Reklama

Reklama

Reklama

Zofia Kucówna: Śmiałam się i cierpiałam

Los niejednokrotnie pokazywał jej smutne oblicze. Ale aktorka traktowała to jako lekcje pokory.

- Dobrze jest mieć świadomość, że nie zmarnowało się życia. Żyłam, pracowałam, grałam, podróżowałam, śmiałam się, cierpiałam też... - mówi Zofia Kucówna (80 l.).

Reklama

Reklama

Aktorka mieszka w centrum Warszawy, w okolicy Łazienek Królewskich. Duże, stylowo urządzone mieszkanie z portretami przodków na ścianach, starymi meblami i pamiątkami z teatru.

Pani Zofia właśnie budzi się do życia. - To dlatego, że urodziłam się w maju. Wiosną i latem jestem aktywna i ruchliwa. Jesienią i zimą wpadam w bezruch - opowiada.

Zastrzega od razu, że nie lubi opowiadać o przeszłości. Woli wszystko opisywać. Całą młodość spędziła w Krakowie. Tam wydarzyło się wszystko co pierwsze w życiu. Ale zanim podjęła decyzję dotyczącą zawodu, wahała się. Nie wiedziała co wybrać - Akademię Sztuk Pięknych czy Państwową Wyższą Szkołę Teatralną. Będąc w liceum plastycznym wygrała konkurs recytatorski. Polonistka przekonywała ją, by próbowała sił w aktorstwie. - W plastyce będziesz przypuszczalnie przeciętna, a w aktorstwie możesz być nieprzeciętna. Idź, spróbuj - wspomina słowa nauczycielki.

I tak się stało. Po ukończeniu szkoły przeniosła się do Warszawy. Jej kariera to dziesiątki ról teatralnych i filmowych. Nie ukrywała nigdy, że nie przepadała za pracą w filmie. Teatr kochała z wzajemnością, ale też przez tę miłość cierpiała. Kiedy jej mąż, Adam Hanuszkiewicz, został dyrektorem Teatru Narodowego, o niej mówiono: dyrektorowa. Bolało ją to... Czuła się wyłączona z zespołu. A ona miała potrzebę więzi ze środowiskiem. Nie zamierzała siedzieć z założonymi rękoma.

Zgłosiła się do pracy na rzecz Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Zaczęła nim zarządzać, zżyła się z jego mieszkańcami. Nadzorowała budowę nowego pawilonu. Chciała, by ten dom był domem opieki, ale przede wszystkim normalnym domem dla tych wszystkich, którzy tam mieszkają. I to jej się udało.

Spełniała się jako aktorka, kobieta i człowiek. - Nie zrealizowałam się jedynie jako matka. Nie umiem robić kilku rzeczy naraz, a myślę, że obowiązki płynące z macierzyństwa zamknęłyby mnie z dzieckiem w domu. Nie miałam takich tęsknot - wyznaje szczerze.

Wierzy w numerologię. Najważniejsza jest dla niej cyfra 9. W 1949 roku zdała do szkoły plastycznej. W 1959 przyjechała do Warszawy. W 1969 przeszła do Teatru Narodowego. Rok 1979 to czas choroby, walki z nowotworem, a w 1989 rozpoczęła samodzielne życie po rozstaniu z mężem. Z mistrzem Hanuszkiewiczem szli razem przez życie przez 25 lat. Po rozstaniu zaczynała wszystko od nowa.

- Nagle wszystko przestało być naturalne. Dziwnie było żyć z tym, że nie ma komu powiedzieć: dzień dobry i w pojedynkę jeść posiłki. Musiałam się tego nauczyć - opowiada.

Ale wspomina męża jako człowieka absolutnie wyjątkowego. Miał w sobie entuzjazm i wielką pasję. - Nikt inny nie potrafił zdopingować tak jak on - opowiada pani Zofia.

Przypuszcza, że byłoby jej dużo trudnej to przeżyć, gdyby nie fakt, że wcześniej stoczyła prawdziwą walkę z chorobą nowotworową. Na szczęście wygraną walkę. Po tych wszystkich trudnych przeżyciach dla aktorki nadrzędną wartością stało się samo życie. Czuje się szczęśliwa, że go nie zmarnowała. Jest na emeryturze i nie chce już grać w teatrze. Choć, gdy przechodziła na emeryturę z Teatru Współczesnego, dyrektor Maciej Englert zapewnił ją, że zawsze znajdzie się dla niej coś do zagrania.

Pani Zofia jeździ za to po Polsce ze spektaklami poetyckimi i pisze kolejną książkę. Teraz takie życie sprawia jej radość.

KO

Reklama

Reklama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje