Z kamerą za kratami

Szare mury, żelazne kraty, kiepskie żarcie i dybiące na twoje życie draby. Nie, to ani nie szkoła, ani nie korporacyjny biurowiec, ale pierwsze lepsze filmowe więzienie. Pobyt w nim jest jednak częściej dla widza nie karą, a relaksem.

Kadr z filmu "Git"

Trafiasz za karty za przestępstwo, którego, oczywiście, nie popełniłeś. Ale szybko się przekonujesz, że tutaj mało kto jest przekonany o swojej winie, choć są i tacy, którzy wyroki noszą dumnie jak ordery.

To Ameryka

Reklama

Twój kumpel spod celi, jedyna przyjazna ci dusza za zimnymi murami, szybko zostaje dźgnięty pod żebra zaostrzoną szczoteczką. I już wiesz, że szaleniec z północnego skrzydła tobie też przetrąci gnaty przy pierwszej lepszej okazji. Przy życiu trzymają cię tylko opowieści starego wygi, który roi sobie, że niegdyś zgarnął miliony, i zdradzi ci, gdzie pieniądze zakopał, jeśli obiecasz odpalić działkę jego córce. Zaczynasz układać plan. Celę obok rezyduje koleś, który ma układy ze strażnikami i potrafi przemycić nawet czołg. Zdążyłeś też skumać się z facetem, który zwiał z czterech ciup. Może jakoś to będzie. Gdyby tylko nie uwziął się na ciebie naczelnik, a strażnik nie był sadystą, który ubrdał sobie, że tu rządzi. Witaj w amerykańskim pierdlu.

A przynajmniej jego hollywoodzkiej wersji. Francuski filozof Michael Foucault pisał, że sama koncepcja kary odosobnienia zakłada ukrycie jej przed światem. Bo prawda jest taka, że, prawdopodobnie, żadne z nas nigdy nie zajrzy za ciężkie, stalowe drzwi. Dlatego tym chętniej oglądamy filmy osadzone za więziennym murem okalanym kolczastą siatką, bo chociaż na te dwie godziny otwarty zostaje wizjer, przez który możemy zajrzeć do świata kompletnie, na szczęście, dla szarego człowieka niedostępnego.

Co oglądają więźniowie?

Swego czasu brytyjski Channel 4 wyemitował program dokumentalny "Prison Night", oparty na rozmowach z osadzonymi na temat kina. Oceniali oni swoje ulubione filmy z akcją umiejscowioną w więzieniu. I choć niemal wszyscy optowali za tytułami, opowiadającymi historie zapożyczone z życia, choćby luźno podparte faktami - wysoko na liście znalazła się "Ucieczka z Alcatraz" z Clintem Eastwoodem, uosabiającym archetypicznego bohatera podobnych spektakli - czołowe miejsca zajęły... ekranizacje bestsellerowej prozy Stephena Kinga, "Skazani na Shawshank" oraz "Zielona mila". Powód? Tak zwana prawda emocjonalna.

Nic dziwnego, bowiem oba filmy pełne są sugestywnych, acz subtelnych scen, a każdy detal - jak choćby szczęk nieodwołalnie zamykanych za plecami bohatera bram - wydaje się mieć znaczenie niemalże symboliczne. Kino więzienne, jak umownie możemy je określić, nie stanowi żadnego spójnego nurtu, przez zakłady karne przewaliły się bodaj wszystkie możliwe gatunki i podgatunki filmowe, co tylko udowadnia chłonność tematyki, a zarazem zapotrzebowanie na nią. Można, rzecz jasna, znaleźć jakieś wspólne wyróżniki, swoiste punkty styczne, fabularne schematy i poodbijane na ksero portrety charakterologiczne - czego próba została podjęta w pierwszym akapicie - ale inaczej zostaną te same piony ustawione na planszy filmu komediowego, a inaczej na, dajmy na to, prawdziwie męskiego "akcyjniaka".

Więzienne życie to nuda

Roboczo jednak, koncentrując się na owych "sensacyjniakach", które cieszą się chyba największą popularnością ze względu na nagromadzenie atrakcji (panowie z "Prison Night" przyznają jednogłośnie, że więzienne życie to nuda przeplatana monotonią), można by powiedzieć, że dwa główne tropy fabularne to ucieczka zza krat lub kronika przetrwania pod celą. Albo jedno i drugie naraz. A prócz nieśmiertelnego Clinta Eastwooda podobne próby podejmowali nie tylko inni twardziele, jak Sylvester Stallone ("Osadzony"), Arnold Schwarzenegger ("Plan ucieczki") czy Jean-Claude Van Damme ("Skazany na piekło"), ale i zwykłe szaraki oraz mózgowcy, choćby Michael Scofield ze "Skazanego na śmierć", serialu, który utrzymał się na antenie jeszcze długo po tym, jak niesłusznie osadzeni bracia umknęli z pierdla.

Zresztą tematyka więzienna doskonale sprawdza się w formacie telewizyjnym, dopuszcza bowiem jeszcze bardziej szczegółowy wgląd w życie za kratami. Swego czasu spore kontrowersje wzbudził bezkompromisowy w ukazywaniu brutalności "Oz", a traktujący o więzieniu dla kobiet, nadal kręcony serial "Wentworth" to główny towar eksportowy z Antypodów. Przykład ten jest zresztą o tyle ciekawy, że pokazuje, jak długą drogę przebyły opowieści zwane niegdyś "women in prison", pod czym kryło się kino eksploatacyjne, w którym królowały przeciągnięte do granic możliwości sceny kąpieli pod prysznicami.

A co u nas?

Ale bohaterem kina więziennego nie musi wcale być charyzmatyczna gospodyni domowa, posadzona za próbę zabójstwa męża czy sprzeciwiający się systemowi kozak (kolejny ulubiony motyw panów z "Prison Night"), lecz i samo więzienie. Rzeczoną "Ucieczkę z Alcatraz" faktycznie kręcono w legendarnym zakładzie karnym (z którego w czerwcu 1962 roku trzej osadzeni zbiegli przez nieużywany korytarz służbowy, a przez wzburzone wody zatoki przeprawili się na prowizorycznej tratwie, uprzednio umieszczając na swoich pryczach kukły z masy papierowej; ich los do dziś pozostaje nieznany, co stymuluje wyobraźnię), w "Planie ucieczki" Sly i Arnie siedzieli w przeźroczystych celach, nie mówiąc już o futurystycznych ekstrawagancjach, jak "Ucieczka z Nowego Jorku", gdzie na więzienie zaadaptowano cały Manhattan, co niejako, ze sporą dozą podpartego ponurymi faktami pesymizmu, antycypowało penitencjarny problem Ameryki dwudziestego pierwszego stulecia.

Mowa jednak o kinie amerykańskim, a przecież i myśmy dorobili się już nawet współczesnego klasyka, "Symetrii" Konrada Niewolskiego. Czy podobną rangę uzyska "Git", którego fabuła traktuje o dziennikarskim śledztwie w sprawie popełnionego za murami więzienia morderstwa? Oby, bo alternatywą jest wyrok skazujący na zapomnienie.

Bartosz Czartoryski

Dowiedz się więcej na temat: Git

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje