Artur Orzech: Eurowizja? Z czasem zrobiłem się zjadliwy

Miłośnik literatury perskiej, iranista, tłumacz. Gitarzysta, autor muzyki, założyciel zespołu Róże Europy. Radiowiec i dziennikarz telewizyjny, a od lat niezastąpiony sprawozdawca konkursu Eurowizji. Znamy go m.in. z "Kawy czy herbaty?" i "Świat się kręci".

Artur Orzech

Panie Arturze, myślałam o wszystkich pana profesjach i doszłam do wniosku, że trudno je wyliczyć. Tyle ich było, tyle jest... Jak to możliwe?

Artur Orzech: - Mama mówiła, że zawsze byłem ruchliwym dzieckiem. Wszystkie kałuże były moje, szczególnie jak miałem nowe buty. Sugerowała, że powinienem być sportowcem albo dotykać jakiejś dziedziny zawodowej, która łączy się ze sztuką. No i pewnie dlatego tak się w moim życiu to wszystko potoczyło.

Od czego się zaczęło?

- Próbowałem pływać, a gdy kadra Górskiego święciła triumfy, zmieniło się to na piłkę nożną. Natomiast w liceum odnalazłem się w siatkówce.

A przecież nie jest pan jakoś szczególnie wysoki... Choć może tak mi się tylko wydaje?

Reklama

- Mam metr osiemdziesiąt kilka, co w owych czasach wystarczało. Był więc sport, a równolegle pojawiła się gitara, co jednak szybko się skończyło. Nauczyciel kazał nam opanować standard ludowy "Pojedziemy na łów". Nauczyłem się go na następną lekcję. Niestety, koledzy niezupełnie. Gdy przyszło mi na kolejnych lekcjach znowu ćwiczyć ten i inne podobne kawałki, dałem sobie spokój.

Teraz gitary już pan nie dotyka?

- Potrafię się posługiwać instrumentem, ale dziś bałbym się już bez większego przygotowania zagrać publicznie. Mnogość zainteresowań ewoluowała w moim życiu dorosłym, bo jeszcze się okazało, że jakieś tam zdolności mam do języków obcych, stąd świadomy wybór studiów lingwistycznych...

Ale dlaczego tak, wydawałoby się, nieprzydatnych jak orientalistyka?

- Wahałem się, czy pójść na anglistykę czy iberystykę. Ale w moim ukochanym liceum na Saskiej Kępie zostałem olimpijczykiem z rosyjskiego, a uczyłem się w klasie z rozszerzonym angielskim. Panie profesor od obu języków hołubiły mnie do tego stopnia, że na maturze ustnej ta od angielskiego przedstawiała mnie jako przyszłego świetnego anglistę, a ta od rosyjskiego - przyszłego rusycystę. Wymyśliłem zatem, żeby wyjść z twarzą, znajdę kierunek, na którym trzeba zdawać oba te języki. I tak stanęło na orientalistyce. Chciałem być japonistą, ale akurat nie było naboru, więc trochę na ślepo wybrałem iranistykę.

A jak się panu udało trafić do radia?

- Akurat próbowałem porządkować mnogość moich zainteresowań. Koniec z muzyką, mówiłem sobie, teraz zostanę naukowcem. Jednak po dwóch latach nauczania studentów zatęskniłem za muzyką. Wynająłem studio, nagrałem dwie piosenki i zaniosłem je do radiowej Trójki.

Zero zainteresowania?

- Nie do końca. Grzesiek Miecugow był dyrektorem, znaliśmy się wcześniej, bo Róże Europy bywały na liście przebojów. Popatrzył na tę moją szarą kopertę z opisem. "Jak się twój utwór nazywa?". "Szatt-Al-Arab". "To w ogóle nie jest medialne!". Widzi czas: 6 minut 35 sekund. "Nie no, błagam cię". Uważał, że kawałek był za długi. Zabrałem taśmę i pojechałem do Jedynki. Tam nikt się nie zainteresował ani nazwą, ani długością. Elegancko wzięli kopertę i odłożyli na półkę na całe lata. Dopiero gdy byłem już radiowcem, ktoś ją wyciągnął i zaprezentował na antenie.

Uff...

- Wstydziłem się, bo to nagranie nie było najlepsze. Ale wtedy na Malczewskiego, schodząc z pierwszego piętra, gdzie mieściła się redakcja muzyczna Polskiego Radia, spotkałem kolegę z klasy, wtedy radiowca, później wieloletniego rzecznika LOT-u, Leszka Chorzewskiego. Siadamy przy kawie, żeby powspominać, jak to świetnie było w liceum. Wpada na nas rozgorączkowany Bogdan Fabiański, wówczas szef niewielkiej rozgłośni regionalnej, czyli dzisiejszego "Radia dla Ciebie". Mówi, że właśnie był na spotkaniu z zarządem radia i że program będzie nadawany nie przez 2 godziny na dobę jak dotąd, lecz przez 12. Więc teraz to on ma kłopot: brak ludzi. Na co Lech: "Weź Orzecha".

Nie ma jak dobry kolega.

- Protestowałem. "Może nagrajmy coś najpierw", mówię, licząc, że pomysł upadnie. Skończyło się tak, że nagrałem dwie audycje 25-minutowe, które od razu zostały wyemitowane, po czym dostaję telefon: "Wiesz co, od przyszłego tygodnia masz 5-godzinną audycję na żywo, w czwartki od 19. do północy".

To się nazywa błyskawiczna ścieżka kariery. I dla radia, i dla telewizji zrobił pan dziesiątki wywiadów z gwiazdami muzyki. A jak to było z Chrisem Reą?

- Gdy jechałem na spotkanie z nim, w Warszawie spadł pierwszy śnieg, więc miasto zostało sparaliżowane, ja z ekipą nie zdążyłem dojechać. Z godzinnym opóźnieniem brnę do hotelu piechotą - bez ekipy - z intencją, żeby tylko spotkać się z menedżerami i przeprosić za to, co się stało. Ale spotykam się z Chrisem. Przepraszam. Na co on: "E tam, spokojnie, na ekipę poczekam".

Wielcy artyści zawsze zachowują się z klasą...

- To prawda. Rozmowa miała trwać 15 minut. Wtedy zjawia się menedżer, pokazując, że mamy kończyć. Na co Chris, że to on tu decyduje. Rozmawialiśmy 40 minut. Wyłączam kamerę, dziękuję za rozmowę, a wtedy on: "Nie, kochany, teraz to ja chcę z tobą porozmawiać". Chris to muzyk z ogromnym dorobkiem, ale też człowiek ciekawy świata, łaknący wiedzy, inteligentny - nie żadna wydmuszka przemysłu fonograficznego.

Jak ktoś, kto tak kocha muzykę, mógł wpaść w Eurowizję? Dla pieniędzy?

- Nie, nie. To zresztą nigdy nie było jakieś niezwykle popłatne zajęcie. Na początku było to dla mnie po prostu następne zadanie dziennikarskie. Z czasem zrobiłem się zjadliwy. A ostatnio, owszem, daję upust swojej wyobraźni i sarkazmowi, ale jednocześnie od lat darzę ogromnym szacunkiem samą ideę Eurowizji i profesjonalizm widowiska telewizyjnego. Przecież to, co zrobili w 2014 roku Duńczycy, a w tym roku Szwedzi, to wierzchołek, od którego wszyscy mogą się odbijać.

Prowadził pan "Świat się kręci". Była rywalizacja między panem a Agatą Młynarską?

- Nie było cienia rywalizacji personalnej! Co oczywiście nie znaczy, że nie rywalizowaliśmy o to, kto będzie miał ciekawsze tematy, gości, większą oglądalność...

Wszystkie te pana prace i pasje nie zagrażają życiu osobistemu? I ma pan jeszcze trochę czasu, żeby popływać?

- Starałem się. Ale od roku "odpadłem", czego żałuję. Jeśli jednak tylko trochę uspokoi się moje życie zawodowe, wrócę do... boksu tajskiego.

?

- Spotkałem na swojej drodze Białorusina, wielokrotnego mistrza świata Andrieja Molczanowa. Wywiązała się przyjaźń, a z tej przyjaźni właśnie boks tajski. Dzięki niemu zyskiwałem elastyczność, zrzucałem wagę, co w moim wieku nie jest bez znaczenia. Ale tymczasem nie boksujemy.

A rodzina? Został pan już tatą?

- Nie. Ale mam nadzieję, że zostanę. 

Bożena Chodyniecka

Dowiedz się więcej na temat: Artur Orzech

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje