Adam Woronowicz: Nie interesuje mnie żaden spór

Adam Woronowicz, który często grywa w produkcjach podejmujących tematykę polityczną, uważa, że władza uzależnia i on sam politykiem nie chciałby być.

Jako aktor uważam, że stoję na tzw. pasie ziemi niczyjej, obserwując jedną i drugą stronę - twierdzi Adam Woronowicz

Spotykamy się tuż przed premierą drugiego sezonu serialu "Pakt", w którym Adam Woronowicz gra Dariusza Skalskiego. Jego bohater nie jest już ministrem, ale nie zamierza zrezygnować z polityki. Marzy mu się jeszcze większa władza i najwyraźniej jest skłonny do wielu poświęceń, by cel swój osiągnąć. Akcja nowych odcinków rozgrywa się głównie na Śląsku, ale można w niej odnaleźć odniesienia do skomplikowanej sytuacji politycznej naszego kraju.

Reklama

W nowym sezonie serialu "Pakt" znów wciela się pan w polityka Dariusza Skalskiego. Oglądałam już pierwszy odcinek. Przyznam, że pana bohater nie zrobił na mnie wrażenia polityka uczciwego...

Adam Woronowicz: - Żeby go ocenić, trzeba byłoby jednak zobaczyć wszystkie odcinki. Na pewno chciałbym zdjąć to odium ciążące na politykach, że oni wszyscy kombinują i są nieuczciwi.

Ja akurat należę do tych, którzy w klasie politycznej nie widzą wiele dobrego. Ale nie upieram się przy swoim zdaniu. Ciekawa więc jestem, jak można bronić przedstawicieli tej klasy.

- To nie jest kwestia bronienia, ale raczej myślenia, że rzadko się zdarza, żeby ktoś od początku miał złe intencje. Nikt nie wchodzi do polityki, żeby zniszczyć kraj i żeby zniszczyć ludzi. Takie postaci spotykamy jedynie w filmach o Jamesie Bondzie. W prawdziwym życiu ludzie raczej mają dobre intencje. Zwykle postępują zgodnie z własnymi poglądami i poglądami swojej partii. Tyle że w Polsce, w Unii Europejskiej są miliony obywateli, którzy mają różne poglądy, sprzyjają różnym opcjom politycznym. Często za nieuczciwość uważa się postępowanie niezgodne z wartościami tego, kto ocenia.

A dodajmy do tego, że my Polacy jesteśmy bardzo nieufni w stosunku do rządzących.

- My rzeczywiście mamy w sobie coś takiego. I to się nie zmienia od czasów, gdy na Sejmie ktoś mówił "liberum veto" i wszyscy szli do swoich chat. Jest w nas takie totalne zaprzaństwo i trudno się nami rządzi. Chyba nawet Salomon by sobie z nami nie poradził. Miała oczywiście na to wpływ historia - zabory, okupacja, a potem PRL. Ciężko jest odbudować to zaufanie, ale ja też nie wierzę, że przy którejkolwiek opcji politycznej nagle rozkwitną jabłonie i będzie tylko wiosna. Nie ma takiej możliwości.

Głosuje pan?

- Zawsze chodzę na wybory. Prawda jednak jest taka, że gdy wygrywa kolejna opcja, dla zwykłego szarego obywatela nic się nie zmienia. Coś zmienia się tylko dla pewnego establishmentu, dla ludzi władzy.

Wy tymczasem robicie serial o polityce i o ludziach z nią związanych. Na konferencji prasowej powiedział pan, że władza jest jak narkotyk.

- Wystarczy zobaczyć, co się dzieje z ludźmi, którzy wyszli z polityki, jak trudno im się odnaleźć w rzeczywistości, zwłaszcza gdy przez 25 czy 30 lat nie robili niczego innego. Polityka dla wielu stała się zawodem. Co to znaczy? Pracuje w Sejmie, jego ugrupowanie współtworzy rząd, on sam jest kimś w tym rządzie albo siedzi w ławach poselskich i się od tego uzależnia. Od immunitetu, od praw, od tego, jak wiele może od niego zależeć. Chyba nie ma takiego człowieka, który nie jest na to podatny. Może Nelson Mandela taki był, może Martin Luther King, a może Jan Paweł II, któremu ta władza nie zawróciła w głowie. Bo jednak każdy z nich jakąś władzę miał, obojętnie czy polityczną, czy kościelną. Trzeba olbrzymiej pokory, żeby pozostać sobą. Ludzi, których wymieniłem, łączyło to, że swoją działalność uważali za służbę. Dzisiaj słowo "służba" wydaje się wręcz faux pas. Jeśli ktoś powiedziałby, że startuje w wyborach, żeby służyć, to pewnie parę osób by się z tego zaśmiało.

To prawda. Większość jednak przedstawia na początku wręcz idealistyczne intencje, o których potem wielu zapomina.

- Pewnie wynika to ze słabości charakteru, uwarunkowań związanych z ugrupowaniem politycznym. Trzeba jednak pamiętać, że od czasu transformacji mieliśmy przykłady wielu polityków, urzędników państwowych, ludzi działających na niższych szczeblach, przedsiębiorców, którzy udowadniali, że można być prawym w tym, co się robi, że można uczciwie walczyć o swoją firmę. Po 1989 r. Polacy dokonali wielkich rzeczy, udźwignęli gigantyczny ciężar, a działo się to w czasie rządów wielu ugrupowań. Powinno się postawić pomnik dla tego narodu, dla tego społeczeństwa , które zapłaciło ogromną cenę i które zostało pozostawione samo sobie, bo racja gospodarcza jest taka, że nikt nie zajmuje się zwykłymi ludźmi. Niestety, zbyt często zapominamy, że w tym wszystkim najważniejsi są ludzie, ich poczucie stabilności, szczęścia.

Ładnie i z dużą empatią mówi pan o społeczeństwie. Czy to efekt dorastania w Białymstoku, w którym żyje się chyba nieco gorzej niż np. w Warszawie?

- Może to nie jest kwestia tego, że żyje się gorzej, bo białostoczanie bardzo cenią swoje miasto i są szczęśliwi, że w nim mieszkają, ale na pewno żyje się tam na innym poziomie. Ale to już nie jest biedny region. Na Ścianie Wschodniej wiele się w ostatnich latach zmieniło. Na pewno nie jest to bardzo rozwinięty przemysłowo region, ale dużo pozytywnych rzeczy się tam dzieje. Nadal jest wrażliwość na drugiego człowieka. Wielkie pieniądze jeszcze tam nie dotarły i nie zmieniły do końca ludzi, którzy wiedzą, że jeśli trzymają się razem, to jest lepiej. Dlatego nawzajem sobie pomagają - jak ty mi dasz jajka, to ja tobie mleko, jak ty mi coś, to ja tobie też. Istnieje tam coś poza pieniądzem, świadomość, że można coś dla kogoś zrobić i ten ktoś się odwdzięczy.

Mógłby pan zostać politykiem?

- Nie zastanawiam się nad tym. Lubię mój zawód i nie chciałbym wykonywać innego. Polityce trzeba się całkowicie poświęcić, nie wiem, czy byłbym do tego zdolny. Musiałaby temu przyświecać jakaś misja, cel.

Aktorzy jako osoby publiczne mają duży wpływ na innych, dlatego często są twarzami kampanii politycznych, społecznych...

- Jeśli chodzi o kampanie społeczne, nie mam nic przeciwko, ale jeżeli chodzi o kampanie polityczne, to jestem przeciwnikiem. Jak również zajmowania określonego stanowiska w sprawach politycznych. W ogóle się tym nie zajmuję. Jako aktor uważam, że stoję na tzw. pasie ziemi niczyjej, obserwując jedną i drugą stronę. Tak naprawdę jestem od grania, a nie od politykowania, często w mojej pracy jestem po jednej stronie i po drugiej. Poza tym nigdy nie interesował mnie spór, a raczej zasypywanie tych podziałów. Przy czym mam oczywiście świadomość, że obecnie to zasypywanie sporów jest niemożliwe, bo ani jedna, ani druga strona nie chce słuchać wzajemnych argumentów. Musi się coś stać, żeby ludzie zaczęli słuchać siebie. Na razie tylko na siebie krzyczymy i okazujemy agresję.

I przekrzykujemy się, kto jest większym patriotą.

- Ja głosuję na mój naród, ja głosuję na Polskę każdego dnia, idąc do pracy. Tak rozumiem patriotyzm. Płacąc podatki, żyjąc w tym kraju, wychowując tu dzieci. Nie chcę stąd wyjeżdżać, uciekać, chcę tu mieszkać pomimo wielu minusów. Akceptuję ten kraj ze wszystkimi jego podziałami i staram się wszystkich zrozumieć, co jest bardzo trudne. Staram się żyć i pracować z ludźmi o różnych poglądach politycznych. Tak pojmuję to słowo na "p". Dużo ostatnio jeździmy z teatrem po świecie. To skłania do zastanawiania się, czy jest zakątek świata, w którym byłoby nam tak dobrze jak tu. Nie znam takiego.

Rozmawiała Iwona Leończuk.

Dowiedz się więcej na temat: Adam Woronowicz | Pakt (serial)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje