kłamstewka" z Nicole Kidman i Reese Witherspoon. I to bardzo dobry trend, ponieważ jesteśmy doświadczonymi i sprawdzonymi aktorkami. Wciąż młode i pełne energii wyglądamy o wiele lepiej niż nasze babcie w tym wieku.

Zagrała pani wspaniałą rolę w "Skazanych", w dodatku jedną z pierwszoplanowych. Czy nie tęskni pani za główną rolą?

- Oczywiście, że tęsknię. Tylko ja nie mam na to żadnego wpływu. Po prostu po "Skazanych" miałam dwie propozycje ciekawych ról w serialach w TVP, ale przyszła tzw. dobra zmiana i te produkcje nie powstały. Przyjęłam rolę w "Diagnozie", bo spotykam się tu ze wspaniałymi aktorami i reżyserami, kolegami, z którymi wcześniej nie pracowałam. Poza tym, nie można czekać wiecznie na główną rolę. Mam nadzieję, że ona jeszcze przyjdzie...

Ogląda pani seriale?

- Widziałam na Netfliksie "Koronę" i "Czarne lustro". Nie jestem aż taką fanką, żeby usiąść i oglądać przez osiem godzin. Ale był taki serial "Wersal", którego dwa sezony obejrzałam od początku do końca - uwielbiam produkcje kostiumowe. Jest pięknie zrealizowany, a występują tam aktorzy z całego świata, co też jest dla mnie interesujące choćby dlatego, że w jednym miejscu można usłyszeć akcenty kanadyjski, angielski i francuski. Właśnie "Wersal" pokazuje, że świat pracy aktorskiej otwarty jest dla wszystkich nacji. Ale rzadko mogę sobie pozwolić na obejrzenie całego serialu, bo wieczorami przeważnie pracuję w teatrze.

A "Barwy szczęścia", w których gra pani córka Helena?

- Czasami zerkam i wymieniamy z córką uwagi. Ale ten serial jest akurat o takiej porze, kiedy gram w teatrze, a nie mam zwyczaju oglądać w internecie.

Od wielu lat gra pani w warszawskim Teatrze Narodowym - obecnie m.in. rolę Lady w spektaklu "Garderobiany". Czy trudno jest grać z własnym mężem?

- Przede wszystkim mąż jest wybitnym aktorem i reżyserem. Jest bezkonfliktowy i zawsze przygotowany. Nastawiony na pracę dla dobra spektaklu. Wiem, że koledzy chwalą sobie pracę z nim. Ja też.

Aktorki, być może bardziej niż inne kobiety, muszą dbać o urodę. Ma pani na to jakieś swoje sposoby?

- Nie, swoich indywidualnych nie mam. Chodzę do siłowni. Żeby grać codziennie na scenie dla sześciuset osób, muszę mieć dobrą kondycję fizyczną. W spektaklu "Tartuffe" noszę kostium, który waży prawie 10 kilo! Muszę mieć siłę, żeby go nosić, i mieć głos tak silny, żeby mnie słyszano nawet na tzw. jaskółkach. Czyli ćwiczę dla siebie, ale i dla widzów, by mieli komfort odbioru.

Jest pani zwolenniczką poddawania się upływowi czasu czy jednak...?

- Podejście do tego to sprawa indywidualna. Teraz jest tyle możliwości. I medycyna estetyczna, i chirurgia plastyczna, i zabiegi kosmetyczne... Wszystko to pomaga, teoretycznie przynajmniej, później się zestarzeć. Jestem jak najbardziej za korzystaniem z tych wszystkich propozycji, ale z umiarem, by nie zniekształcić własnych rysów i nie doprowadzić się do stanu, w którym ktoś nas nie pozna na ulicy. Ale medycyna idzie tak do przodu, mówię to jako lekarz anestezjolog, i tak wspaniale dba o naszą kondycję, że wszystko można pogodzić. Polecam mezoterapię.

Czy życie z artystą jest łatwiejsze od takiego, gdzie aktor żyje z kimś innego zawodu, czy trudniejsze?

- Nie mam pojęcia, bo nigdy nie żyłam z kimś innego zawodu.
 
Katarzyna Sobkowicz

Dowiedz się więcej na temat: Beata Ścibakówna

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje