"Trzeba zadawać sobie pytania"

Andrzej Chyra zabłysnął rolą Gerarda w głośnym filmie Krzysztofa Krauzego "Dług". Swoją znakomitą kreacją, nagrodzoną na festiwalu w Gdyni, zaskoczył zarówno publiczność jak i krytyków.

Reklama

Urodził się 27 sierpnia 1964 roku w Gryfowie Śląskim. W Szkole Teatralnej w Warszawie ukończył zarówno Wydział Aktorki (1987 rok), jak i Wydział Reżyserii (1994 rok). Na ekranie zadebiutował w filmie "Kolejność uczuć" Radosława Piwowarskiego. Rok później wyreżyserował, na scenie warszawskiego Teatru Stara Prochownia, sztukę "Z dziejów alkoholizmu w Polsce". Popularność zdobył dzięki rolom w takich filmach jak "Dług", "Kallafiorr", "Pieniądze to nie wszystko".

Niedawno zakończył zdjęcia do filmu Andrzeja Jakimowskiego "Nauka latania". Przygotowuje się do roli w obrazie Krzysztofa Krauzego "Nikifor".

Z Andrzejem Chyrą rozmawiała Anna Kempys.

Znany jest pan z tego, że nie unika pojawiania się w tak zwanych produkcjach niezależnych - zagrał pan już w filmie "Kallafiorr" Jacka Borcucha. Niedawno zakończyły się zdjęcia do "Nauki latania" w reżyserii Andrzeja Jakimowskiego - co zadecydowało o fakcie, że przyjął pan rolę w tym filmie?

Andrzej Chyra: To, że jest to produkcja niezależna, nie było argumentem. W tej chwili tak mało się produkuje, że czytam każdy scenariusz pod kątem tego, czy nie będzie w nim nic kompromitującego. W tym scenariuszu było coś więcej, niż zazwyczaj pojawia się w tekstach, które trafiają do moich rąk. W tym filmie jest jakaś myśl, niebanalne ujęcie tematu, jest tam coś delikatnego, są uczucia. Mam wrażenie, że jeśli ten film uda się zrobić w takim klimacie, to znaczy będzie nastrojowy, ale nie nudny - to może komuś się spodoba.

O czym opowiada film "Nauka latania"?

ACh: W tym filmie jest mowa o przyjaźni, a może bardziej o jej poszukiwaniu. Nigdy sobie zresztą nie opowiadam o czym jest film, bo wydaje mi się, że jest to głównie sprawa reżysera. Myślę egoistycznie - najważniejsze jest to, co ja mam do zagrania, co ma do zaoferowania moja postać, jaka jest, jak się zmienia, dojrzewa. To jest dla mnie najbardziej istotne. Nie wnikam w przesłania. Dla mnie jest ważne, żeby opowiedziana została czysta historia, a to co jest naddatkiem, to już sprawa reżysera.

Czym kieruje się pan przy wyborze ról?

ACh: Patrzę czy jest to dobra literatura filmowa i czy to, co mam do zagrania, pozwoli mi skonstruować taką postać, która w moim rozumieniu będzie wyrazista. Uważam, że postać musi się zmieniać - na początku powinna być kimś innym, niż na końcu filmu. Występowanie u reżyserów-debiutantów zawsze jest ryzykiem, ale wolę takie ryzyko, niż pracę z kimś, do kogo nie mam zaufania, a z braku innych propozycji na przykład muszę z nim pracować.

Niedawno pojawiły się informacje, że wystąpi pan w filmie reżyserowanym przez Roberta Gonerę - "Psychobójcy". Co to za projekt?

ACh: W tej chwili nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ponieważ nie wiem, czy film powstanie. Już i tak zostało za dużo powiedziane, a realizacja ciągle przesuwa się w czasie. Rozkręcono medialną machinę, zanim ruszyła produkcja. Każdy zbędny komentarz może zaszkodzić realizacji. Mam jedynie nadzieję, że film w ogóle powstanie.

Proszę chociaż powiedzieć, kim jest postać, którą miał pan zagrać?

ACh: W skrócie - to był niedobry człowiek.

Równie niedobry, jak Gerard, którego pan zagrał w filmie "Dług"?

ACh: Nie wiem czy równie niedobry, może nawet bardziej, a może mniej. "Psychobójcy" to historia o manipulacji, dokonywanej na poziomie mediów, to opowieść o pomieszaniu fikcji z rzeczywistością. A ja jestem największym manipulatorem.

Miał pan zagrać Kuno von Lichtensteina w wersji "Krzyżaków" przygotowywanej przez Bogusława Lindę. Co się obecnie dzieje z tą produkcją?

ACh: Z tego co wiem, to są już historie minione. Być może ktoś, za jakiś czas, powróci do sprawy. Na realizacje tego przedsięwzięcia potrzebne są ogromne pieniądze, a mam wrażenie, że nikt nie kwapi się, żeby je wyłożyć. Przyznam, że miałem propozycję z jednej i drugiej strony. Powiem szczerze - od początku miałem wątpliwości, czy to jest dobry pomysł. Powiem nawet więcej - od początku miałem poczucie, że to nie jest dobry pomysł. Później zacząłem się temu przypatrywać, bo zaczęło to dotyczyć mnie samego, ale z tego co wiem, to są już sprawy odłożone ad acta.

W tym roku wystąpił pan w "Wiedźminie" Marka Brodzkiego, gdzie zagrał pan Borcha Trzy Kawki. Czy może pan powiedzieć kilka słów o tej postaci?

ACh: Szczerze mówiąc nie wiem, co mógłbym powiedzieć, bo nie jest to postać, która miałaby bardzo bogate życie wewnętrzne, natomiast jej cała istota zasadza się na pewnej tajemnicy i jeśli o tym opowiem, to zabiję najważniejszą rzecz, która dotyczy Borcha. Jestem bardzo ciekawy, co wyjdzie z tego projektu. Zgłosiłem się do "Wiedźmina", ponieważ wydawało mi się, że jest to tak niezwykły gatunek filmowy jak na polskie warunki, że warto wziąć w tym udział. Poza tym, wydawało mi się, że będzie to dobra zabawa. Czy ta zabawa przeniesie na ekran, to zobaczymy. Nie znałem wcześniej twórczości Sapkowskiego, ale zgodziłem się tam zagrać, nie czytając nawet scenariusza.

Czy film "Dług" stanowił w pana życiu jakiś przełom? Jak ważna jest dzisiaj dla pana ta rola?

ACh: To był rzeczywiście przełom, cały świat filmowy zwrócił na mnie uwagę. Stałem się rozpoznawalny. Rola Gerarda była jakby moją wizytówką. Dokładnie od tego momentu, wszystko zaczęło się inaczej toczyć.

Często współpracuje pan z Krzysztofem Krauze, reżyserem "Długu". Prawie wszyscy, którzy z nim pracowali twierdzą, że ma wyjątkowy dar "prowadzenia" aktora na planie. Na czym polega jego sposób pracy z aktorem?

ACh: Krzysztof, jako jeden z bardzo niewielu reżyserów, z którymi pracowałem, najlepiej rozumie, co aktor powinien wiedzieć, co czuć, żeby dobrze zagrać. Aktorzy już od pewnego momentu przestali zadawać pytania, ponieważ na planie zapanował taki dżentelmeński zwyczaj, że wszyscy wiemy o co chodzi i nie będziemy sobie mówić niepotrzebnych rzeczy. Tak się dzieje w przypadku 90 procent produkcji. U Krzysztofa żadne pytanie nie jest zbędne. Oczywiście zdarzają się głupie pytania, ale wtedy sobie o tym mówimy. W czasie pracy trzeba ze sobą rozmawiać, aby zrozumieć na czym to wszystko polega. Krzysztof próbuje z aktora wyciągnąć coś więcej, jednocześnie sam dając impulsy, które pozwalają samodzielnie czegoś szukać i zadawać sobie właściwe pytania, na które się później odpowiada, będąc przed kamerą. Nie zawsze te odpowiedzi są do zwerbalizowania, czasami pojawiają się nagle, same. Najważniejsze jest to, żeby zadać sobie te właściwe pytania.

Krzysztof Krauze przygotowuje się do realizacji filmu o Nikiforze, w którym ma pan zagrać jedną z głównych ról. Na jakim etapie są obecnie przygotowania do tego filmu?

ACh: Z tego co wiem, scenariusz jest już ukończony i zamknięty. Film będzie opowiadał o ostatnich latach życia Nikifora, począwszy od momentu poznania się z Marianem Włosińskim. Jest to okres kilkunastu lat. Nie będzie to film stricte biograficzny, będzie raczej opowiadał o związku zupełnie różnych ludzi, którzy się gdzieś zetknęli i nierozerwalnie złączyli. To film o artystach, o sztuce, o oddaniu, o lojalności, o przyjaźni. Kiedy ruszy produkcja, trudno powiedzieć. Teraz jest to wyłącznie kwestia organizacji i budżetu. W tej chwili są ogromne problemy z uzyskaniam funduszy na film. Poza Andrzejem Wajdą, który ma już podobno pieniądze na "Zemstę", nie wiem czy któryś z reżyserów ma pieniądze na swój film. Mamy nadzieję, że produkcja ruszy na wiosnę przyszłego roku, ale pewności oczywiście nie ma. W związku z tym, projekt jakby "wisi w powietrzu".

W tym filmie ma pan zagrać Mariana Włosińskiego, przyjaciela Nikifora. Jak to jest, kiedy kreuje się żyjącą postać, czy miał pan z nim jakiś kontakt?

ACh: Poznałem kilka miesięcy temu pana Mariana. Kiedy w takiej historii gra się taką postać, istotne jest, żeby poznać jej temperament i zrozumieć na czym mógł polegać ten niezwykły związek pomiędzy Nikiforem i Włosińskim. Na tym się ta część pracy kończy. Staram się uciekać od imitacji i naśladowań. Takie spotkania są oczywiście potrzebne do zrobienia sobie jakiejś wewnętrznej dokumentacji postaci. Poznanie kogoś takiego jest istotne, ale reszta należy już wyłącznie do mnie, jako aktora.

Dlaczego znani reżyserzy sięgają teraz po sprawdzone tematy - po znaną i popularną literaturę? Czy tylko po ty, by ściągnąć większą liczbę widzów do kin?

ACh: Duże produkcje to są duże pieniądze, które można zarobić. Poza tym, może widzowie stracili już węch i wrażliwość na to, co się dzieje. Nie ma teraz ciekawych scenariuszy, które by dobrze opowiadały jakąś historię. Za pisanie scenariuszy zabierają się ludzie, którzy nie powinni tego robić, bo albo nie mają przygotowania literackiego, albo po prostu nie wiedzą czym jest scenariusz filmowy. Może czytają nie te gazety, które trzeba. Może spotykają się przy wódce nie z tymi ludźmi, z którym powinni się spotykać. Nie ma dobrych współczesnych tekstów i ci reżyserzy, którzy sami nie piszą scenariuszy, sięgają do materiału literackiego, który być może zawiera jakieś interesujące rzeczy, które twórca chce uwspółcześnić. A że to im nie wychodzi, to już jest zupełnie inna sprawa.

Co pana najbardziej nudzi w polskim kinie?

ACh: Nudzi mnie naśladownictwo i udawanie. Nie opowiada się żywych historii, tylko jakieś strasznie wymyślone, nieprawdziwe albo schematyczne i pozbawione żywej tkanki emocjonalnej. Emocje w filach są kompletnie papierowe i niewiarygodne. Wynika to z braku talentu albo z tego, że niektórym reżyserom i scenarzystom wydaje się, że są mądrzejsi od tego, co niesie życie. Aktorzy z kolei nie grają , ale pokazują, co jest do zagrania. To się natychmiast odczuwa jako fałsz. W życiu człowiek najczęściej maskuje się i w takim zderzeniu emocji, nad którymi się nie panuje, z chęcią panowania nad nimi, tworzą się zazwyczaj najciekawsze rzeczy.

Jaki są pana najbliższe plany?

ACh: Obecnie jest tak, że wszystkie produkcje "wiszą w powietrzu" ze względu na brak pieniędzy i kiedy reżyser, z którym rozmawiam o roli, mówi mi, że są pieniądze - to traktuję to bardzo ostrożne. Jest wiele projektów, które z braku pieniędzy umarło, albo gdzieś ugrzęzły. Nie mam teraz nic konkretnego w planach. To jest dokładnie tak, jak z projektem "Nikifora". Wydawało się, że już powinna zacząć się realizacja, tak też było w przypadku filmu Roberta Gonery i nagle okazuje się, że nie ma po prostu pieniędzy. Powiem tak - prowadzę różne rozmowy. W tym roku miałem bogaty sezon w teatrze, o kinie nie mogę tego powiedzieć. Nie ma filmowych rzeczy, którymi chciałbym się pochwalić, a te które zrobiłem, zaliczyłbym do średnich.

A czym chciałby się pan pochwalić w związku z pracą w teatrze?

ACh: Zagrałem w dwóch niezwykłych sztukach, myślę o "Bachantkach" Eurypidesa w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego i w "Uroczystości" według Winterberga i Rukowa, w reżyserii Grzegorza Jarzyny. To są takie interesujące propozycje i to, co w nich mam do zagrania satysfakcjonuje mnie.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje