"Jesteśmy swoimi największymi wrogami"

Anglik Guy Ritchie (rocznik 1968) od dziecka chciał być reżyserem. Jego pierwsze filmy - "Porachunki" (1998) i "Przekręt" (2000) - stały się jednymi z najbardziej kasowych brytyjskich produkcji i sprawiły, że ich twórcę nazwano największą nadzieją kina. Niestety, trzeci film "Rejs w nieznane" (2003), z udziałem - prywatnie żony reżysera - został uznany za jeden z najgorszych obrazów wszech czasów. Po dwuletniej przerwie Ritchie powrócił z "Revolverem" - to powrót do pełnych akcji thrillerów ze świata zbrodni, barwnych postaci i ciętych dialogów – czyli tych wszystkich atutów, dzięki którym jego dwa pierwsze filmy stały się międzynarodowymi przebojami. Akcja tym razem rozgrywa się w gangsterskim półświatku Las Vegas. Głównym bohaterem jest Jake Green ( w tej roli znakomity Jason Statham), hazardzista mający wielkie szczęście. Do czasu...

Reklama

"Revolver" zadebiutował na ekranach polskich kin 18 listopada 2005 r. O pracy nad filmem opowiada Guy Ritchie, reżyser i autor scenariusza.

Skąd wziął się pomysł na zrealizowanie "Revolveru"?

Guy Ritchie: To było prawdziwe nagromadzenia pomysłów, ale przede wszystkim zakiełkował mi w głowie jeden - chciałem przedstawić "kant nad kantami". Fascynuje mnie to, jak można oszukać umysł człowieka, a ten pomysł był tak zuchwały i tak skrajny, że wydał mi się szalenie pociągający. Recepta dla naciągacza jest bardzo prosta – ludzi kusi ich własna chciwość. Wszystkich nas można oszukać, ale pytanie brzmi, w którym momencie sobie to uświadamiamy albo jak bardzo dajemy się oszukać.

Była taka znana książka, zatytułowana "The Big Con", której autor twierdził, że nie da się naciągnąć uczciwego człowieka. Ta idea także bardzo mnie pociągała. Największym wyzwaniem było ubranie tego intelektualnego pomysłu w ekscytującą, pełną akcji opowieść, bo sam zamysł wcale nie musi być zbyt ciekawy do oglądania. Film ma być przede wszystkim rozrywką. W kinie chcesz się rozerwać, ale ja na przykład lubię, kiedy film działa zarówno na umysł, jak i na zmysły.

Praca nad scenariuszem tego filmu trwała trzy lata, podczas gdy "Przekręt" powstał w trzy miesiące. Zasadniczo to nie jest bardzo skomplikowany film, ale zrobienie z tego opowieści, ubranie w odpowiednie słowa, było raczej trudne.

Skąd tytuł "Revolver"?

Zawsze się dziwiłem, że jeszcze nikt nie zatytułował tak swojego filmu, bo to bardzo fajnie brzmi! Tak więc pasuje mi ten tytuł, ale także podoba mi się taki pomysł, że gra, która cię pochłania, jest jak kręcący się bębenek rewolweru. W końcu się orientujesz, że bierzesz w niej udział i to może spowoduje, że zaczniesz się rozwijać. Film opiera się na prostej formule gry - gdzie się zaczyna, gdzie się kończy i kto kogo kantuje.

Czy to film z przesłaniem?

Nie sądzę, aby ten film niósł jakieś przesłanie. Głównym zamysłem było pokazanie, że nie ma czegoś takiego, jak zewnętrzny wróg. Bohater filmu Jake Green [w tej roli Jason Statham - red.] gra przeciwko Jake'owi Greenowi. To oczywiście na początku trochę trudne do pojęcia, bo jeżeli istnieje tylko wewnętrzny wróg, to wcale mu nie zależy na tym, żebyśmy to zrozumieli. Tak więc mój zamysł polega na tym, żeby ukazać, że możesz stać się mądrzejszy, możesz się czegoś nauczyć, tylko grając przeciwko sprytniejszemu od ciebie przeciwnikowi.

Kto jest twoim największym przeciwnikiem? Ty sam. Generalna zasada jest taka, że twój wróg zawsze schowa się tam, gdzie nigdy nie spojrzysz, a to miejsce to twoja własna głowa, twój umysł. Z kolei ostatnie miejsce, w które byś zajrzał we własnym umyśle znajduje się tam, gdzie kończy się strach. Jedynym przeciwnikiem, któremu musi stawić czoła Jake Green, jest on sam i w tej konfrontacji musi zrobić dokładnie to, czego nie chce zrobić.

Czy jego doświadczenia są w pewnym stopniu alegorią życia?

To zabawne, nigdy nie spodziewałem się, że jako scenarzysta i reżyser będę rozmawiał o tak górnolotnych sprawach. Zostałem filmowcem, ponieważ chciałem robić kino rozrywkowe, którego według mnie brakowało. Jake Green to nie tylko Jake Green. Jake jest uosobieniem nas wszystkich. Kolor zielony jest w samym centrum widma, a imię Jake ma całe mnóstwo wartości numerycznych.

Wszystko do niego wraca wewnątrz filmowego świata oszustw i gier. Jake jest świetnym graczem, bardzo dobrze radzi sobie grając według pewnego wzorca, ale nie pojął całej jego złożoności.

A kim jest Sam Gold?

Lubię myśleć, że Sam Gold jest zbiorową halucynacją. Nie istnieje naprawdę, ale istnieje. Nie ma sam w sobie żadnej mocy, posiada tylko tyle władzy, ile ty sam mu oddasz. Jest tak rzeczywisty, jak twoja wiara w niego. W kontekście filmu jest on przeciwnikiem, siłą, której bohaterowie muszą się przeciwstawić. Czy Sam Gold jest zły czy dobry, to już sama postać musi zrozumieć.

Podoba mi się pomysł, że jeżeli to wszystko było grą, to właściwie zło może wcale nie być złem. Jeżeli istnieje diabeł, to jego jedyne zadanie polega na tym, żeby być sprytniejszym niż my, abyśmy i my mogli się czegoś nauczyć. Nie mam pojęcia, czy to ma sens z filozoficznego i teologicznego punktu widzenia, ale to bardzo zgrabna koncepcja.

Jak udało wam się stworzyć tę niezwykłą atmosferę? Używaliście wielu efektów specjalnych?

W przeciwieństwie do moich poprzednich filmów, tym razem wiele pracy przebiegało w studiu, głównie ze względu na to, że chciałem stworzyć uniwersalne otoczenie. Dlatego też musieliśmy używać zielonego ekranu. Nie jest dla mnie ważne, czy używam efektów specjalnych, czy nie. Moim głównym zadaniem jest robienie interesujących i rozrywkowych filmów i nie chwalę się ani formatem ani użytą techniką.

Po prostu chciałem, żeby ten film miał dobre zdjęcia i to jedyny wymóg, jaki postawiłem mojemu operatorowi. Chcieliśmy, aby zdjęcia ukazywały trochę ulepszoną rzeczywistość. To mi się zawsze podobało w kinie amerykańskim, kiedy byłem dzieciakiem. Te filmy są zawsze lepsze niż prawdziwe życie i myślę, że to ciągle ma na mnie wpływ. Dałem mojemu operatorowi, Timowi, zupełnie wolną rękę. Im był bardziej śmiały i zuchwały, tym bardziej go oklaskiwałem. W tej dziedzinie on sam jest sobie szefem.

A więc nie pasujesz do stereotypu autorytarnego reżysera?

Jeżeli ktoś ma lepszy ode mnie pomysł, który w danym miejscu przewyższa wartość scenariusza, akceptuję go, bo i tak w końcu to mnie przypadną wyrazu uznania! Pracowałem z różnymi ekipami przez ostatnie dziesięć lat i świetnie zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele w procesie tworzenia filmu zależy od ekipy. Nie ulegam złudzeniu, że praca nad filmem zależy tylko ode mnie, od mojej mądrości czy głupoty, bo koniec końców robienie filmu to przede wszystkim praca zespołowa.

Bardzo lubię ten proces i zwykle długo się do niego przygotowuję, zanim pojawiam się na planie, dlatego nie jestem ani drażliwy, ani niecierpliwy jako reżyser.

Pracowałeś z Jasonem Stathamem prawie przy każdym swoim filmie. Skąd ten wybór?

Poza tym, że go nie lubię, nie ufam mu i nie szanuję go jako gracza w szachy, całkiem nieźle nam się z Jasonem pracuje! Właściwie to Jason zmusił mnie do tego, żebym go zatrudnił. Zagroził mi użyciem przemocy! Właściwie to 95% ludzi, z którymi robię moje filmy, nie sprawia mi kłopotów i praca z nimi to przyjemność. To się też tyczy Jasona. Lubię go, a ponieważ go lubię, jest mi dużo łatwiej z nim pracować.

Jest bardzo utalentowanym aktorem i jest ucieleśnieniem tego, czego oczekuję idąc do kina. Od bardzo dawna byłem wielkim fanem Ray'a Liotty i nie mogłem się doczekać, by zaangażować go do któregoś z moich projektów. Nie specjalnie mu się podobała myśl, że ma wystąpić w spodniach ze spandexu i slipkach, ale kiedy poczuł ten klimat, wcale nie chciał się z nich przebierać.

Jaką rolę w twoich filmach odgrywa przemoc?

Moje podejście do przemocy opiera się na założeniu, że jeżeli jest ona uzasadniona w filmie, to przemoc ma sens, służy pewnemu celowi. Ten film jest dosyć okrutny, ale myślę, że to służy historii. Przemoc ilustruje tu pewien punkt widzenia, który pragniemy przekazać.

Czy istnieje dla ciebie jakieś ograniczenie, jeżeli chodzi o drastyczność scen?

Wydaje mi się, że każdy z nas ma jakiś system weryfikujący to, ile przemocy powinna zawierać dana scena, żeby to było uzasadnione. To jest raczej instynktowne, nie jest za to odpowiedzialny żaden proces myślowy. Myślę, że w filmach nie chodzi tylko o przemoc dla przemocy, a w tym zwłaszcza chodzi właściwie o przemoc dla unicestwienia przemocy.

Jako scenarzysta i reżyser, który aspekt tworzenia filmu oceniasz jako najprzyjemniejszy?

Tworząc filmy stykasz się ze wszystkimi aspektami tej pracy. Przypuszczam, że praca reżysera na planie jest najprzyjemniejsza, ponieważ jest to swego rodzaju próba sił. Czujesz się jak na polu bitwy, podczas gdy pisanie scenariusza to prawdziwie samotne wyzwanie. Nie jest łatwo zasiąść przy biurku i stukać w klawiaturę, kiedy ma się świadomość, że w tym samym czasie można wyreżyserować wiele filmów.

Dopiero praca reżysera jest zabawna, pozwala na interakcje z ludźmi i towarzyskie kontakty. Pisanie takie nie jest. Potrzeba do tego samotności oraz wielkiej samodyscypliny. Myślę, że przede wszystkim jest to sztuka utrzymania dyscypliny.

Ze wszystkich przepisów, składających się na reguły gry, masz jakieś ulubione?

Przypuszczam, że moją ulubioną kwestią jest: "Możesz stać się mądrzejszy, możesz się czegoś nauczyć tylko grając przeciwko sprytniejszemu od ciebie przeciwnikowi". Następną byłaby: "Twój największy wróg schowa się tam, gdzie nigdy nie spojrzysz". A trzecia to: "Im cięższa bitwa, tym słodsze zwycięstwo". I wreszcie czwarta: "Zawsze chroń swoją inwestycję", która zmieni się w "Zawsze chroń swoją inwestycję, niezależnie od tego, czy leży to w twoim interesie czy nie".

Poza samym imieniem Jake'a w filmie aż roli się od przeróżnych symboli. Jakiemu celowi one służą?

Myślę, że to zabawne, kiedy film ma głębszą warstwę. Zostawiłem całe mnóstwo wskazówek i symboli dla tych, którzy lubią sobie pofolgować. Ale czy odkrycie ich jest nieodzowne dla odczuwania przyjemności z oglądania tego filmu? Nie wydaje mi się. Po prostu ten film można odbierać na kilku poziomach.

Szachy to główny przykład...

Zasady gry w szachy są zgodne z regułami każdego oszustwa. Spodobał mi się pomysł, że wszystkie postaci są jak różne figury na szachownicy. Myślę, że my wszyscy uosabiamy cechy pionków, gońców, skoczków i wież, królów i królowych. Pozostaje tylko kwestia, czy postanowimy zostać pionkiem czy królową.

A fakt, że konfrontacja pomiędzy Jake'em a nim samym - jego wewnętrznym wrogiem - ma miejsce na trzynastym piętrze?

Winda odjeżdża z 32. piętra i zacina się pomiędzy 14. i 12. piętrem. W Ameryce budynki w dalszym ciągu nie mają trzynastego piętra. Trzynastka to przedziwna liczba. Jak raz zdobyła swoją złą reputację, tak pozostała prawdziwą tajemnicą - bardzo bym chciał ją rozwikłać. W mitologii była to najszczęśliwsza liczba oznaczająca wyzwolenie.

Z punktu widzenia Jake'a, który właśnie ugrzązł w windzie na trzynastym piętrze, które w zasadzie nie istnieje, to idealne miejsce, aby się uwolnić. Wydaje się, że to najlepsze otoczenie, żeby spotkać się z własnym demonem. Liczba, która nie istnieje, a jest także symbolem wyzwolenia.

Film rozpoczyna się, kiedy Jake Green wychodzi z więzienia - powiedziałbyś, że kończy się, kiedy Jake doświadcza innego rodzaju wyzwolenia?

Film zaczyna się zwolnieniem z więzienia i kończy się także zwolnieniem z więzienia, dlatego że całe to oszustwo, które powstało w głowie Jake'a, nie pozwalało mu dostrzec, że był nadal uwięziony. O tym właśnie jest ten film - o ostatecznym uwolnieniu się i o tych wszystkich radykalnych środkach, które jednostka musi podjąć, żeby to osiągnąć. Opowiada on historię oszustwa, podstępu, pułapki we własnej głowie, które towarzyszą Jake'owi w jego podróży i o pozornie nieprawdopodobnych działaniach, które nasz bohater musi podjąć, aby wyzwolić się z własnego więzienia.

Czy twoim zdaniem istnieje przypadek?

Nie, nie wierzę w przypadek. Nie wiem, czy istnieje, ale osobiście w to nie wierzę. Jedno z dwojga - albo we wszechświecie panuje porządek albo chaos. Albo wszystko jest z góry przeznaczone, ustalone, albo - według definicji wolnego wyboru - to człowiek ma wpływ na wszystko i sam ustala bieg zdarzeń. W obydwu wypadkach nie ma miejsca na ślepy traf. Można też myśleć o tym inaczej, że wszystko jest chaosem i że nic nie jest uporządkowane, ale wtedy wszystko jest przypadkowe. Musisz wybrać jedną z tych dwóch koncepcji.

Ja uważam, że istnieje wyższy porządek, chociaż może on czasem przypominać kompletny chaos, ale oczywiście nie mam pojęcia, czy mam rację. W filmie dobrym tego przykładem jest siostrzenica Jake'a. To uosobienie niewinności i podobało mi się to, że jej życie jest jak przejażdżka kolejką górską, która co i rusz się z czymś zderza, a ona mimo nierównych szans, ciągle ląduje na miękkiej poduszce, bo jej niewinność roztacza nad nią ochronę.

Można by oczywiście mnożyć przykłady, w których niewinność cierpi, ale to wszystko sprowadza się do przypadku. Wierzysz w przypadek czy nie? Wierzysz, że wszechświat jest sprawiedliwy czy niesprawiedliwy?

Dziękuję za rozmowę.

(Na podstawie materiałów promocyjnych firmy Best Film)

Dowiedz się więcej na temat: guy ritchie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje