Władysław Hańcza: Przepowiednia śmierci

Władysław Hańcza w filmie "Kochaj albo rzuć" /East News/POLFILM

Na szczęście nie został inżynierem. Ma na koncie dziesiątki wybitnych ról.

Reklama

"Nie znoszę słowa 'wcielać się', zwłaszcza że kojarzy mi się z cielęciem. Aktorstwo, moim zdaniem, nie polega na wcielaniu się. Tu chodzi o wyrażenie treści roli poprzez własną indywidualność. To przywilej i obowiązek aktora. Inaczej to deklamacja" − mówił Władysław Hańcza.

W jego przypadku silna indywidualność była poparta także innymi atutami: "słuszny wzrost i ładna budowa ciała, po drugie, charakterystyczny, łatwo wpadający w ucho timbre głosu, po trzecie − wyrazista dykcja i wreszcie fluid męskości, zdrowej, zadowolonej ze świata i siebie" − zachwycała się Nina Andrycz, zapominając wspomnieć o gruntownym wykształceniu, przenikliwym poczuciu humoru i arystokratycznych manierach. Hańcza, nawet gdy grał chłopa, roztaczał wokół siebie aurę pańskości.

Nie planował zostać aktorem. Jego rodzina, jak to łodzianie, była związana z przemysłem włókienniczym, Władysław zamierzał więc kształcić się na inżyniera. Miał już wyjeżdżać na studia politechniczne do Belgii, gdy splot wypadków pokrzyżował mu plany i wylądował na polonistyce i filozofii na Uniwersytecie Poznańskim. Tam poznał Emila Zegadłowicza i Stanisławę Wysocką, dzięki którym odkrył swoje powołanie.

Reklama

W 1927 r. 22-letni Hańcza zapisał się do poznańskiej Szkoły Dramatycznej, dwa lata później zdał eksternistyczny egzamin aktorski i został przyjęty do ZASP. Na afiszach pojawiał się jeszcze jako Władysław Tosik - sceniczny pseudonim "Hańcza" przybrał dopiero na początku lat 30. "Pan Hańcza rozwija się doskonale − pisali krytycy. - Zewnętrznymi warunkami, pysznym głosem, naukowym przygotowaniem artysta ten dorasta do zadania, jakiemu by niejeden pod żadnym względem nie sprostał".

Angaż do stołecznego Teatru Narodowego − marzenie każdego aktora − był tylko kwestią czasu, lecz gdy Hańcza w końcu się w nim znalazł, wojna wisiała już w powietrzu. W 1939 r. zdołał zagrać zaledwie kilka przedstawień, nim teatr spłonął po niemieckim nalocie. Wojna oznaczała nie tylko przymusową przerwę w karierze, ale i rozłąkę z ukochaną. W tym czasie był już mężem po raz drugi - pierwsze małżeństwo z Heleną Chaniecką, miłością ze szkoły teatralnej, przetrwało tylko kilka lat. Pobrali się w 1929 r. i dopóki trzy lata później nie przyszedł na świat ich syn, Władysław, wiedli wędrowne życie pary aktorów. Gdy Chaniecka zajmowała się małym dzieckiem, Hańcza występował w poznańskim teatrze u boku nowej w zespole, uroczej Barbary Ludwiżanki.

Lwowska familia Ludwigów miała bogate artystyczne tradycje, tymczasem Chaniecka urodziła się na Syberii w rodzinie prostego fryzjera. Hańcza wystąpił o rozwód i poślubił Ludwiżankę, z którą w 1939 r. zamieszkał w Warszawie. Podczas wojny pracował jako magazynier i konwojent. Ich mieszkanie przy Nowym Świecie nie okazało się jednak bezpiecznym schronieniem - Barbara została aresztowana i wywieziona do obozu pracy w głębi Rzeszy. Po upadku Powstania podobny los spotkał Władysława. 

Po wojnie oboje znaleźli angaż w Łodzi, skąd w 1948 r. przenieśli się do Teatru Polskiego w Warszawie, w którym Hańcza grał do końca życia. Dopiero wtedy nastąpił jego filmowy debiut - w rozliczeniowych "Dwóch godzinach". Film miał jednak wątpliwy zaszczyt stać się pierwszym w PRL "półkownikiem". Do jego premiery po 11 latach (w 1957 r.) filmowa kariera Hańczy nie zdążyła nabrać rozpędu. W tym czasie kinowa publiczność kojarzyła raczej jego niski głos niż imponującą sylwetkę: od 1944 do 1953 r. był lektorem Polskiej Kroniki Filmowej, podkładał też głos koniowi w telewizyjnym serialu "Koń, który mówi".


Gdy w połowie lat 60. zaczynano kompletować obsadę "Samych swoich", wszyscy prócz perfekcjonisty Sylwestra Chęcińskiego widzieli w filmie raczej drobną chałturę niż materiał na przebój. "Co ty robisz?! Ludzie nie będą chcieli oglądać jakiegoś nieogolonego chłopa w gaciach, który kłóci się o kota" − słyszał reżyser. Na szczęście nie dał się zniechęcić malkontentom i z pieczołowitością zadbał o dobór właściwej obsady.

W momencie, gdy Wacław Kowalski zaczął brylować w roli Pawlaka, Hańcza nie zamierzał pozostać w tyle: "Jeden chciał być lepszy od drugiego. Inni aktorzy patrzyli, jak oni przed kamerą zaczynają błyszczeć, i zaczęli myśleć, że coś może z tego wyjść" − pisze Dariusz Koźlenko w książce o kulisach kręcenia komedii wszech czasów. Hańcza był już wtedy niezwykle cenionym aktorem. Kowalski był tym gorszym, ale tylko do pewnego momentu. "Okazało się, że pochodzi z Gnojna i mówi kresową gwarą zza Buga, do której wszyscy − jak kazał reżyser − musieli się dostosować. Kowalski miał przewagę, wiedział i czuł, że jest wspaniały".

Hańcza, mimo nadludzkich wysiłków brzmiał, jakby tylko udawał chłopa. "Kargul nie mógł inaczej mówić niż Pawlak, a jak Hańcza spróbował coś z tym zaśpiewem powiedzieć, to Chęciński o mało nie osiwiał z rozpaczy" - pisze Koźlenko. Zadecydowano, że sprawę może uratować dogranie dźwięku w postprodukcji (tzw. postsynchrony), choć Hańcza na początku nie dopuszczał takiej możliwości. Chęcińskiego cudem z kłopotów wybawiła niedyspozycja aktora. "Chorował, pod koniec naszej pracy miał operację. To przykre zdarzenie ułatwiło mi sprawę − i tak by nie mógł pracować" - przyznał reżyser. Postsynchrony genialnie podłożył pochodzący z Kijowa Wacław Płotnicki.

Hańcza obejrzał film i podobało mu się, ale do "Nie ma mocnych" tak podszkolił się w dialekcie, że za wymowę chwalono go już na równi z Kowalskim. Troskę Hańczy o zachowanie realiów miała okazję docenić Emilia Krakowska, partnerująca mu w "Chłopach". "Jakby to powiedzieć, doszkalał mnie w różnych odczuciach. W jednej ze scen miałam położyć się z nim do łóżka. Wiadomo, aktorzy w filmie kładą się w ubraniach. Odkrywam kołdrę, a tu Hańcza golusieńki − opowiadała. − Wskoczyłam Hańczy do łóżka!".
 
Podobne wyznanie mogłaby grubo dekadę wcześniej poczynić Elżbieta Barszczewska. Gdy pod koniec lat 50. trafiła do zespołu Teatru Polskiego, coraz częściej partnerowała Hańczy, także poza sceną. Pikanterii plotkom dodawał fakt, że Hańcza przyjaźnił się z mężem Barszczewskiej, Marianem Wyrzykowskim, również aktorem. Skok w bok nie zdołał jednak zniszczyć ani małżeństwa Hańczy, ani Wyrzykowskiego, a panowie do końca życia pozostali przyjaciółmi.

Romansowała także żona Hańczy, Barbara - z aktorem Jerzym Kreczmarem. Ale i ten romans nie zdołał zburzyć żadnego z małżeństw, choć Ludwiżanka była ponoć gotowa odejść od Hańczy. Gdy jednak w 1958 r. przedwcześnie zmarł syn Kreczmara, zerwał on z Barbarą. Kilka lat później podobna tragedia dotknęła Hańczę. Mało kto wiedział, że gdy tworzył swoje największe role u Chęcińskiego i Hoffmana, zmagał się z żałobą po śmierci 34-letniego syna, obiecującego aktora, zmarłego nagle w 1966 r.

Wspierała go żona, ukojenie znajdował też w pracy - zaczął regularnie grywać w filmach, nie zaniedbywał też pracy w teatrze i telewizji, reżyserował, wykładał. "Moja zachłanność wynika z pośpiechu. Kto wie, co komu pisane? Przepowiedziano mi, że umrę w 72. roku życia, niewiele czasu zostało, by cieszyć się uśmiechami losu" - mówił.

Podczas wycieczki na Sycylię latem 1977 r. nagle poczuł się gorzej i żona zdecydowała o ich wcześniejszym powrocie. Zmarł w szpitalu w Warszawie. Przepowiednia sprawdziła się − miał 72 lata.

Mariola Pawlak

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Władysław Hańcza

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje