"Ziemia obiecana": Łódzkie włókniarki, czarne prezerwatywy i śpiący tygrys

Daniel Olbrychski w "Ziemi obiecanej" /East News/POLFILM

Po obejrzeniu „Ziemi obiecanej” żona I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka miała powiedzieć, że film byłby znakomity, gdyby wyciąć z niego dwie pornograficzne sceny. Widzowie byli jednak innego zdania – zarówno te sceny, jak i całe dzieło, przeszły do historii i legendy polskiego kina.

Reklama

Pomysł, by zekranizować powieść Reymonta, podsunął Wajdzie Andrzej Żuławski. W Łodzi przetrwała XIX-wieczna zabudowa z pałacami, fabrykami, dworcami kolejowymi... Nic, tylko kręcić. Wajda napisał więc scenariusz i... trzy lata czekał na jego zatwierdzenie. A gdy je dostał, zajęty był "Weselem". Dopiero w 1973 r. rozpoczął prace nad filmem. Miała to być opowieść o prawdziwej męskiej przyjaźni Polaka, Niemca i Żyda, potrzebował więc trzech aktorskich wirtuozów.

W roli Karola Borowieckiego widział Daniela Olbrychskiego, w Maksa Bauma miał wcielić się Andrzej Seweryn, w Moryca Welta - dysponujący odpowiednią aparycją Jerzy Zelnik. A młody i długowłosy wtedy Wojciech Pszoniak miał zagrać... Zuckera, starego męża Lucy, kochanki Karola. Na szczęście po paru tygodniach Wajda zmienił zdanie, a zdjęcia próbne pokazały, że ufarbowany na rudo Pszoniak po prostu jest Morycem. "Nie można było oczu od niego oderwać. Wystarczyło postawić kamerę i kręcić" - wspominał Olbrychski.

Zuckerową, według planów, miała zostać Violetta Villas. Szybko okazało się jednak, że współpraca ze śpiewaczką nie będzie łatwa. Artystka nie docierała na przymiarki kostiumów, deklarując jednak wielką chęć grania. Gdy kolejną wymówką, mającą tłumaczyć jej nieobecność, okazał się czarny kot, który przebiegł jej drogę, Wajda stracił cierpliwość i zaproponował rolę Kalinie Jędrusik.

Dobieranie obsady trwało wiele miesięcy. Potem prace ruszyły z kopyta - przez następne 86 dni reżyser dosłownie dwoił się i troił, bo jednocześnie pracowały nawet trzy ekipy. Nic dziwnego - nie brakowało wielkich, pełnych rozmachu scen. Do łatwiejszych należały te w fabryce, wystarczyło tylko wymienić kilkaset jarzeniówek na udające stare lampy (przez półtorej doby trudziło się nad tym 45 elektryków!) i zadbać o stroje. "Wtedy łódzkie fabryki pracowały - wspominał Olbrychski. - Mieliśmy dźwięk maszyn, bezpłatnych statystów. Łódzkie kobiety na co dzień pracowały przy tych maszynach. Wystarczyło je tylko przebrać w śliczne fartuszki z końca XIX wieku. Założyły je zamiast brzydkich, roboczych drelichów. One nie przerywały pracy, a my graliśmy. Myśmy musieli do siebie krzyczeć, bo się nie słyszeliśmy. Taki był hałas maszyn. Po zdjęciach wracaliśmy do Warszawy samochodem, jeszcze do Sochaczewa nie słyszeliśmy siebie wzajemnie, tak byliśmy ogłuszeni".

Znacznie większe wyzwanie stanowiła scena orgii w ogrodzie pałacu Kesslera, w którym jako statystki także wystąpiły włókniarki. A że było zimno, "rozgrzewano je" odrobiną alkoholu. "Tak wczuły się w atmosferę, że porozbierały się bardziej, niż należało - wspominał Andrzej Haliński, II scenograf. - A nikt nie miał zamiaru pozwolić, żeby na planie - na oczach gapiów oblegających od zewnątrz ogrodzenie - biegały gołe panienki. W końcu 3/4 materiału poszło do kosza, bo nie nadawało się na ekran. A zza płotu baby krzyczały, że filmowcy to świnie".

Znacznie stateczniej od dziewczyn zachował się występujący w scenie tygrys. Choć Kessler drażnił go, by zaimponować gościom, tygrys spał i nie reagował na zaczepki. Chwilę później o mało nie doszło do nieszczęścia: gdy pracownicy dźwignęli klatkę, by wynieść ją z planu, ta... rozpadła się. Na ziemi pozostała podłoga, a na niej drapieżnik, którego od reszty ekipy nie dzieliły już żadne pręty. Na szczęście wielki kot był zainteresowany jedynie drzemką. Jego groźne ryki filmowcy nagrali kiedy indziej, we wrocławskim zoo.

Reklama

Pracując nad arcydziełem, reżyser musi mieć dokładną jego wizję, ale też umieć wykorzystać pomysły współpracowników. Tak właśnie powstała scena, gdy Borowiecki cuci siłą pijanego Moryca, wkładając mu palce do gardła i oblewając pomyjami. Wymyślił  to i osobiście zrealizował Olbrychski, a jego filmowy partner miał tylko jedno zadanie: znosić wszystko spokojnie. I zniósł. Choć po latach narzekał, że Olbrychski "sięgnął mu aż do otrzewnej" i gardło bolało go jeszcze przez wiele dni.

Tę bardzo realistyczną scenę trudno zapomnieć, ale to nie ona najmocniej utkwiła w pamięci widzów. Palma pierwszeństwa zdecydowanie należy się "momentom" z udziałem Lucy i Borowieckiego. Choć aktorzy byli ubrani od stóp do głów, wykazali się takim mistrzostwem, że sceny te wręcz porażały erotyzmem. W pociągu bohaterowie nie tylko konsumują siebie w sensie seksualnym, ale przy okazji zajadają się frykasami z obficie zastawionego stołu, co dla widzów z okresu PRL-u stanowiło szokującą egzotykę.

Równie mocna była scena w karocy, gdy Karol dostaje od kochanki depeszę z informacją o wzroście ceny bawełny i uświadamia sobie, że oznacza to dla niego fortunę. "Otwieram dach od karety i krzyczę na całą Łódź, że to triumf - opowiadał Olbrychski. - Przeczytawszy o tym w scenariuszu, uświadomiłem sobie, że ręce będę miał zajęte depeszą, a Kalina siedząca naprzeciwko mnie zanurkuje w dół. Pomyślałem więc, że nie omieszka zobaczyć tego i owego. Przez czystą ciekawość, chęć udowodnienia mi, jak to jest z kobietą zmysłową".

W sex shopie w Danii kupił więc paczkę czarnych prezerwatyw i tuż przed newralgiczną sceną odpowiednio się przystroił. "Przez następne dwa dni Kalina nie schodzi na śniadania w hotelu, ledwie odpowiada na moje dzień dobry. W pewnym momencie podchodzi do mnie Kłosiński: 'Kalina strasznie cię przeprasza. Nie wiem za co, ale mam ci powiedzieć, że czarne też jest piękne'" - opowiadał aktor w wywiadach.

W swej książce przedstawia jednak bardziej powściągliwą wersję: "Ona rzeczywiście manipulowała coś przy moim rozporku, może przez moment mignęły moje majtki, a Kalina - przestraszona, że posuwa się za daleko, natychmiast zasłoniła je. (...) Byliśmy zapięci od stóp do głów, ale Kalina potrafiła grać tak zmysłowo, że rumieniło się pewnie jej krzesło". Rumienili się też widzowie i - bywało - wyrażali swe oburzenie. Jędrusik wspominała, że kiedyś w warszawskim Supersamie jakiś starszy pan na jej widok splunął i krzyknął: "Ty świnio! Jak możesz po takiej scenie ludziom się pokazywać!".
 
Kinowa wersja "Ziemi obiecanej" (powstał też 4-odcinkowy serial) trwa blisko 3 godziny. Powszechnie chwalony film miał szanse na Oscara, ale ostatecznie przegrał z "Dersu Uzała" Akiro Kurosawy. 25 lat później na ekrany weszła nowa, reżyserska wersja dzieła. PRL-owscy moraliści byliby zadowoleni - Wajda skrócił film, wycinając scenę erotyczną w pociągu. W ramach promocji powstał teledysk, w którym Daniel Olbrychski, Wojciech Pszoniak i Andrzej Seweryn przechadzają się ulicami współczesnej Łodzi i śpiewają: "Byliśmy kiedyś młodzi, w najmłodszym mieście Łodzi...".

Piotr K. Piotrowski

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Ziemia obiecana

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje