Andrzej Grabowski: Każdy aktor ma coś z ekshibicjonisty

Zagrał w ok. 150 filmach, serialach i spektaklach Teatru Telewizji. Od 1999 r. jest związany ze "Światem według Kiepskich". Do roli Ferdka, która przyniosła mu ogromną popularność, ma spory dystans - podobnie zresztą jak do siebie samego.

Andrzej Grabowski z ulubionym piwem swego serialowego bohatera

Na rozmowę znalazł chwilę na planie nowego sezonu "Świata według Kiepskich". W jednej z największych hal wrocławskiego studia, w którym od 17 lat powstaje ten komediowy serial, odtwórca głównej roli - Ferdynanda Kiepskiego - opowiada, za co lubi tę produkcję i za co początkowo lekceważyli ją jego koledzy po fachu. A kolejne odcinki opowieści o życiu tytułowych bohaterów, ich ekstrawaganckich sąsiadów i kilku nowych postaci będziemy mogli oglądać już od września na antenie Polsatu.

Kiedy kompletowano obsadę do "Świata według Kiepskich", podobno kilku znanych aktorów kategorycznie odmówiło pracy w tym serialu. To prawda?

Andrzej Grabowski: - Tak, i zresztą dziś bardzo mnie to cieszy. "Kiepscy" okazali się strzałem w dziesiątkę, są na antenie ponad siedemnaście lat - co jest prawdziwym ewenementem.

W czym tkwi tajemnica sukcesu tego serialu?

- Zapewne niektórym trudno będzie w to uwierzyć, ale uważam ten sitcom za inteligentną produkcję, która świetnie pokazuje nasze przywary w kompletnie absurdalny sposób. Rozumiem jednak kogoś, kto sądzi, że to rozrywka na najniższym z możliwych poziomów.

Reklama

Dzisiaj chyba niewiele osób już tak twierdzi...

- Rozróżniam dwa rodzaje widzów "Świata według Kiepskich". Pierwsza grupa to ci, którzy śmieją się z żartów "jeden do jednego". Drudzy patrzą nieco głębiej i nie mogą się nadziwić, że jest to tak głupie, że aż ta głupota przeradza się w mądrość. Bo żeby wymyślić tak żenująco głupi scenariusz, trzeba być bardzo, ale to bardzo inteligentnym.

To znaczy?

- Każdy odcinek jest odrębną, niepowtarzalną historią, trzeba mieć na nie ciągle nowy pomysł. To rodzaj minifabuły, w której nieustannie coś się dzieje. Grając w niej, jest się w największym napięciu, na najwyższych obrotach. Nawet jeśli któryś z bohaterów siedzi na fotelu albo przechodzi przez korytarz, musi się wydarzyć coś nieoczekiwanego, śmiesznego.

To mówi aktor, który podobno ma dosyć utożsamiania go z Ferdkiem Kiepskim?

- Mam do niego dystans, jak zresztą do każdej roli. Rola Ferdynanda zmusiła mnie do pokazania w aktorstwie czegoś nowego, do radykalnej zmiany - również mentalności. Gdyby nie praca przy tym serialu, nigdy nie zagrałbym "Gebelsa" w "Pitbullu" tak, jak to zrobiłem. Jestem wdzięczny Patrykowi Vedze, że dostałem szansę pokazania się z innej strony.

Czym jest więc dla pana rola Ferdka Kiepskiego?

- Na pewno nie traktuję jej w kategoriach jakiejś szczególnej misji. Po prostu uważam, że zawód, który uprawiam - tak jak inne - należy wykonywać jak najlepiej, bez żadnej ściemy. Aktora powinno się oceniać na podstawie tego, czy zagrał dobrze czy źle, a nie pokazywania stanu uzębienia przed fotoreporterami. Aktorstwo to mój zawód, nie hobby!

Został pan aktorem dla pieniędzy?

- Wybrałem ten zawód z głupoty i niedojrzałości. Wcale się nie napinałem, że zostanę aktorem, po prostu brałem życie takie, jakim było. W wieku 17 lat zdałem maturę, a ponieważ miałem starszego brata w szkole teatralnej, widziałem, jak wyglądają akademickie wieczory. Spodobało mi się takie życie, obecność starszych dziewczyn też imponowała. Ale po trzecim roku wyrzucono mnie ze studiów i z hukiem wyleciałem z akademika. No, ale przecież nie musiałem rozbijać aż tylu butelek o ścianę...

To doświadczenie dało panu do myślenia?

- Cała ta sytuacja sprawiła, że zacząłem trochę poważniej myśleć o życiu, aktorstwie, przyszłości. Powtórzyłem rok, zaś przyjemne spędzanie czasu w towarzystwie starszych, w dodatku ładnych koleżanek stało się mniej ważne. Zmieniłem się, ale nie tak, żebym poczuł jakieś szczególne posłannictwo. Nadal uważam, że każdy zawód - nieważne, czy jesteś szewcem, kelnerem, hydraulikiem czy traktorzystą - ma swój sens, jeśli wykonuje się go dobrze. W dzisiejszych czasach trudno zresztą w ogóle mówić o posłannictwie.

Nie przeszkadzał panu ostracyzm środowiska, kiedy "Świat według Kiepskich“ pojawił się na ekranie?

- Kiedyś, żeby utrzymać rodzinę, jechałem na drugi koniec Polski ze spektaklem, by zagrać martwego żołnierza i przez dwie godziny nieruchomo leżeć na scenie. Dlatego ten ostracyzm, o którym pan wspomniał, jakoś specjalnie mnie nie poruszył. Zresztą dotyczył on nie tylko mnie, lecz chyba wszystkich, którzy brali udział w tym przedsięwzięciu. Sitcom uważano przecież wówczas za kompletne dno, coś, czego "prawdziwy" inteligent nie jest po prostu w stanie obejrzeć. A teraz oglądają nas osoby z wyższym wykształceniem.

Za co jeszcze ceni pan ten serial?

- Z zawodowego punktu widzenia wolno nam o wiele więcej niż w innych produkcjach. Mamy przyzwolenie na bardziej dosadne środki wyrazu. Jako Ferdek Kiepski mogę na przykład powiedzieć: "rozdupczyło się" czy "pierdzieli pan".

Po ponad 40 latach od debiutu przed kamerą uodpornił się pan na negatywne recenzje albo nachalność kolorowej prasy?

- Oddzielam życie prywatne od zawodowego. Nie bawi mnie strojenie min przed fotoreporterami, nie obchodzi, czy wyjdę na zdjęciach dobrze czy źle. Krytyką też się specjalnie nie przejmuję, chyba że ktoś rzeczywiście ma rację. Ale po to wychodzimy na scenę, aby nas oceniano. Każdy aktor ma coś z ekshibicjonisty.

Artur Krasicki

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Grabowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje