Agnieszka Hyży: Skok na głęboką wodę

Pierwszy publiczny występ jako prezenterka Polsatu przypłaciła 40-stopniową gorączką. Ale nie żałuje – było warto!

Agnieszka Hyży

Poprowadzi pani galę z okazji 25-lecia Polsatu. Pani przygoda z tą stacją też zaczęła się od jubileuszu.

- Kiedy pani Nina Terentiew przyszła do Polsatu, postanowiła zebrać grupę młodych ludzi, którzy byliby jej ekipą. Jedną z takich osób byłam ja - to było krótko po tym, jak brałam udział w wyborach Miss Polski. Miałam już za sobą jakieś programy w MTV i TVN-ie, ale wciąż byłam żółtodziobem. Któregoś dnia rano jechałam na uczelnię i nagle zadzwoniła pani Nina z propozycją, żebym poprowadziła galę 15-lecia Polsatu. Uznała, że to będzie dobry moment, by przedstawić mnie światu jako nową twarz stacji. Myślałam, że to żart! Flagowa impreza, wyjątkowi goście z prezydentem i premierem na czele i ja mam stanąć przed nimi! Kilka razy sprawdzałam, czy to na pewno numer pani Niny. To był skok na głęboką wodę. Poziom stresu, jaki wtedy osiągnęłam, był ogromny!

- Śmiałam się, że przez tę imprezę będę żyła kilka lat krócej. Wydawało mi się, że byłam tak beznadziejna, że bardziej nie można. Moja mama, która siedziała w jednym z pierwszych rzędów, stwierdziła, że kiedy schodziłam po schodach, widziała, jak mi suknia faluje od bicia serca. Byłam sparaliżowana strachem, a na drugi dzień od razu zachorowałam - miałam 40 stopni gorączki. Dla mnie to był początek wszystkiego, choć nie spodziewałam się wtedy, że moja przygoda z Polsatem potrwa tyle lat.

Reklama

Zawsze chciała pani pracować w telewizji?

- Taką myśl zaszczepiła mi Bogna Sworowska. Była organizatorką konkursu dla mam i córek, który wygrałyśmy z moją mamą. Dzięki niej zaczęłam myśleć o telewizji jako moim miejscu pracy. Jeździłam na pierwsze castingi do Warszawy. Ale także ona powiedziała mnie i moim rodzicom, że bez względu na to, jak się potoczy moja kariera, muszę skończyć studia. I skończyłam.

Socjologię, ale pani obecne zajęcia świadczą raczej o zacięciu biznesowym.

- Prawda, praca w telewizji to obecnie jakieś 30 procent mojego zawodowego życia. Poza tym jestem w dużej platformie weddingowej, w dużej firmie eventowej, prowadzę dużo imprez w całej Polsce, więc faktycznie mam szczelnie wypełniony grafik. Show-biznes i telewizja  to bardzo niepewna przyszłość. Nie chciałabym, żeby np. za 10 lat okazało się, że nie ma dla mnie miejsca w telewizyjnej ramówce, albo jest jakiś gorszy czas - a takie też miałam. Mam rodzinę, chcę żyć na jakimś poziomie, nie chcę być od kogoś zależna, wiedziałam, że warto przekuć moją popularność i możliwość bycia w mediach na stronę biznesową. Oczywiście nie każdy to potrafi - mnie się udało. Kosztowało mnie to dużo pracy, bo pani z telewizji kojarzy się ze stereotypami, nie zawsze na wejściu ktoś mi potrafi zaufać. Ale nie ma też co ukrywać, że znana buzia, przynajmniej na początku, mocno ułatwia i pomaga. Potem jednak następuje twarda weryfikacja, bo na koniec dnia tabelki w Excelu muszą się zgadzać. To prosta sprawa.

Rzuci pani telewizję?

- Może się tak zdarzyć, tym bardziej, że telewizja się zmienia, większość rzeczy przechodzi do sieci. Nie zniknę pewnie ze świata medialnego, ale będę go inaczej wykorzystywała. Internet zabrał telewizji duży kawał tortu i ci, którzy umieli to wykorzystać, dobrze na tym wyszli. Praca w telewizji jest fajna i dopóki ludzie będą chcieli mnie oglądać, to czemu nie?

Lubi pani występy na żywo?

- Już się do nich przyzwyczaiłam, mamy świetną ekipę, ludzi, na których zawsze możemy liczyć. Lubimy ze sobą pracować, znamy swoje mocne strony, wiemy, kto jest w czym dobry. To sprawia, że jesteśmy zgranym zespołem i wszyscy gramy do jednej bramki.

Wielkie występy mają też często całkiem przyjemne strony, jak choćby kreacje od znanych projektantów.

- Oczywiście, na początku robiło to na mnie wielkie wrażenie. Teraz traktuję to jako element mojej pracy i pierwsza rzecz, jaką robię po wejściu do domu, to przebranie się w dresy i zmycie makijażu. Ale oczywiście miło jest nosić sukienki od najlepszych polskich projektantów szyte specjalnie dla mnie. Kiedyś jedna z sukienek bardzo spodobała się mojej córce - chciała mieć taką samą. Kiedy opowiedziałam o tym projektantce, uszyła jej taką! Ma 4,5 roku i powoli dostrzega specyfikę mojej pracy, ale staram się trzymać ją z daleka od mediów. Córka ma swój dziecięcy świat i to na razie jest dla niej ważne. Twierdzi, że moja praca jest nudna, nie bardzo rozumie, co robię, nie wie, czemu czasem na ulicy zaczepiają nas ludzie i chcą autografy czy zdjęcia. Ona chciałaby mieć mnie tylko dla siebie.

A pani nie chciałaby czasem rzucić tego wszystkiego i po prostu sobie z nią zostać w domu?

- Ale ja czasami rzucam! Przede wszystkim bardzo pilnuję czasu dla rodziny. Mój dzień zawodowy rzadko zaczyna się o siódmej rano - poranki, tak do 10-11, są zarezerwowane dla rodziny. W przedszkolu mam taki układ, że córka przychodzi później. Od dwóch lat, jeśli nie muszę brać pracy w weekend, to z niej świadomie rezygnuję. Staram się też, żeby kiedy to możliwe, rodzina była ze mną podczas zawodowych wyjazdów. Z Grześkiem [piosenkarz Grzegorz Hyży - mąż Agnieszki Hyży - przyp .red.] też bardzo dbamy o to, żeby łapać każdą wspólną chwilę. Nauczyłam się bardzo dobrze organizować sobie czas. Radzimy sobie bez niani. Ja gotuję obiady, ja robię pranie, organizuję święta, robię prezenty. Muszę mieć wszystko ogarnięte.

Ewa Gassen Piekarska


Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Hyży

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje