Reklama

WFF: Jeszcze dwa "wybuchowe" dni!

Jedno, co na pewno można powiedzieć o tegorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego, to, że było wybuchowo, wręcz bombowo.

Najpierw kilka dni przed festiwalem włączyli się narzekający widzowie, którzy nie potrafią zrozumieć, dlaczego na WFF nie można zrobić rezerwacji on-line. Po co te wszystkie kartki, tabelki, zaliczki i rezerwacje. Dlaczego nie można tego wszystkiego uprościć, zmniejszając jednocześnie kolejki i frustracje widowni?

Potem była awaria systemu w pierwszym festiwalowym dniu. Bilety drukowano, albo i nie. Wszyscy czekali, aż system wreszcie zadziała i uspokoi głodnych wrażeń kinomanów. I kiedy w weekend atmosfera się delikatnie mówiąc "ustabilizowała", nadszedł poniedziałek... Natychmiastowa ewakuacja Złotych Tarasów, odwołane seanse, podejrzany ładunek wybuchowy (choć nie ma pewności, że był) i totalny chaos wśród ludzi spragnionych filmowych wrażeń. Od 21.00 wszystko wróciło do normy. Potem był jeszcze wtorek - deszcz, odwołany mecz i tłumy zdenerwowanych kibiców, ale dla publiczności WFF taki drobiazg nie miał już żadnego znaczenia.

Reklama

W takiej sytuacji niektóre filmowe wybory były kwestią całkowitego przypadku. Pewni siebie admiratorzy konkursu głównego, którzy np. chcieli zobaczyć "Nienawiść" irańskiego reżysera Rezy Dormishiana akurat w "bombowy" poniedziałek, szybko przeskakiwali do sali, gdzie wyświetlano najnowszy film Takeshiego Miike "Ace Attorney". Jednak nie wszystkim zawsze udawało się znaleźć godne zastępstwo. Szczególnie, że w tym roku sporo filmów w tzw. pokazach specjalnych wyświetlano tylko raz.

Totalne szaleństwo zapanowało przed pokazem "Raj: Wiara" Ulricha Seidla. Druga część rajskiej trylogii to historia głęboko wierzącej katoliczki Anny (Maria Hoffstätter), która kiedyś dawno temu poślubiła pewnego Pakistańczyka. Ich drogi rozeszły się bardzo szybko ze względu na niezgodność w kwestiach religijnych. Kiedy po dłuższym czasie mąż wraca do domu, Anna jest zrozpaczona. W jej życiu nie ma już miejsca dla nikogo innego. Przy łóżku stoi obrazek Jezusa Chrystusa, na ścianie wisi krzyż i to wszystko. Niestety małżeństwo nadal obowiązuje, nawet jeśli szanowny małżonek pozwala sobie na grzechy ciężkie, za które powinien wylądować w piekle. Seidl z charakterystyczną dla swoich filmów bezwzględnością podpatruje religijny radykalizm. Jego bohaterowie prowadzą mikro religijną wojnę o zagubione dusze z różnych części świata i między sobą. Kochają swojego stwórcę, wypełniają jego przykazania, ale jednocześnie potrafią naprawdę mocno przyłożyć, kiedy sytuacja tego wymaga. W końcu grzech kiedyś zostaną wybaczone.

Równie radykalni strażnicy ukochanego stwórcy pojawiają się w izraelskim filmie w reżyserii Meniego Yaesha "Sąsiedzi Boga" (Konkurs 1-2). Spokojna, izraelska dzielnica blisko Jaffy rządzi się swoimi prawami. Porządku pilnuje grupka trzech młodych mężczyzn. Zbyt głośna muzyka, niepoprawny strój kobiecy, czy praca w Szabat to wykroczenia przeciwko Bogu. Jeśli prośby nie poskutkują, chłopaki używają kija bejsbolowego i własnych pięści. Kiedy na drodze "przywódcy" religijnej bandy staje młoda, piękna kobieta świat Aviego wywraca się do góry nogami. A wszystko za sprawą Wszechmogącego. W filmie Yaesha widać jak na dłoni multikulturowe, skomplikowane izraelskie społeczeństwo, w którym emigranci z poszczególnych Aliyi i ich dzieci próbują się odnaleźć. W poszukiwaniu własnej tożsamości pomaga religia, która w swej najbardziej radykalnej postaci kończy się na bezmyślnym przestrzeganiu pustych praw, które nie mają nic wspólnego ze zwykłą codziennością.

Kolejną izraelską produkcją godną wspomnienia jest "Pokój 514" Sharona Bar-Ziva ("Odkrycia"). Armia, jednostki na terytoriach okupowanych i zgłoszenie przestępstwa przeciwko palestyńskim cywilom. Sprawą zajmuje się młoda, niedoświadczona, wojskowa śledcza. Kobieta zna wszystkie, nawet te najmniej przyjemne metody prowadzenia przesłuchań. Nie boi się postawić panom z wyższym stopniem. Jej historia jest jedną z tysiąca, ale kobieta nie zamierza się poddać. "Pokój 514" to jeden z najlepszych i najbardziej odważnych, izraelskich debiutów ostatnich lat. Miejmy nadzieję, że kiedyś trafi na ekrany polskich kin.

W podobnym klimacie, z bronią w ręku rozgrywa się "End of Watch" Davida Ayera. Dwóch policjantów w swoim wozie patrolowym tropi przestępców na ulicach Los Angeles. Chłopaki nie mają żadnych zahamowań. Kiedy trzeba strzelają bez ostrzeżenia, potrafią zbić kogoś do nieprzytomności, ale tak naprawdę chodzi im o dobro społeczności lokalnej. Uczciwie wykonują swoją robotę i dokumentują co lepsze "kawałki". Ayer w swoim filmie pozwala sobie na salwy wybuchów, strzelanin i wypadków. Jednocześnie dba o relację głównych bohaterów. Panowie są braćmi - oddadzą dla siebie życie, jeśli tylko będzie taka potrzeba. Poza tym tak szalonej, queerowej bandy latynoskich złoczyńców jeszcze w kinie nie było! Naprawdę warto poczekać na "End of Watch".

Fani piłki nożnej oprócz środowego meczu na pewno obejrzeli jeden z filmów, który bierze udział w "konkursie dokumentalnym". "Stoiczkow" Borisa Koleva to biografia najważniejszego, bułgarskiego piłkarza w historii, Christo Stoiczkowa. "Heros" osobiście reżyseruje swoją historię. Wraca do trenerów z dzieciństwa, ogląda z przyjacielem swój ukochany film, wspomina skróty najważniejszych meczów z kadrą narodową i odwiedza szatnie swojego klubu FC Barcelona. Christo nie boi się pokazać swoich drogich samochodów, przepięknego domu i cudownej rodziny. Puszy się, jak paw, kiedy wszyscy na około chwalą go, jako wspaniałego zawodnika, dobroczyńcę i momentami bezczelnego chuligana. Widać ewidentnie, że scena jest jego żywiołem. Można go, albo kochać, albo nienawidzić. Jeśli to drugie, to warto pamiętać o tym, że Christo nigdy nie wybacza swoim wrogom. Jak w dobrej, choć stereotypowej fabule o poczciwym bohaterze ze "wschodu", któremu czasami mogą puścić nerwy.

Polskie akcenty na tegorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym to aż cztery filmy. "Miłość" Sławomira Fabickiego, "Imagine" Andrzeja Jakimowskiego, "Dzień kobiet" Marysi Sadowskiej i "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego. Bilety na ten ostatni seans rozeszły się w tempie ekspresowym. Dotychczas "Pokłosie", film odwołujący się do historii Jedwabnego pokazywano jedynie na FPFF w Gdyni, gdzie zdobył nagrodę dziennikarzy. Na WFF jest to jeden z najbardziej oczekiwanych tytułów.

Wyniki wszystkich konkursów WFF już w sobotę wieczorem. W niedzielę będzie można zobaczyć wszystkie zwycięskie filmy na specjalnych seansach. Ale zanim werdykt, przed nami jeszcze dwa festiwalowe dni, w trakcie których na pewno warto zobaczyć rumuński film Tudora Giurgiu "Ślimaki i ludzie", "Sesje" Bena Lewina, czy "Gwiazdeczkę" Seana Bakera. No chyba, że komuś znów przyjdzie do głowy zabawić się w zamachowca - bombownika. Byłby to już trzeci raz w ciągu miesiąca. No cóż, filmowa atmosfera wymaga czasem wybuchowych scenariuszy.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama