Agnieszka Więdłocha: W aktorstwie trzeba dawać coś od siebie

Agnieszka Więdłocha opowiada o kręceniu komedii romantycznych, chęci ratowania świata, życiu w zgodzie ze sobą oraz różnych obliczach swojego najnowszego filmu "Kobieta sukcesu", który 8 marca zadebiutuje na ekranach polskich kin.

Agnieszka Więdłocha na premierze filmu "Kobieta sukcesu"

"Kobieta sukcesu" Roberta Wichrowskiego to komedia romantyczna, która podpowiada, że sukces można mierzyć na różne sposoby. Dla jednych będzie oznaczał pokaźne konto w banku, imprezowanie w luksusowych klubach oraz wysokie stanowisko w korporacji. Dla innych promowanie ekologicznej świadomości, spędzanie czasu z drugą połówką i robienie tego, co się kocha, nawet jeśli za mniejsze pieniądze.

Główna bohaterka, Mańka, mieszka w Warszawie, ma własną firmę i przystojnego ukochanego, ale nie ma czasu, by się z tego cieszyć. W pewnym momencie los zmusza ją do przewartościowania życia. Premiera "Kobiety sukcesu" już 8 marca, w Dzień Kobiet. Dystrybutorem jest Next Film.
 
Darek Kuźma: W "Kobiecie sukcesu" ważną rolę odgrywają pozory, które bohaterowie tworzą wokół siebie. Jaką osobą jest grana przez panią Mańka, kiedy nikogo nie udaje?

Reklama

Agnieszka Więdłocha: - To ciepła i otwarta kobieta, która jest bardzo poukładana i odpowiedzialna, chce mieć wszystko pod kontrolą. I do pewnego momentu jej to wychodzi, ale chciałaby pasować do definicji "kobiety sukcesu", chciałaby udowodnić sobie i innym, że na pewno nadaje się do prowadzenia firmy, że jest w stanie sprostać różnym oczekiwaniom.

Z filmu wynika, że taki sukces, do którego początkowo dąży Mańka, bywa iluzoryczny, a perfekcja jest nudna, bo ogranicza...

- To prawda, jest nudna! (śmiech)

 To dlaczego tak wiele osób dąży do perfekcji, łącznie z większością bohaterów filmu?

- Mam poczucie, że większość z nas chciałaby być perfekcyjna właśnie po to, żeby komuś coś udowodnić i pokazać się z najlepszej strony. Wie pan, pokazać, że to mnie się udało, że kto jak nie ja! Natomiast z drugiej strony dążenie do takiego perfekcyjnego wykonywania każdej rzeczy odbywa się zawsze jakimś kosztem. W przypadku Mańki kosztem jej relacji z najbliższymi. Wydawało jej się, że coś ją łączy z partnerem, po czym on wyprowadza ją z błędu. Miała pojechać po cioteczną siostrę na dworzec - zapomniała. I tak dalej. I to jest w życiu niestety dość powszechne, że zaniedbujemy bliskich przez pracę i ambicje.

To prawda, ale na tę przypadłość nie ma żadnego uniwersalnego lekarstwa...

- We wszystkim trzeba zachować umiar. O tym jest też "Kobieta sukcesu". I o tym, że warto się w pewnym momencie zatrzymać i przestać udowadniać wszystkim naokoło, że da się uratować coś, co nie ma sensu. Może lepiej coś porzucić, żeby zacząć nowy etap w życiu. Ale z drugiej strony Mańka robi to, co robi, z bardzo szlachetnych pobudek, bo jest taką trochę idealistką, która chciałaby ratować świat. Bardzo mi się to spodobało w scenariuszu, że ona nie robi tego wszystkiego dla kariery i pieniędzy, tylko z takich, nazwijmy to, czystych pobudek. Chce walczyć z nieuczciwą konkurencją, promować dobry produkt, dawać radość.

Komedia romantyczna to gatunek bardzo schematyczny, ale jednocześnie ma pewne ambicje: pokazuje nas nie takimi, jacy jesteśmy, tylko jakimi chcielibyśmy być.

- Nasz film to ma być opowieść o kobiecie, która napotyka na swojej drodze pewne przeszkody, tak jak każdy człowiek, i musi sobie z nimi poradzić. To są katastrofy i Mańka przestała być szczęśliwa. On [Piotr, grany przez Bartosza Gelnera, przyp. red.] też nie jest zadowolony ze swego życia. A tu okazuje się, że razem potrafią się uszczęśliwić. I to jest piękne. To ma być lekki film, po którym widz ma się po prostu uśmiechnąć, poczuć się lepszym człowiekiem. No bo po to chodzimy do kina na komedie romantyczne, żeby uwierzyć, że spotkanie z drugim człowiekiem może nas odmienić i dać nam nowe spojrzenie na naszą rzeczywistość. Mam nadzieję, że udało nam się dobrze to ująć.

Ale "Kobieta sukcesu" nie jest wyłącznie prostym romansem. Ma pewne ambicje.

- Bardzo nam zależało na tym, żeby ten film nie był za bardzo naiwny, żeby nie był o niczym. Stąd trochę poważniejszy wątek Mańki, która chciałaby ratować świat, ale wychodzi na to, że musi nagle ratować firmę przed nieuczciwą konkurencją (śmiech). Mnie to wzrusza, że ta dziewczyna walczy nie tylko o siebie, ale też o swoich współpracowników. Takie ludzkie. Dobrze by było, gdyby każdy z nas miał chęć ratowania świata i walczenia o mądre przekonania.

Jednym z elementów filmowego humoru jest szydzenie z korporacji. W "Kobiecie sukcesu" pracownicy korporacji nie mają poczucia humoru, a jeśli mają, to nie pasują do korporacji.

- Tak, myślę, że może nawet troszkę za mało tego pokazaliśmy, ale z drugiej strony to przecież jakiś schemat, bo korporacje są bardzo różne i muszą się zmieniać dla swoich pracowników, bo dzięki temu będą więcej zarabiały. "Co za peszek", jak komentuje moja bohaterka fakt, że skończyły się targi niewolników. Głównym zadaniem korporacji jest zarabianie pieniędzy za pomocą kapitału ludzkiego, ale podejście do pracownika ciągle się zmienia. I to nie jest przypadek, że akcja "Kobiety sukcesu" przenosi się z małej firmy, w której panuje rodzinna atmosfera, do wielkiej korpo, gdzie trzeba główkować nad wyborem odpowiedniego papieru do drukowania dokumentów. Moja bohaterka początkowo z tego szydzi, ale potem się w to wkręca. Tak jest z korporacjami, że śmiejemy się z nich, a pewnie wielu naszych znajomych pracuje w takich miejscach. Mam nadzieję, że dzięki temu jeszcze więcej ludzi pójdzie na "Kobietę sukcesu" i uśmiechnie się, oglądając te korporacyjne zachowania. Bo to jednak jest komedia.

Film pokazuje młodych i pięknych warszawiaków mierzących się z problemami oraz różne oblicza wielkomiejskiego życia, które nawet jeśli są ukazywane trochę prześmiewczo, to jednocześnie kreują bardzo atrakcyjny wizerunek. Pokazujący tylko część prawdy o Warszawie. Jak pani sądzi, jak "Kobietę sukcesu" odbiorą widzowie z mniejszych miast, którzy często wyrabiają sobie opinię o stolicy właśnie z tego typu produkcji?

- W scenariuszu spodobało mi się też to, że Mańka pochodzi z prowincji, z małego miasteczka, w którym wychowywali ją wujkowie, którzy mają sady z jabłkami. To miejsce jest oczywiście trochę przerysowane, bardzo idylliczne, ale chodzi o to, że z małego miasta Mańka przenosi się do Warszawy, w której chce osiągnąć tytułowy sukces. Mam nadzieję, że widzowie z mniejszych miejscowości będą mieli po wyjściu z kina poczucie, że nie jest ważne, gdzie chcesz pracować, lecz żeby robić to, co lubisz i co chcesz robić. Chciałabym, żeby pomyśleli sobie: "Kurde, może nie ma co jechać do tej wyśnionej Warszawy, a lepiej zostać w moim mieście i tam odnosić sukcesy". Bo to jest też trochę film o tym, żeby żyć w zgodzie ze sobą.

Pani jednak przyjechała do Warszawy, z Łodzi, i odniosła spory sukces. Jak pani dzisiaj postrzega podjęte w tym czasie decyzje i spełnione/niespełnione oczekiwania?

- Staram się w życiu cieszyć z tego, co mam i co przynosi mi los, bo zdaję sobie sprawę, że kolejnego dnia wszystko może mi zostać zabrane. Życie jest nieprzewidywalne, a ja jestem naprawdę szczęśliwa z tym, co mam. Oczywiście zawsze chce się więcej, szczególnie w przypadku artystów, którzy nigdy nie są zaspokojeni, ale te ambicje nie przeszkadzają mi cieszyć się tym, co tu i teraz. Nawet napędzają do dalszych rzeczy, bo ostatnie, czego bym chciała, to powiedzieć sobie, że osiągnęłam sukces i nie muszę już o nic więcej walczyć. Mam poczucie, że jutro może przydarzyć się coś jeszcze lepszego, dlatego warto być w gotowości (śmiech).

Obecnie jest pani kojarzona przede wszystkim z komediami romantycznymi...

- To jest nawet trochę zabawne. Zrobiłam wcześniej tylko jedną komedię romantyczną, "Planetę singli", a tu nagle wszyscy mnie przypisują do komedii romantycznych (śmiech). Liczę jednak, że ta szuflada mnie ominie, bo ambicji mam na całą garderobę.

Z drugiej strony często mawia się, że komedia stawia przed aktorem więcej wyzwań niż dramat, bo wywołać łzy jest prościej niż szczery śmiech.

- Jest w tym dużo prawdy. Kręcenie komedii jest bardzo trudne, a rozśmieszanie drugiego człowieka to wielka sztuka. Z kolei kręcenie komedii romantycznej jest jeszcze trudniejsze, bo bazuje się na schemacie "ona poznaje jego/on poznaje ją i żyli długo i szczęśliwie", ale trzeba dobudować do tego całą resztę filmu. Wszyscy, którzy idą do kina na komedię romantyczną, wiedzą, o co będzie w filmie chodziło, ale widza trzeba jakoś zaskoczyć, pokazać mu coś innego niż to, czego się spodziewa. Pracowaliśmy nad dialogami, szlifowaliśmy sceny z operatorem, fantastycznym Mateuszem Wichłaczem. Wymyślałyśmy wciąż nowe szczegóły z Pauliną Gałązką, która gra moją przyjaciółkę, i z Julką Wieniawą, która gra moją siostrę cioteczną. Uwielbiam scenę w łazience, gdzie Mańka z przerażeniem odkrywa armagedon, który zostawiła po sobie właśnie Lilka, jej siostra. I cieszę się, że udało nam się to tak dobrze wymyślić! Świetnie wspominam pracę z Bartkiem Gelnerem, który ze stoickim spokojem przyjmował, lub nie, moje pomysły, np. w scenie w sypialni (śmiech). To była twórcza praca. Wszystko, żeby uczynić film jeszcze bardziej atrakcyjnym. To nie jest tak, że przychodziliśmy na plan i każdego dnia śmialiśmy się godzinami, po czym szliśmy do domów.

To chyba oczywiste?

- Być może, ale chyba nie tak do końca. W każdym razie, zastanawialiśmy się na planie, czy dana scena wyszła dobrze, czy kogokolwiek wzruszy, czy kogokolwiek rozbawi. Bo to nie jest film, w którym bohaterka zadaje sobie pytanie "Być z nim czy nie być?", lecz coś znacznie bardziej skomplikowanego. Bardzo podoba mi się fragment, w którym Mańka mówi do siebie, że zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno z nią wytrzymać, ale nie jest w stanie się zmienić i musi się po prostu z tym pogodzić. Jakoś mnie to rozbroiło i myślę, że wiele kobiet poszukujących partnerów zobaczy w tej postaci coś z siebie.

Granie takich postaci jak Ania z "Planety singli", Magda z "Gotowych na wszystko. Exterminatora" i Mańka z "Kobiety sukcesu" przychodzi pani z jakąś trudnością, czy to po prostu kwestia nauczenia się tekstu?

- O, gdyby to była kwestia nauczenia się tekstu, to w ogóle byłoby super. Nie, w aktorstwie trzeba jednak dawać coś od siebie, inaczej się chyba nie da. Bo wymyślanie na siłę czegoś, czego się w sobie nie ma, jest zawsze trochę sztuczne, nieprawdziwe. Każda z granych przeze mnie postaci jest mi bliska, ale jednocześnie dość odległa. W każdej roli staram się przemycać coś od siebie, bo to przecież bazowanie na moim ciele i moich emocjach. W "Exterminatorze" moja postać była wsobna, powściągliwa, zupełnie inna od Mańki. Tylko że tam kręciliśmy komedię o problemach 30-latków, o realnych problemach, czyli zmierzeniu się z tym, że w pewnym momencie trzeba zadecydować, co się chce w życiu robić. I z kim je dzielić.

Aktorstwo wiąże się z jakimś poświęceniem?

- Wydaje mi się, że w każdym zawodzie trzeba coś poświęcić. Aktorstwo to taka praca 24 godziny na dobę, bo trudno zapomnieć o postaci, wrócić do domu i udawać, że nie grało się tych emocji. Szczerze mówiąc, wolę skupiać się na tym, co się w tym zawodzie zyskuje. Przede wszystkim właśnie bogactwo emocji, których sama bym sobie nie zaserwowała. Dzięki aktorstwu przeżywam emocje różnych ludzi, doświadczam bardzo ciekawych stanów. To fascynujące.

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Więdłocha | Kobieta sukcesu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje