Za słabe na Hollywood

Alicja Bachleda-Curuś, Iza Miko, Weronika Rosati, a w przeszłości m.in. Izabella Scorupco czy Katarzyna Figura - wszystkie one próbowały lub wciąż starają się zaistnieć na planach filmowych w Los Angeles czy Nowym Jorku.

Dlaczego żadnej z tych pięknych aktorek, które w kraju nad Wisłą mają niepodważalny status gwiazd, nie udało się dotąd zrobić kariery za Oceanem?

Polskie gwiazdy

Reklama

Co ciekawe, największą aktorką gwiazdą, jaką Polska kiedykolwiek mogła się poszczycić w "fabryce snów", jest niejaka Apolonia Chałupiec. Ta urodzona w 1897 roku w Lipnie aktorka, znana całemu światu jako Pola Negri, zadebiutowała przed kamerami w filmie "Niewolnica zmysłów" (1914) Jana Pawłowskiego. Następnie, jeszcze pod koniec I wojny światowej, wyjechała do Berlina, a w 1922 roku podpisała kontrakt z jednym z hollywoodzkich studiów filmowych.

Role w głośnych produkcjach takich, jak: "Hiszpańska tancerka", "Zakazany raj" czy "Miłość aktorki" oraz liczne romanse m.in. z Charliem Chaplinem i Rudolfem Valentino sprawiły, że Negri stała się jedną z największych gwiazd kina niemego i symbolem seksu lat 20. Jej kariera załamała się dopiero po wprowadzeniu do kina dźwięku, co zmusiło aktorkę do powrotu do Europy.

Nigdy później nie doczekaliśmy się artystki, która podobnie jak Negri, mogłaby zostać uznana za jedną z ikon kina. Nie znaczy to jednak, że inne polskie nazwiska nie zaistniały w historii Hollywood. I nie mam tu na myśli Andrzeja Wajdy, Romana Polańskiego, Jerzego Skolimowskiego czy Krzysztofa Kieślowskiego, o których słyszał każdy kinoman, ale specjalistów sztuki operatorskiej i kompozytorów. To im głównie zawdzięczamy liczne sukcesy i wiele prestiżowych nagród.

Mało kto wie, że najwięcej Oscarów zdobyli właśnie nasi... muzycy. Pierwszym Polakiem, który otrzymał Nagrodę Akademii, był Leopold Stokowski - dyrygent polskiego pochodzenia urodzony w Londynie. W 1941 roku wspólnie z Waltem Disneyem odebrał honorową statuetkę za wkład w realizację pełnometrażowej produkcji animowanej zatytułowanej "Fantazja".

Doskonale za Oceanem poradził sobie również Bronisław Kaper, urodzony w 1902 roku absolwent Warszawskiego Konserwatorium w klasie fortepianu. W ciągu trwającej prawie 40 lat kariery zawodowej, Kaper napisał muzykę do ponad 100 filmów. W 1954 roku zdobył Oscara za "Lili" Charlesa Waltersa. Był również trzykrotnie nominowany do Nagrody Akademii: za muzykę do "Czekoladowego żołnierza" (1941) Roy'a Del Rutha oraz "Buntu na Bounty" (1962) Lewisa Milestone'a i Carola Reeda, a także w kategorii "najlepsza piosenka" za utwór "Love Song from Mutiny on the Bounty (Follow Me)".

Także laureatem ostatniego "polskiego" Oscara jest muzyk. Jan A.P. Kaczmarek, niegdysiejszy stażysta w Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego i założyciel Orkiestry Ósmego Dnia, otrzymał go za "Marzyciela" Marca Forstera.

Niemniej sławni w Hollywood są polscy operatorzy. Szlaki przecierał już w latach 60. Adam Hollender. W jego ślady poszli też dwaj - podobnie jak on - absolwenci łódzkiej "filmówki": Andrzej Bartkowiak (próbował swoich sił za Oceanem także w roli reżysera) i Dariusz Wolski. Kolejni operatorzy, który trafili do "fabryki snów" to: Andrzej Sekuła (doświadczenie operatorskie zdobywał, realizując filmy dokumentalne) oraz Sławomir Idziak i Piotr Sobociński (zanim znaleźli się w USA, byli autorami zdjęć do polskich filmów). Najsłynniejszym polskim operatorem jest jednak Janusz Kamiński, wieloletni współpracownik Stevena Spielberga, laureat dwóch Oscarów za jego produkcje "Lista Schindlera" (1993) i "Szeregowiec Ryan (1998).

Mieli swoje 5 minut

Jeśli natomiast chodzi o polskich aktorów, to po wspomnianej Poli Negri żadnemu z nich nie udało się dotąd przebić do pierwszej ligi Hollywood, co jednak nie znaczy, że niektórzy nie próbowali. Warty odnotowania jest zwłaszcza przypadek Elżbiety Czyżewskiej (w czwartek, 16 czerwca, minął rok od jej śmierci).

Aktorka nazywaną "polską Marylin Monroe" zagrała w naszym kraju w takich legendarnych filmach jak: "Mąż swojej żony", "Małżeństwo z rozsądku", "Gdzie jest generał", "Rękopis znaleziony w Saragossie", "Złoto" czy "Pierwszy dzień wolności". W 1967 roku Czyżewska poznała Davida Halberstama, amerykańskiego dziennikarza, laureata nagrody Pulitzera za książkę o wojnie w Wietnamie, który wkrótce poprosił ją o rękę. Po opublikowaniu przez korespondenta artykułu krytykującego Władysława Gomułkę, Halbertam i Czyżewska musieli opuścić Polskę. W USA gwieździe nie udało się w pełni kontynuować kariery aktorskiej, zagrała jednak kilka interesujących ról, szczególnie na deskach scen off-Broadway. W kinie natomiast zaprezentowała się głównie w rolach epizodycznych, a jej jedyna pierwszoplanowa kreacja w kinie amerykańskim pochodziła z dramatu "Niewłaściwe miejsce" (1989) Louisa Jansena, w którym wcieliła się w... polską emigrantkę.

O wiele więcej ról w Hollywood ma na swoim koncie, mocno niedoceniana w naszym kraju, Joanna Pacuła. Jej losy są zresztą ściśle związane ze wspomnianą Czyżewską, ponieważ to właśnie u niej zamieszkała w 1982 roku, gdy postanowiła rozpocząć karierę aktorską w Stanach Zjednoczonych (ich relacje stały się podstawą filmu "Anna" Jurka Bogajewicza, według scenariusza Agnieszki Holland).

Przełomowa dla Pacuły okazała się, otrzymana za rekomendacją Romana Polańskiego, rola Iriny w filmie "Park Gorkiego" (1983) Michaela Apteda z Lee Marvinem i Williamem Hurtem w rolach głównych, za którą została nominowana do Złotego Globu. Jej pozycję umocniły: rola Żydówki Luki w miniserialu wojennym "Ucieczka z Sobiboru" (1987) Jacka Golda, modelki żyjącej pod wpływem kapłanki voodoo w horrorze "Pocałunek" (1988) Pena Denshama, a także kochanki Doca Holiday'a (Val Kilmer) w westernie "Tombstone" (1993) George'a P. Cosmatosa.

Pacuła, która zagrała też m.in. w obrazach: "Wybraniec śmierci" (1994) Dwighta H. Little czy "Wirus" (1999) Johna Bruno, nigdy nie stała się jednak sławna, bo występowała przede wszystkim w filmach klasy B. Jej kariera mogła się co prawda potoczyć zupełnie inaczej, ale odrzuciła role w filmach "Nagi instynkt" czy "Dziewięć i pół tygodnia", gdyż... jej mąż nie chciał, aby rozbierała się przed kamerą.

Swoje 5 minut sławy miały też w Hollywood dwie kolejne Polki: Izabella Scorupco i Dagmara Domińczyk. Ta pierwsza po roli u boku Pierce'a Brosnana w ekranizacji przygód Jamesa Bonda - "Goldeneye" (1995) Martina Campbella, wystąpiła też w kolejnym obrazie tego reżysera - "Granice wytrzymałości" (2000). Zapadające w pamięć kreacje stworzyła również we "Władcach ognia" (2002) Roba Bowmana (miała u boku Christiana Bale'a, Gerarda Butlera i Matthew McConaughey'a) i "Egzorcyście: Początek" (2004) Renny'ego Harlina.

Najważniejszą rolą Domińczyk był jak dotąd występ w "Hrabim Monte Christo" (2002) Kevina Reynoldsa, w którym wcieliła się w Mercedes. Znaczące kreacje stworzyła też w filmach "Oni" (2002) Roberta Harmona czy "Farciarz" (2003) Gary'ego Ellisa. Zagrała też epizodyczne role w 'Kinsey'u" (2004) Billa Condona i "Biegając z nożyczkami" Ryana Murphy'ego (2006), u boku takich gwiazd, jak Liam Neeson, Laura Linney, Anette Bening, Joseph Fiennes czy Gwyneth Paltrow.

Co ciekawe, ostatnim polskim aktorem, który stworzył ważną kreację w hollywoodzkim filmie jest... Daniel Olbrychski, gwiazdor rodzimego i europejskiego kina, którego jednak nigdy nie ciągnęło do kariery za Oceanem. Aktor wcielił się w 2010 roku w Vassily'a Orlova w superprodukcji "Salt" Philippe'a Noyce'a, na planie której zaprzyjaźnił się zresztą z odtwórczynią roli tytułowej, Angeliną Jolie.

Bezlitośnie wycięci

Nikt ze wspomnianych aktorów nie wykorzystał w pełni szansy, jaką daje "fabryka snów", ale udało im się przynajmniej zaistnieć w tytułach, które zna każdy szanujący się fan kina. Nawet tego nie można natomiast powiedzieć o kilku innych polskich artystach i celebrytach, których hollywoodzka przygoda kończyła się zwykle trzeciorzędną rolą albo - co gorsza - wycięciem ich sceny z filmu.

Epizodem u znanego reżysera może się pochwalić m.in. Katarzyna Figura, która zagrała w opowiadającym o świecie mody filmie Roberta Altmana "Pret-a-Porter" (1994). Polka wystąpiła co prawda u boku takich gwiazd jak Sophia Loren, Marcello Mastroianni, Kim Basinger, Tim Robbins czy Lauren Bacall, ale jej kreacja ograniczyła się zaledwie do kilku sekund na ekranie. W Ameryce Figura zagrała jeszcze w thrillerze "Zbyt młodzi, zbyt szybcy" (1995) Tima Everitta, po czym wróciła do kraju, świadomie decydując się na główne role w Polsce, niż "ogony" w Hollywood.

Jak na razie nie wiadomo, jak potoczą się losy, najbardziej znanego obecnie polskiego nazwiska za Oceanem (choć raczej za sprawą romansu z Colinem Farrellem, niż filmowych dokonań), czyli Alicji Bachledą-Curuś. Aktorka stworzyła jak dotąd znaczące kreacje w bardzo dobrze przyjętym niezależnym filmie "Handel" (2007) Marco Kreuzpaintnera, a także w dramacie "Ondine" Neila Jordana, który był jednak produkcją przede wszystkim brytyjską.

Tak naprawdę Bachleda nie zagrała więc w żadnym typowo hollywoodzkim projekcie i jest obecnie od tego dalej niż bliżej, choćby dlatego, że jej najbliższe plany - "Bitwa pod Wiedniem" (2011) Renzo Martinelliego i "The Absinthe Drinkers" (2012) Johna Jopsona, to ponownie role w kinie europejskim.

W Hollywood (przynajmniej na razie) kariery nie zrobiła też Iza Miko, znana m.in. z głównej roli w "Kochaj i tańcz" (2009) Bruce'a Parramore'a. Aktorka wybiła się ponad dziesięć lat temu kreacją w "Wygranych marzeniach" (200) Davida McNally, ale od tamtego czasu nie zagrała w żadnej ważnej produkcji. Można ją było co prawda oglądać w "Straconych" (2001) J.S. Cardone'a czy "Domie Usherów" (2006) Hayley'a Cloake'a, ale były to filmy, które nie zdobyły specjalnego rozgłosu w Stanach.

Wydawało się, że przełomem będzie dla niej kreacja Ateny w "Starciu Tytanów" (2010) Louisa Leterriera, ale sceny z artystką usunięto podczas montażu. Ostatnio Miko, zrażona brakiem filmowych propozycji, wystąpiła w serialu stacji NBC "The Cape". Może w telewizji pójdzie jej lepiej.

Podobny los jak Miko w filmie Leterriera spotkał też Tomasza Karolaka, który w 2009 roku zagrał w obrazie "Aż po grób" Aarona Schneidera. O filmie jakiś czas temu bardzo dużo się mówiło, podobnie zresztą jak o występie w nim Karolaka, ze względu na to, że jednym z jego producentów był TVN. Przy montażu okazało się jednak, że sekwencja z polskim aktorem jest zbędna, dlatego jego również próżno szukać, oglądając obraz Schneidera.

Najnowszy przykład "występu" rodzimego przedstawiciela w hollywoodzkim filmie, wiąże się z Weroniką Rosati i thrillerem "Spisek", który w piątek, 17 czerwca, zadebiutował na kinowych ekranach. Produkcja ta reklamowana jest zresztą w naszym kraju, głównie poprzez osobę polskiej aktorki i jej kreacji u boku m.in. Sharon Stone (obie znajdują się na plakacie promującym "Spisek"). Niestety dopiero oglądając film Jerome'a Salle'a, można się przekonać, jak nikły jest w nim udział Rosati i jak niewielką powierzono jej partię.

W ostatnim czasie Polka zakończyła także pracę na planie amerykańskiego serialu "Luck", w którym występują też: Dustin Hoffman i Nick Nolte, na etapie postprodukcji znajduje się również film "Criminal Empire for Dummy's", gdzie pracowała z Garym Oldmanem i Jodie Foster. Czy także w tych obrazach jej funkcja ograniczy się do ładnego wyglądu przez kilka minut i głośnego krzyku?

Nie mają szczęścia polscy aktorzy w Hollywood. Nikt na nich nie stawia, nie daje szansy, a oni sami nie są w stanie się przebić (za sprawą wyglądu, talentu czy koneksji). Miejmy nadzieję, że ten trend kiedyś się odmieni i będziemy mogli o nich mówić z podobną dumą w głosie, jak o rodzimych reżyserach, operatorach czy muzykach?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje