Andrzej Zieliński: Raj dla przestępców i filmowców

Andrzej Zieliński na planie "Watahy" /HBO

Uważa, że sztuką jest grać nie ekscentryka, ale kogoś zwykłego. Często się wciela w odpowiedzialnych, godnych zaufania bohaterów. Takich jak Markowski w serialu "Wataha".

Reklama

Przed kamerę trafił z braku innych pomysłów na życie. Jego zdaniem najtrudniejsze są role komediowe, bo w komedii liczą się szczegóły, a zwłaszcza wyczucie czasu. Unika czerwonego dywanu i pozowania na ściance, a swoją pracę traktuje śmiertelnie poważnie.

Mówił pan, że podczas zdjęć do "Watahy" zakochał się w Bieszczadach. Jest pan stały w uczuciach do tych gór?

Andrzej Zieliński: - Oczywiście, chociaż na planie drugiego sezonu trochę ponarzekaliśmy na śnieg i zimno. Z punktu widzenia zdjęć zima to fenomenalna, widowiskowa pora roku. Zwłaszcza taka, jaka panowała w Bieszczadach na początku tego roku - a tak srogiej i śnieżnej zimy mieszkańcy tych terenów nie widzieli od lat. W pewnych miejscach dorodny mężczyzna mógł "utonąć" w śniegu, jak zszedł ze szlaku.

W obiektywie to wygląda znakomicie, ale dla ekipy to raczej utrudnienie.

- Tak, szczególnie gdy temperatura spadała poniżej minus 20°C, na przykład w nocy - a nocnych zdjęć mieliśmy sporo. Braliśmy pod uwagę, że może być ciężko, ale nie spodziewaliśmy się, że aż tak.

Drugi sezon serialu jest jeszcze bardziej mroczny niż poprzedni.

- Zaczyna się mocno - od odkrycia masowego grobu w lesie - a potem napięcie i emocje jeszcze rosną. Poruszamy przerażające, smutne kwestie, opisujemy wydarzenia, które...

...mogłyby się wydarzyć w rzeczywistości?

- Uważam, że mogłyby, szczególnie teraz. W Polsce zaczęły dochodzić do głosu przeróżne nacjonalizmy, niektórzy przestali się wstydzić takich poglądów. Nie powstrzymuje ich ani przyzwoitość, a ni poprawność polityczna.

Ale czy to tylko polskie zjawisko? Nacjonaliści rosną w siłę na całym świecie.

- To po części efekt informacji, jakie do nas docierają. Media nie podają, jaka jest całkowita liczba przestępstw w Niemczech, tylko rozwodzą się nad tym, ile "zbrodni" popełniają tam tak zwani uchodźcy. Niemcy odbierają więc komunikat, że ci przybysze to jakaś wyjątkowo agresywna, zdemoralizowana grupa, tymczasem statystyki pokazują zupełnie coś innego. W Polsce w ogóle nie ma uchodźców, więc te problemy wcale nas nie dotyczą, ale retoryka antyimigracyjna narasta .

Reklama

- Oglądałem w telewizji, jak dzień po czerwcowym zamachu terrorystycznym w Londynie pewien dwudziestolatek poszedł do knajpy, w której poprzedniego dnia pił piwo, żeby uregulować rachunek. Nie zdążył zapłacić wcześniej, bo na ulicach tyle się działo. Jak wielu innych londyńczyków chciał pokazać, że nie da się zastraszyć, że będzie żyć, jakby nic się nie stało. U nas nie dzieje się nic, a tłumy wrzeszczą, że uchodźcy będą gwałcić i zabijać. Z rzekomo bohaterskiego narodu przekształciliśmy się w jakieś tchórzliwe stado. Sam byłem świadkiem jednego takiego szokującego wydarzenia.

W Warszawie?

- Tak, w Wilanowie. Wjeżdżałem samochodem w ulicę, na której mieszkam, i przez pasy przechodziły dwie kobiety w czadorach. Jadący z naprzeciwka mężczyzna zaczął je potwornie lżyć. Nie był jakimś niedouczonym debilem, bo obrażał je niezłą angielszczyzną. Otworzyłem okno, żeby przerwać ten potok wyzwisk, a on na to: "z tobą też zrobimy porządek". W Polsce jest coraz więcej porządkowych. Dlatego - wracając do pytania o prawdopodobieństwo zdarzeń przedstawionych w serialu - uważam, że te potworności mogłyby się wydarzyć naprawdę.

Na ile "Wataha" jest w ogóle bliska życiu i problemom w tamtym rejonie Polski?

- Podczas prac nad scenariuszem i na planie obecni są konsultanci, ale też zaprzyjaźniliśmy się z pogranicznikami z placówek w Stuposianach i Ustrzykach Górnych. Chwalili naszą pracę.

Szkolili aktorów przed wejściem na plan?

- Nie. Mam za sobą rok wojska, ale to inny trening niż przechodzą strażnicy graniczni.

Są takimi desperatami, jak niektórzy z bohaterów "Watahy"?

- Czasem muszą, bo warunki na granicy ciągle się zmieniają. Teraz, kiedy na Ukrainie trwa wojna, przemytnik, którego nasi pogranicznicy złapaliby i odesłali do kraju, od razu trafiłby na front do Donbasu - w każdym razie takie opowieści z kilku źródeł słyszałem. Zatem i przestępcy znacznie bardziej uważają a ukraińskie służby graniczne pilniej patrolują te rejony. Oczywiście przemyt ludzi i towarów nadal trwa, choćby dzięki sprzyja jącym takiej działalności dzikim terenom.

Drugi sezon serialu miał premierę jednocześnie w 19 krajach. Skąd taka jego popularność?

- Na pewno o popularności zadecydował fakt, że to produkcja HBO. Poza tym z tematyką "Watahy" utrafiono w dziesiątkę. Niekwestionowaną gwiazdą są tu Bieszczady - a nawet w Polsce o tych terenach dawno nikt nie kręcił filmów ani seriali. Dla kamery nie ma chyba lepszych plenerów - tak efektownych i jednocześnie mało znanych. Dla widzów z zagranicy Bieszczady są egzotyczne, a jeszcze fabuła serialu opowiada o nowej granicy Unii Europejskiej - granicy z punktu widzenia Zachodu tajemniczej. Zresztą i mnie te rejony wydają się baśniowe, nieprzeniknione...

Dlaczego?

- Z powodu chaszczy, ciągnących się po horyzont większych i mniejszych szczytów, lasów. Współczuję pogranicznikom - to tereny wymarzone dla przemytników. Na Mazowszu byłoby im trudniej się ukryć. Pochodzę z Tarnowa, ale mieszkam w Warszawie prawie 30 lat i wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego płaskiego krajobrazu. A Bieszczady to raj dla przestępców i filmowców.

"Wataha" może była kręcona w raju, jednak nie jest serialem lekkim i przyjemnym.

- Ale pozwala się widzom zmierzyć z niewygodnymi tematami. To może być trudne dla niektórych - Polacy nie lubią o sobie słyszeć, że bywają niefajni, że się wśród nas trafi ksenofoba lbo antysemita. Dlatego u nas nie może powstać  film historyczny na miarę arcydzieła - nikt tu się nie chce zmierzyć z historią. Lubimy bajki na swój temat, podręcznikami do historii stały się powieści Sienkiewicza i inne dzieła pisane ku pokrzepieniu serc: podniosłe, ale nieprawdziwe.

Kiedy schodzi pan z planu filmowego albo ze sceny teatralnej, to co pan robi?

- Czytam, jeżdżę na rolkach, gotuję.

Jest pan dobrym kucharzem?

- Śmiem twierdzić, że tak. Mam półkę książek kucharskich, eksperymentuję z potrawami z różnych stron św iata , testuję nowe smaki. Jem jak król, a kuchnia to moje królestwo.

Ma pan coś w lodówce na wypadek, gdyby wpadł niespodziewany gość?

- Zawsze. Nawet jak wpadnie dziesięciu, nie wyjdą ode mnie głodni.

Anna Bugajska

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Zieliński

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje