Beata Chmielowska-Olech: Lubimy naszych widzów

Od 16 lat jest jedną z twarzy programu. – To dla mnie wciąż ogromna radość - przyznaje Beata Chmielowska-Olech. Zdradza też w czym, jej zdaniem, tkwi utrzymująca się od trzech dekad popularność tego magazynu.

Beata Chmielowska-Olech: Najpiękniejszy uśmiech w TVP?

Fani są zgodni: ma pani najpiękniejszy uśmiech w TVP. A czy to prawda, bo na wizji przecież tego nie widzimy, że ma pani też... najszczuplejszą talię?

Beata Chmielowska-Olech: - To pomówienia, proszę pani! Kompletna nieprawda.

Wydaje się, że w "Teleexpressie" ledwie się pani pojawiła, a to już chyba 16 lat. Nie mylę się?

- Zaczęłam od praktyk studenckich w 1998 roku i już zostałam. Najpierw był "Teleexpress Junior", a później dostałam szansę pracy w wydaniu głównym.

Pamięta pani swój pierwszy raz przed kamerą?

- Strasznie się denerwowałam. Byłam przekonana, że gdy wybrzmi dźwięk czołówki, otworzę usta, ale nie wydobędzie się ze mnie ani jeden dźwięk.

Taka trema? Mam nadzieję, że wszystko jednak poszło dobrze?


- Udało się. Głos popłynął. Zdradzało mnie tylko nadmierne mruganie...

...czego pewnie nikt nie zauważył. Starszy kolega Maciek Orłoś ostrzegł, żeby pani nigdy nie wjeżdżała do studia windą?

- To wręcz nakaz! Windom zdarza się zatrzymać między piętrami, a taki przymusowy postój parę minut przed programem nie jest wskazany. A że ruch też się przydaje, do studia zbiegamy z trzeciego piętra.

Reklama

Przez te wszystkie lata zdarzyło się pani zapewne tysiąc niespodziewanych sytuacji przed kamerą. O czym nigdy pani nie zapomni?

- Nadawaliśmy program z Krynicy Morskiej, gdzie zresztą jedną z ulic nazwano ulicą Teleexpressu. Pogoda piękna, słońce, bezchmurne niebo, warunki doskonałe, co było ważne, bo studio zaaranżowano na plaży. Jest tuż przed siedemnastą - stoimy z Maćkiem gotowi, by rozpocząć program, czekamy już tylko na dźwięk czołówki. Nagle, w kilka sekund, niebo robi się kompletnie czarne.

Letnia pompa?

- Ulewa, wichura, pogodowy kataklizm! Widzimy, jak rozpada się cała misternie przygotowana scenografia, między innymi piękne soczyste arbuzy i kosz ze smakołykami dla naszych gości. Oboje z Maciejem jesteśmy mokrzy, a start programu zbliża się nieubłaganie. Nagle... deszcz ustaje, znowu wychodzi piękne słońce, wszystko wraca do normy. I gdyby nie skapujące nam z włosów krople wody oraz nieco rozmyte makijaże, nikt by nie zauważył, że przed chwilą byliśmy w oku cyklonu.

Oto twardzi, gotowi na wszystko prezenterzy "Teleexpressu"! "The Show Must Go On" - przedstawienie musi trwać.

- Poprowadziliśmy to wydanie, ale w naszych oczach bohaterstwem wykazała się Orkiestra Reprezentacyjna Morskiego Oddziału Straży Granicznej, którą na plaży gościł Marek Sierocki. Mimo chlupiącej w instrumentach wody nie zeszła z posterunku!

To nie była jakaś czerwcowa rocznica magazynu? W tym roku mija już 30 lat, jak punktualnie o 17.00 "Teleexpress" wjechał do domów milionów Polaków.

- Tak! Był 26 czerwca 1986 roku. Wtedy program zaczynał się o godz. 17.15, dopiero od 6 lat zaglądamy do Państwa domów kwadrans wcześniej. Pomysłów na trzydziestolecie jest wiele, szczegółów nie mogę jeszcze zdradzić, ale będzie pani pierwszą, którą poinformuję o konkretach.

Odkryła pani, dlaczego tak lubi tę dziennikarską robotę?

- Kilka razy w tygodniu milionom Polaków mam okazję mówić "Dzień dobry" i opowiadać, czym żyją Polska i świat. To dla mnie wciąż ogromna radość. Myślę, że najistotniejsze jednak jest to, że to naprawdę fajna redakcja. My się zwyczajnie lubimy, lubimy także naszych widzów. Tajemnica sukcesu programu tkwi w fantastycznym zespole i poczuciu humoru ludzi, którzy pracują w "Teleexpressie". Niektórym się wydaje, że to samograj, a ludzie oglądają go z przyzwyczajenia. Tymczasem to codzienna burza mózgów i ciężka praca, której efekty doceniają widzowie, o czym świadczy zresztą niezmiennie wysoka oglądalność.

Na koniec jeszcze pytanie o pani ambicje artystyczne. Przecież pani chciała zostać aktorką, tak się nie stało, ale zagrała pani m.in. w "Bulionerach" i "Śnie o kanapce". Marzy się pani, żeby zagrać w czymś jeszcze?

- Zagrałam także w "Trzech siostrach", ale to była tylko jedna z prac przygotowana pod opieką Zdzisława Wardejna w prywatnej szkole aktorskiej, którą skończyłam. A w ubiegłym roku byłam zwariowaną wróżką w bajce dla dzieci w TVP ABC, wystąpiłam u boku Ani Czartoryskiej i Andrzeja Młynarczyka. Bardzo mi się dobrze grało...

Bożena Chodyniecka

Dowiedz się więcej na temat: Beata Chmielowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje