Tadeusz Pluciński: Uciekał oknem przed zazdrosnymi mężami

To jest wyjątkowy rok dla Tadeusza Plucińskiego. We wrześniu aktor będzie świętował 90. urodziny. Jak na jednego z największych smakoszy życia polskiego kina, można się już dziś spodziewać, że te uroczystości rozciągną się na cały 2016 rok.

Miłośnik kobiet... Tadeusz Plucinski z tancerka Teatru Sabat

Zapytany niedawno, jak wyobrażał sobie jesień życia, Tadeusz Pluciński mówił, że zawsze trzeba patrzeć w przyszłość, bez względu na wiek. - Nie wpadam w psychiczne dołki, że się zestarzałem, i już do końca będzie nostalgia i depresja. Walczę ze złymi nastrojami i cieszę się każdym dniem. Nie czuję się samotny. Nadal prowadzę aktywne życie towarzyskie, odwiedzają mnie przyjaciele, synowie, wnuki. Lubię, gdy zbiera się cała nasza banda - odpowiada aktor i żartuje, że po śmierci bramy raju będą przed nim zamknięte. - Może to dobrze, bo mam lęk wysokości. Ale piekło jest fajne. Spotkam tam moich dawnych kolegów. I koleżanki - dodaje z wyraźnym uśmiechem.

Niewiele osób jednak wierzy w jego słowa o piekle. Tadeusz Pluciński to ulubieniec publiczności i aktorskich sław. Wszechstronny. Równie dobry w repertuarze poważnym oraz rewiowym. Zagrał w ponad 200 sztukach na scenach renomowanych teatrów. Grał z Niną Andrycz, Ireną Kwiatkowską, Hanką Bielicką, Kaliną Jędrusik, Władysławem Hańczą. Ma na koncie ponad 60 ról filmowych. Niezapomniany Jaszuński w serialu "Kariera Nikodema Dyzmy". Do tego znakomite role w komediach Stanisława Barei: "Poszukiwany, poszukiwana", "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz".

Reklama

Mimo podeszłego wieku wciąż wygląda młodo. Żyje aktywnie. Jest optymistą i ma ogromne poczucie humoru oraz dystans do siebie i świata. Nigdy o nikim nie mówi źle. - Życie to wielka przygoda. Można pogrążyć się w smutku lub pięknie je sobie ubarwić. Wybrałem to drugie - twierdzi aktor, którego życie doskonale pasuje do dewizy, że trzeba natychmiast żyć, bo jest później, niż nam się wydaje.

Urodził się 29 września 1926 roku. Jego ojciec był Polakiem, mama Austriaczką. Podczas okupacji, mimo presji rodziny, nie podpisała volkslisty. - Była ciepła, piękna, mądra, tolerancyjna. Jednak nie udało jej się uratować związku. Tata uroczy, pełen fantazji, nie pił, nie palił, ale kochał kobiety i miał temperament - wspomina rodziców aktor.

Kiedy rodzice się rozstali, był nastolatkiem. Po wojnie matka z jego siostrą zamieszkały w dalekim Monachium. On został z ojcem. Początkowo wcale nie marzył o aktorstwie. Wybrał prawo. Wieczorem jednak chodził za kulisy Teatru Syrena w Łodzi, by podziwiać tancerkę Alinę Janowską. To wtedy podszedł do niego Edward Dziewoński i ze względu na jego wzrost (aktor ma 182 cm) zaproponował mu pracę na scenie. Słynny Dudek przygotował go potem do egzaminów do PWST. Był rok 1946. Zdał. Został przyjęty.

Tadeusz Pluciński nigdy nie ukrywał, że jego największą słabością były kobiety. Miał cztery żony i wiele bliskich sercu przyjaciółek. Dostawał codziennie wiele listów od wielbicielek, które potem urządzały mu sceny zazdrości, wplątywały w skandale. Z opinią największego uwodziciela PRL-u nigdy nie walczył. Mówi o sobie, że był łajdakiem, ale nie odczuwa skruchy z tego powodu. Może dlatego, że nigdy nie traktował kobiet instrumentalnie. - Zawsze angażowałem się uczuciowo. Gdy spotykałem kobietę, która mnie fascynowała, żyłem tylko dla niej - solennie zapewnia.

Pytany, jakich mężczyzn zwykle wybierają kobiety, śmieje się, że nie ma tu złotego środka. - Na pewno nie tolerują awanturników. Cenią dobre maniery - tłumaczy pan Tadeusz. Znajomi pamiętają, że co roku na 8 marca kupował kilkaset goździków. Obdarowywał nimi napotkane kobiety, począwszy od kasjerki na stacji benzynowej czy ekspedientki w mięsnym. Nawet panie lekkich obyczajów zawsze traktował jak damy.

Dziś zdradza, że w świat dorosłości wprowadziła go mama kolegi, kiedy miał 13 lat. To był początek długiej listy podbojów. Na pytanie, jakie kobiety go pociągały, odpowiada krótko: wszystkie. Ale kobieta musi posiadać to "coś". Jedni nazywają to wdziękiem, drudzy kobiecością, jeszcze inni charakterem. Ważny jest intelekt, naturalność, poczucie humoru. Uroda nie jest aż tak istotna.

Choć nigdy nie proponował małżeństwa, żenił się cztery razy. - To panie prosiły mnie o rękę. Mówiłem: A proszę cię bardzo - twierdzi aktor. Te same słowa powtarzał, gdy znużone jego niewiernością sugerowały rozstanie. - Lubiłem być żonaty, ale lubiłem też wolność. Zaobrączkowany czułem się jak w klatce. Dopiero po rozwodzie mogłem się z moimi żonami naprawdę zaprzyjaźnić. W moich rozwodach nigdy nie istniał problem podziału mebli czy też dywanów. Może dlatego miały one tak łagodny przebieg. Myślę, że najważniejsze jest mieć odwagę powiedzieć partnerowi, że niebawem nadejdzie chwila, w której z nienawiścią rzucimy się na siebie. Gdy to się stanie, zapomnimy, że wcześniej połączyło nas coś cudownego - tak Tadeusz Pluciński tłumaczy swoje śluby i rozwody.

Jego pierwszą żoną była śpiewaczka operowa Bożena Brun-Barańska. Wydawało się, że z drugą żoną, aktorką Iloną Stawińską, zostanie na zawsze. Jednak wielkie uczucie legło w gruzach, gdy ona zrozumiała, że ukochany nigdy nie będzie monogamistą. Trzecia małżonka Krystyna Mazurówna była tancerką. Również nie wyszło małżeństwo z Jolantą Wołłejko, choć trwało aż 2O lat. Z nią ma synów Piotra i Pawła.


Jednak najgłośniejszy był romans z Kaliną Jędrusik, która miała wówczas męża pisarza Stanisława Dygata. Agnieszka Osiecka tak o nich pisała: "Kalina się strasznie w Tadziu zakochała. I on się w niej strasznie zakochał. Powiedziała mu, żeby poszedł do Dygata i powiedział: 'Kocham pańską żonę, może mnie pan wyzwać na pojedynek'. I on poszedł. A Dygat zaczął z nim rozmawiać tak uroczo, że całe uczucie amanta przeszło na Dygata. Zaczął wyprowadzać jego psy na spacer, stał się jego niewolnikiem"!

MJ

Dowiedz się więcej na temat: Tadeusz Pluciński

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje