​Arkadiusz Jakubik: Dobro jest nudne

- Nie dostaję łatwych ról do zagrania - przekonuje Arkadiusz Jakubik, który największe uznanie zdobył występami w głośnych filmach Wojciecha Smarzowskiego. W tym roku możemy oglądać kolejny rezultat jego współpracy z reżyserem, wstrząsający "Wołyń". Po pierwszych pokazach są także: thriller Macieja Pieprzycy "Jestem mordercą", w którym wcielił się w seryjnego zabójcę, i "Prosta historia o morderstwie", jego drugi reżyserski projekt, w którym postanowił zbadać korzenie zła.

Przed i za kamerą! Arkadiusz Jakubik ma za sobą bardzo pracowite miesiące

Wszystkie trzy tegoroczne pana filmy opowiadają o mrocznej stronie ludzkiej natury: skłonnościach do agresji, niewyobrażalnym bestialstwie i kompletnej bezsilności wobec przemocy. Ta ciemna część ludzkiej osobowości to ciekawszy materiał na kino, niż ta jasna?

Reklama

Arkadiusz Jakubik: - Zło jest bardziej filmowe i to jest dla mnie rzecz oczywista. Dobro jest generalnie nudne i bezpłciowe, więc wcale nie dziwi mnie fakt, że twórcy filmowi częściej biorą na warsztat ekstremalnie złe sytuacje i próbują zbadać ich genezę. Ja, ze swojej perspektywy, ponieważ prywatnie jestem bardzo spokojnym i szczęśliwym człowiekiem, mam fantastyczną rodzinę, cudowną żonę wciąż tę samą od dwudziestu czterech lat oraz dwóch wspaniałych synów, myślę, że żeby nie zwariować w tym szczęściu i nie utopić się w tej harmonii, muszę szukać równowagi gdzieś na drugim biegunie, wśród mrocznych aspektów ludzkiej natury.

- Stad też te moje poszukiwania w przypadku filmu "Prosta historia o morderstwie", który wyreżyserowałem. Temat zła, które rodzi się w mikroświecie pojedynczej komórki społecznej, jaką jest rodzina, i kłamstwo, w którym funkcjonuje ta komórka, aby zło ukryć, był światem, który chciałem poznać.

- Jako aktora natomiast bardzo cieszy mnie to, że dostałem zaproszenia od takich twórców, jak Wojciech Smarzowski i Maciej Pieprzyca, którzy również eksplorują podobne obszary. W ich filmach jestem jednak mniejszym bądź większym, ale jedynie trybikiem w całej ich filmowej machinie. Lecz bardzo mi było miło i jest po drodze ze światem, który obaj kreują w swoich dziełach.

"Prosta historia o morderstwie" pozornie wydaje się być, tak jak wskazuje tytuł, obrazem o zabójstwie. To chyba jednak nie do końca prawda, ponieważ głównym tematem filmu są narodziny przemocy w rodzinie i jej przyczyny...

- Zgadza się. "Prosta historia o morderstwie" to nie jest bynajmniej film o morderstwie. W tej historii przemoc domowa jest jedynie punktem wyjścia, pretekstem. Jest tak co najmniej z dwóch powodów. Przede wszystkim, ja się bardzo szybko w kinie nudzę, potrzebuję wielu bodźców i informacji na sekundę, potrzebuję haka czy wędki, która mnie przytrzyma w napięciu przez te półtorej godziny. Stąd pomysł, by dramat obyczajowy ubrać w garnitur thrillera kryminalnego. A po drugie, w kinie bardzo lubię nielinearne opowieści. W związku z tym konstrukcyjną bazą mojego filmu jest równoległe prowadzenie dwóch wątków fabularnych, które dzieją się w różnych przestrzeniach czasowych. Te wątki się wzajemnie przenikają i wpływają na siebie.

- Pierwszy z nich można nazwać wątkiem obyczajowym, zaangażowanym społecznie, w którym poznajemy mroczne tajemnice pewnej policyjnej rodziny. Nasz główny bohater, Jacek, świetnie grany przez Filipa Pławiaka, to młody policjant, który tuż po szkole policyjnej wraca do rodzinnego miasta. Tam próbuje ochronić swoją matkę i dwóch braci przed despotycznym ojcem, zamieszanym w nielegalne interesy. W momencie, kiedy rodziną targa tajemnicza zbrodnia i ojciec zostaje zamordowany, Jacek staje się głównym podejrzanym. Tą mroczną tajemnicą jest tu przemoc domowa, która objawia się nie tylko w samej agresji, ale także we współuzależnieniu wszystkich członków rodziny. Rodziny, która na kłamstwie buduje fundamenty swojego życia.

- Pierwsza warstwa opowiadana jest naprzemiennie z wątkiem kryminalnym, gdzie kluczowe jest pytanie "Kto zabił?". Jacek zaczyna prowadzić własne śledztwo, próbując znaleźć morderców winnych śmierci ojca. My, jako widzowie, razem z nim rozwiązujemy zagadkę.

Splatając oba wątki w "Prostej historii o morderstwie", jaki przyświecał panu cel?

- Na początku stwierdziłem, że film o przemocy domowej sensu stricte nie miałby sensu. Bo to, że ona istnieje, jest rzeczą straszną i złą, to oczywiste i to jeszcze nie jest temat na film. W tej historii nic nie jest czarno-białe. Paradoksalnie to główny bohater, choć cały czas próbuje postępować dobrze, być może jest winny całej tragedii. W pewnym momencie ten prawy, przyzwoity, szlachetny, młody człowiek zdaje sobie sprawę, że zaczyna się upodabniać do ojca - bandyty.

- Wtedy pojawia się w tej historii pytanie: czy to jakiś rodzaj fatum, klątwy, która wisi nad bohaterem? Mit tebański? A może dzisiaj bohater tragedii antycznej zadałby sobie pytanie czy przeznaczenie na pewno istnieje? Czy może jesteśmy tylko my i nasze świadome wybory, za które powinniśmy wziąć odpowiedzialność? Ludzie bardzo często zrzucają swoje porażki na jakieś nieokreślone byty, na coś, co może usprawiedliwić błąd. Ale może to my sami jesteśmy winni, a nie absolut czy przeznaczenie? W "Prostej historii o morderstwie" doskonale widać, że czasami robiąc dobro, robimy równocześnie zło. I nie sposób oddzielić jedno od drugiego i dać jednoznaczną odpowiedź, czy ktoś zrobił dobrze czy źle. "To, że znasz prawdę nie znaczy, że masz rację" - powiedział kiedyś znajomy pastor.

O podobne dylematy zahacza thriller "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy, w którym wcielił się pan w postać inspirowaną legendarnym "Wampirem z Zagłębia", Zdzisławem Marchwickim, oskarżonym o morderstwo czternastu kobiet i skazanym na karę śmierci w 1975 roku. W filmie kreuje pan bohatera bardzo tajemniczego i choć z początku jesteśmy przekonani o jego winie, im dłużej z nim przebywamy, tym więcej pojawia się wątpliwości.

- Razem z reżyserem, Maćkiem Pieprzycą, tak wymyśliliśmy tę postać, żeby była ona od początku do końca nieoczywista i niepapierowa. Cały film jest opowiadany z punktu widzenia porucznika Jasińskiego, w którego wcielił się Mirosław Haniszewski, szefa grupy operacyjnej odpowiedzialnej za znalezienie "Wampira z Zagłębia". To u niego obserwujemy ten rodzaj fatalnej przemiany, gdy jako prawy policjant, który chce znaleźć mordercę, wpada w tryby ówczesnego systemu, gdzie liczą się władza, ambicja, pieniądze i awans społeczny. I w niezauważalny sposób zostaje przemielony przez tę machinę.

- A oglądając tę historię jego oczyma, widz spotyka po raz pierwszy mojego bohatera, Wiesława Kalickiego i jest wtedy przekonany, że to jest ten prawdziwy morderca. Mamy relację kat i ofiara. Natomiast wraz z kolejnymi wydarzeniami zaczyna się zastanawiać: czy Kalicki jest aby na pewno katem? Czy to na pewno ten seryjny morderca? Bo może to tak naprawdę poszkodowany w całej tej historii, ofiara manipulacji? Ta możliwość wielorakiej interpretacji tej postaci jest z mojego punktu widzenia idealną opcją. Po wyjściu z kina widz zostanie z pytaniami jeszcze przez bardzo długi czas.

Co ciekawe, rolę Kalickiego Maciej Pieprzyca, nie tylko reżyser, ale i scenarzysta filmu, od początku pisał ponoć z myślą o panu...

- To prawda. Bardzo chętnie opowiadam o tym teraz, bo nikt wcześniej nigdy nie napisał w scenariuszu roli specjalnie dla mnie. Jednak pamiętam, że gdy Maciek zadzwonił do mnie i powiedział mi o tym, choć byłem oczywiście szczęśliwy, padło z moich ust parę bardzo niecenzuralnych słów. A to dlatego, że zdjęcia miały odbyć się jesienią zeszłego roku, a na ten czas miałem wyznaczone zdjęcia do "Prostej historii o morderstwie". Pomyślałem, że chyba zaraz się zabiję i powiedziałem, że nie mogę wziąć udziału w "Jestem mordercą".

- Ale Maciek, razem z producentką Renatą Czarnkowską-Listoś, stanęli na głowie i tak zmienili kalendarzówkę zdjęć, że jesienią nakręcili wszystkie sceny bez mojego bohatera, a na mnie poczekali do wiosny i wtedy dokręcili moje sekwencje. Będę im za to dozgonnie wdzięczny, bo udział w tym projekcie był dla mnie bardzo ważny, a rola okazała się ogromnym wyzwaniem.

Przygotowując się do niej, sięgnął pan do prawdziwej historii mordercy z lat 60. i 70.?

- Moi rodzice urodzili się w Gliwicach. Pamiętam, kiedy byłem małym chłopcem, na początku lat 70., tę totalną psychozę strachu, która zapanowała na całym Śląsku, gdy grasował "Wampir". Z ust mojej babci słyszałem opowieści o tym, jak kobiety nie chciały same wracać po zmroku do domu. Babcia pracowała wtedy w kawiarni jako barmanka, bardzo późno kończyła pracę i zawsze odbierał ją dziadek. Pamiętam, że dorośli mężczyźni, mężowie, ojcowie, narzeczeni, czekali na swoje kobiety na przystankach autobusowych i tramwajowych z prętami, łyżkami do samochodowych opon w dłoniach, żeby je odebrać i bezpiecznie odprowadzić do domów. Wszyscy strasznie się bali.

- Paradoks polega na tym, że kiedy złapali Zdzisława Marchwickiego, tego niewinnego, moim zdaniem, mężczyznę, który po prostu znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie, to cały Śląsk odetchnął z ulgą. Skończyła się psychoza i ludzie wrócili do normalnego życia. Tyle tylko, że złapano i stracono nie tego człowieka, co trzeba.

- Faktem jest, że wersje na ten temat ze strony ówczesnych prawników czy milicjantów są różne. Lecz po obejrzeniu dokumentu Maćka Pieprzycy z 1998 roku [o tym samym tytule, co film fabularny "Jestem mordercą" - przyp. red.], który opowiadał o tej sprawie, nie mam żadnych wątpliwości, że Marchwicki był niewinny. I tak też budowałem swoją rolę w filmie.

W ostatnich tygodniach wielkim zainteresowaniem widzów cieszy się "Wołyń", kolejny pana projekt zrealizowany wspólnie z Wojciechem Smarzowskim. Co sprawiło, że po "Weselu", "Domie złym" i "Drogówce", znów wrócił pan do pracy z tym reżyserem? Role u Smarzowskiego nie należą przecież do łatwych i przyjemnych...

- To jest tej klasy artysta, że gdy pojawia się propozycja z jego strony, nie sposób jej odrzucić. Zwłaszcza, że udział w filmie "Wołyń" był dla mnie prywatnie rzeczą bardzo ważną. Moja rodzina od strony ojca uciekała bydlęcymi wagonami w 1943 roku przed ukraińskimi bandami spod Stryja w województwie lwowskim, bo rzeź wołyńska to nie tylko Wołyń, ale także cała Galicja Wschodnia, do której należało to województwo. Kiedy dziadkowie wysiedli na pierwszej bezpiecznej stacji w Krośnie, zaopiekowała się nimi zupełnie obca rodzina i przygarnęła ich. Przerażonych, głodnych, bez butów, bez grosza przy duszy. Ta właśnie rodzina Przewłockich stała się naszą najbliższą rodziną później i często tam z dziadkami przyjeżdżaliśmy.

- I mając taką rodzinną historię, zostałem przez Wojtka Smarzowskiego zaproszony na casting. Byłem bardzo zestresowany, bo wiedziałem jak mi zależy, żeby wziąć udział w tym filmie. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy Michalinę Łabacz, która w "Wołyniu" wcieliła się w główną rolę Zosi Głowackiej, niezwykle utalentowaną i obdarzoną niebywałą aktorską intuicją młodą dziewczynę, która nigdy wcześniej nie stała przed kamerą. I miałem to szczęście, że casting wygrałem, dając swoją twarz jednemu z głównych bohaterów tej historii, czyli Maciejowi Skibie.

- Osobna sprawa to to, że Wojciech Smarzowski robi genialne filmy. Z każdym kolejnym projektem jego język filmowy ewoluuje, idzie krok do przodu. "Wołyń" to wielkie kino, ponadczasowa epicka opowieść o tamtych czasach i tamtym regionie. Trzeba było jego odwagi, aby w końcu zabrać się za ten temat. Dziwi mnie bardzo, że w wolnej Polsce, w ciągu tych ostatnich dwudziestu siedmiu lat, niezrozumiała dla mnie polityczna poprawność, by nie zepsuć relacji z Ukrainą, sprawiła, że nikt nie zrealizował o tym filmu.

To oczywiste, że na planie zdjęciowym do "Wołynia", z racji tematu filmu, musiała panować bardzo ciężka atmosfera. Podobno, gdy tylko zdjęcia się zakończyły, wyjechał pan z planu, by jak najszybciej wrócić do domu.

- Powiem tak: nie dostaję łatwych ról do zagrania. Ale to przecież coś, z czego aktorowi wypada się tylko cieszyć. Tyle tylko, że całkiem inaczej wygląda praca na miejscu, tak, jak było w przypadku "Jestem mordercą", który kręciliśmy w Warszawie, a inaczej, gdy jesteśmy skoszarowani na wyjeździe. Na planie też oczywiście "byłem" przez te dwanaście czy czternaście godzin w roli Kalickiego, ale ten moment, kiedy się rozcharakteryzowuję, zdejmuję kostium, wsiadam do samochodu i wracam do domu, pozwala mi na chwilę odpocząć, zapomnieć o planie i dzięki temu mogę normalnie zasnąć.

- A przy planie wyjazdowym, jakim była cała praca nad "Wołyniem", filmem żyje się dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo po skończonej pracy na planie spotykamy się z aktorami, reżyserem i operatorem, i non stop rozmawiamy o tym, co dzisiaj zrobiliśmy. Żyjemy tymi emocjami i tymi scenami. I czasem ciężko jest zasnąć. Realizacja "Wołynia" była do tego dwuletnim maratonem, osiemdziesiąt dni zdjęciowych trudnych zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

- I dlatego, gdy dowiedziałem się o zmianach w kalendarzówce i zobaczyłem, że kończę zdjęcia dzień wcześniej, zadzwoniłem do producenta kompletnie wymęczony, zmasakrowany psychicznie i poprosiłem go o transport, żebym mógł z tego planu szybko wyjechać. Potem spakowałem walizkę w hotelu, zabrałem ją ze sobą i gdy skończyłem zdjęcia, to przytuliłem Michalinę, przybiłem piątkę reżyserowi, wsiadłem do samochodu i uciekłem do domu.

Odpoczynek już jednak za panem - obecnie powstają zdjęcia do nowego filmu Łukasza Palkowskiego ("Bogowie") o roboczym tytule "Podwójny Ironman", w którym gra pan jedną z głównych ról. Obraz ma być biografią triathlonisty Jerzego Górskiego.

- Tak, gra go Kuba Gierszał. Moja rola nie jest kluczowa, ale istotna dla tej historii. Wcielam się w postać kierownika basenu, który pomoże głównemu bohaterowi nauczyć się pływać. Będę więc miał swoją małą cegiełkę w zdobytym przez niego tytule mistrza świata. A sam film to bardzo przejmująca opowieść o niezłomności i harcie ducha. To piękna historia o tym, że nie ma takich przeszkód i kłód, których nie możemy pokonać. Nie ma takich triathlonów, których nie możemy wygrać.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje