"Znachor": Melodramat z mezaliansem w tle

Jerzy Bińczycki w filmie "Znachor" /East News/POLFILM

W środę, 12 kwietnia, mija dokładnie 35 lat od premiery filmu "Znachor" Jerzego Hoffmana. Widzowie byli zachwyceni, ale reżyser do dziś musi się z tego tłumaczyć.

Reklama

Jerzy Hoffman remake "Znachora" postanowił zrobić w 1981 r., gdy trwał karnawał Solidarności i buzowały emocje mające niewiele wspólnego z przedwojennym melodramatem Dołęgi-Mostowicza. Kiedy rok później, już w stanie wojennym, film trafił do kin, okazał się strzałem w dziesiątkę.

Widzowie, którzy pamiętali tylko przedwojenną wersję (z Kazimierzem Junoszą-Stępowskim i Elżbietą Barszczewską), rażącą nieznośną manierycznością, szturmowali kina. Krytykom pozostało bezsilne zgrzytanie zębami.

Reklama

"Był pan chłopcem szalenie utalentowanym i doszedł pan do sławy, forsy i szacunku: czy nie mógłby pan również zrobić wartościowego filmu?" - pisał zdegustowany krytyk Zygmunt Kałużyński. Grająca w filmie jedną z głównych ról Anna Dymna usłyszała kiedyś, że "Znachor" to takie "lukrowane gówienko dla kucharek".

Reżyser Jerzy Hoffman nie pierwszy raz sięgnął po melodramat z mezaliansem w tle - pięć lat wcześniej sukces odniosła "Trędowata". W "Znachorze" w roli młodego hrabiego Czyńskiego widział ponoć Daniela Olbrychskiego (który miał już za sobą rolę Kmicica i Azji), ale ten się nie zgodził.

Annie Dymnej partnerował Tomasz Stockinger. "Lubiliśmy bardzo sceny całowania, często prosiliśmy, żeby jeszcze jedną próbę zrobić. Myślę, że mieliśmy z Anią tzw. chemię" - wspomina aktor.

Obsada filmu była wymarzona: Igor Śmiałowski w roli seniora rodu, Bernard Ładysz jako młynarz, kipiąca energią Bożena Dykiel, Piotr Fronczewski i w roli tytułowej Jerzy Bińczycki, dla przyjaciół Binio. Jerzy Hoffman nie wyobrażał sobie w tej roli nikogo innego.

"Na czym zasadzała się siła aktorstwa Jerzego Bińczyckiego? - zastanawiał się reżyser. - Po dziś dzień nie wiem, jakim aktorem był Bińczycki. To banał, jeśli powiem, że dobrym, ale czy wielkim? Na pewno był szlachetnym człowiekiem. To z niego emanowało. Przed kamerą Binio zawsze wydawał się niesłychanie prawdziwy. Wolno mówił, wolno się ruszał".

W finałowej scenie w sądzie lekarz grany przez Fronczewskiego rozpoznaje w znachorze dawnego współpracownika i mówi z przejęciem: "Wysoki sądzie, proszę państwa, to jest profesor Rafał Wilczur". "Wcześniej, gdy Dymna przedstawia się przed sądem jako Marysia Wilczurówna, Bińczycki niemal zgniata rękami oparcie drewnianej ławy dla oskarżonych" - opowiada reżyser.

"Binio wcale nie miał silnych rąk. Ale przecież był w młodości bokserem. Chyba jeszcze dawniej niż ja. Nakręciliśmy zbliżenie jego rąk. A później Binio miał zapłakać, rozpoznawszy córkę. Jest prosty, techniczny sposób, by w oczach aktora pojawiły się łzy. Trzeba wypuścić z siebie całe powietrze i nie wciągać nowego. Z powodu niedotlenienia człowiek zaczyna się wtedy dusić i oczy mu wilgotnieją (...). Ale Binio powiedział, że sam zagra wzruszenie. Czekamy, aż wejdzie w nastrój, w końcu kamera rusza, Dymna się przedstawia, a Binio, nie mogąc zapłakać, wydaje z siebie takie: uuuu, u u u u. Wreszcie zapłakał" - wspomina Hoffman.

Anna Dymna, niezwykle pięknie wyglądająca w tej scenie, wystąpiła w żakiecie i kapeluszu żony reżysera, która odwiedziła męża na planie.

Rezydencję Czyńskich zagrał pałac w Radziejowicach, miasteczko na Kresach to Bielsk Podlaski, a dom Wilczura - Pałac Sobańskich w Alejach Ujazdowskich. Dom młynarza i młyn to dekoracja. Reżyser zwolnił scenografa Jerzego Szeskiego, który zrobił takie koło młyńskie, że nie mogło go ruszyć 30 osób.

Mieszkańcy Bielska Podlaskiego przez lata wspominali zdjęcia do filmu, wielu wystąpiło w epizodach. Do dziś jest tam sklep U Znachora. Na planie panowała miła atmosfera. W czasie przerw w zdjęciach reżyser wysyłał aktorów na... grzyby, a potem osobiście je dla nich przyrządzał.

"Myśmy się wszyscy od razu zaprzyjaźnili, nikt nie traktował mnie jak debiutanta" - wspomina Artur Barciś. To była jego pierwsza duża rola kinowa (wcześniej zagrał w odcinku "07 zgłoś się"). Gdy Jerzy Hoffman, który pamiętał go jeszcze z filmu "Do krwi ostatniej", zaproponował mu rolę kalekiego młynarza bez zdjęć próbnych, aktor był bardzo szczęśliwy.

"Marzyłem o tym, żeby zagrać w takim filmie. Scenariusz był świetny - mówi - (...) Miałem poczucie, że złapałem Pana Boga za nogi".

Przed jedną z najmocniejszych scen w filmie, kiedy tytułowy znachor operuje bez narkozy kalekiego chłopca, aktor zastanawiał się, jak ucharakteryzują jego nogi.

"Okazało się, że przywieźli takiego biedaka chorego na Heinego-Medina. To jego nogi zostały sfilmowane. Za każdym razem, gdy widzę tę scenę - a przyznaję, że widziałem ten film ze dwadzieścia razy - to ciarki mnie przechodzą, chociaż wiem, że to tylko montaż. Wiem, że to tylko film, że nikt mi krzywdy nie zrobił, a mimo to wchodzę w ten świat i... To jest właśnie magia kina. Zdjęcia i dobry montaż wywołują takie wrażenie. Wiktor Zborowski, który jest moim serdecznym przyjacielem, gdy 'Znachora' pokazują w telewizji, za każdym razem przysyła mi SMS: 'I znowu się, k..., przez ciebie popłakałem'" - mówi Barciś.

Ale najwięcej łez widzowie wylali, oglądając wzruszającą scenę spotkania rozdzielonych kochanków. Stockinger wiezie mnóstwo świeżo ściętych róż na grób ukochanej, gdzie zamierza odebrać sobie życie. Na szczęście w ostatniej chwili dowiaduje się, że Marysia żyje.

Dzień przed kręceniem sceny reżyser zamówił u rekwizytora bukiet najpiękniejszych róż, jakie są Bielsku. Dostał tylko pięć kwiatów, do tego nieszczególnej urody. Postawił więc ultimatum: albo róże będą jak trzeba, albo zdjęcia zostaną zerwane.

Wysłano taksówkę z Bielska Podlaskiego do Warszawy, na bazar na Polnej, skąd przywieziono piękne żółte róże. "To były róże jak dla prezydenta... Stanów Zjednoczonych" - wspomina Tomasz Stockinger. Sporo to kosztowało, ale scena została uratowana!

Za to aktorów nie rozpieszczano wynagrodzeniem: Tomasz Stockinger za rolę i sprzedaż praw zainkasował równowartość... 200 dolarów. Ale sam film przyniósł zyski: "Znachora" obejrzało w polskich kinach kilka milionów osób, spodobał się też w ZSRR i w Szwecji.

Anna Dymna i Jerzy Bińczycki sporo dzięki temu wyjeżdżali, a na co dzień pracowali razem w krakowskim Starym Teatrze. "Raz usłyszałam na ulicy rozmowę dwóch pań: 'Zobacz, to ta kochanka Bińczyckiego!' - wspomina Anna Dymna. - A druga oburzona: 'Jaka kochanka, przecież to jest jego żona'. Jeszcze jedna się wtrąciła: 'Co panie mówią, to jego córka'. Bo grałam i jego żonę, i córkę, i kochankę. (...) Powiedziałam o tym Biniowi. A on: 'Ania, nic się nie bój, pożyjesz trochę, to usłyszysz, że jesteś moją matką'".

Do śmiechu nie było za to wcale Tomaszowi Stockingerowi, którego jedna z fanek za bardzo utożsamiła z rolą. Zakochała się w nim po uszy, a niespełnione uczucie z czasem przerodziło się w obsesję. Kobieta zaczęła prześladować aktora, straszyła nawet, że obleje go kwasem solnym. Na szczęście groźby nie spełniła.

Piotr K. Piotrowski

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Hoffman

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje