Rita Hayworth: Bogini Hollywood

Nie każdy aktor zgadzał się z nią grać, bo usuwała partnerów w cień. Po sukcesie "Gildy" kobiety chciały wyglądać jak ona, a ich mężczyźni marzyli, by ją poznać. Tymczasem okrzyknięta symbolem seksu Rita Hayworth w rzeczywistości była krucha, wrażliwa i pełna kompleksów. Jej burzliwe życie to materiał na wielki, ale smutny film.

Jak mało która gwiazda Hollywood, Rita Hayworth zapłaciła wyjątkowo wysoką cenę za sławę

Od premiery słynnej "Gildy" 14 lutego mija 71 lat. Do dziś sugestywna scena z rękawiczką zdejmowaną zmysłowo przez tytułową bohaterkę uchodzi za jedno z najbardziej erotycznych ujęć w historii kina. Zanim jednak Ritę Hayworth zaczęto nazywać "The Love Goddess" - boginią miłości - przeszła trwającą ponad 10 lat niełatwą, pełną wyrzeczeń drogę, grając epizody i role drugoplanowe. Występowała też w reklamach sztućców, butów, papierosów i karmy dla psów.

Ognista tancerka

Reklama

Najpierw jednak jej życiem rządził taniec, z którym zaczęła przygodę, ledwo potrafiąc chodzić. Nie mogło być inaczej, ponieważ jej ojciec, hiszpański emigrant Eduardo Cansino, był tancerzem flamenco, a matka Volga występowała w słynnej rewii Ziegfelda. Niestety ojciec był także apodyktycznym trenerem, żądającym od córki nieustannych prób, niemal od rana do wieczora.

Trening czyni mistrza, ale za jaką cenę? Tę, którą zapłaciła przyszła gwiazda hollywoodzkiej fabryki snów, było jej stracone dzieciństwo. Szybko stała się dorosła, jednak żal pozostał w niej na długo. Czasami tylko tłumiły go chwile, w których rzeczywiście doceniano jej pracę i talent. Jednym z tych, którzy zdawali sobie sprawę z rzeczywistych umiejętności Rity Hayworth, był tancerz i aktor Fred Astaire. Gdy zapytano go po latach, z kim tańczyło mu się najlepiej, nie wymienił jako pierwszej słynnej Ginger Rogers, tylko właśnie Hayworth.

Wcześniej aktorka występowała w meksykańskich lokalach jako Margarita Carmen Cansino. Tworzyła taneczny duet z ojcem, choć większość bywalców tych pokazów była przekonana, że nieletnia tancerka jest... życiową partnerką Eduardo. To z tego etapu kariery aktorki pochodzi pogłoska, jakoby popularny koktajl Margarita zawdzięczał swą nazwę przyszłej gwieździe kina.

Od 1934 roku młoda piękność zaczęła pojawiać się na ekranie. Na początku nawet bez nazwiska, ale już rok później jako Rita Cansino. Nie biły się jeszcze o nią wytwórnie filmowe, musiała więc spełniać żądania producentów. Jeden z nich zmusił ją do bolesnego zabiegu podnoszącego linię włosów i kształt brwi. Nie mówiąc już o tym, że jako brunetka musiała się farbować, ponieważ w płomiennym rudym kolorze robiła większe wrażenie na mężczyznach.

W pułapce "Gildy"

Trudy jednak się opłaciły, bo od drugoplanowej roli Judy w "Tylko aniołowie mają skrzydła" (1939) zaczęła się prawdziwa "Ritomania". Odtąd stała się uwielbiana, żołnierze wieszali jej plakaty na ścianach, a nawet umieścili jej zdjęcie na bombie atomowej, którą zdetonowano w czasie prób jądrowych na wyspach atolu Bikini.

Absolutny szczyt jej popularności nastąpił po roli femme fatale we wspomnianej "Gildzie". O ciężarze sławy, który przygniatał jej życie prywatne i tak naprawdę uczynił ją nieszczęśliwą, aktorka mówiła w gorzkich słowach, które do dziś są bardzo często cytowane: "Mężczyźni idą do łóżka z Gildą, a budzą się ze mną".

Zdanie to idealnie pasuje do jej pięciu związków, nawet do pierwszego małżeństwa z ponad dwukrotnie starszym Edwardem Judsonem, jeszcze sprzed czasów "Gildy". Partnerzy aktorki traktowali ją jak postacie z filmów, a nie jak żywą kobietę. Sam fakt, że żaden jej związek nie trwał dłużej niż 5 lat, świadczy o prywatnym dramacie Hayworth. Kobiety, która zamiast oparcia w bliskich jej mężczyznach, znajdowała tylko rozczarowanie, a często także... puste konto.

Nawet wielki reżyser i aktor Orson Welles nie dorósł do tego, by dać jej szczęście. Chciał stworzyć ją na nowo i dlatego na konferencji prasowej przed rozpoczęciem zdjęć do "Damy z Szanghaju" (1947) obciął żonie piękne rude włosy. Gwiazda była w tym filmie blondynką, ale publiczność wolała dawną, "prawdziwą Ritę". Choć aktorka urodziła reżyserowi córkę Rebeccę, on nie miał dla nich czasu. Wszystko skończyło się więc rozwodem w 1948 roku.

Jeżeli artystka liczyła na uśmiech losu, poślubiając niespełna pół roku później księcia Ali Khana, nie mogła gorzej trafić. Amerykanie nie aprobowali związku z tym cudzoziemcem, a on sam nie okazał się księciem z bajki. Sytuacja się powtórzyła. Na świat przyszła córka, Yasmin, jednak i tym razem finałem był rozwód.

Niestety, dwaj kolejni wybrankowie Rity Hayworth - Dick Haymes oraz James Hill - też nie pozostawili po sobie zbyt przyjemnych wspomnień.

Samotna i chora

Paradoksalnie, gdy słynna aktorka była już wolna od toksycznych związków, zapadła na chorobę Alzheimera. Tragedia była tym większa, że nawet osoby z jej bliskiego otoczenia, nieświadome objawów, nieraz były pewne, że Rita Hayworth nadużyła alkoholu.

Artystka, którą zaopiekowała się córka Yasmin, zmarła w Nowym Jorku 14 maja 1987 roku w wieku 69 lat. Dzisiaj śmiało można powiedzieć, że pamięć o bogini Hollywood jednak nie zaginęła.

Śpiewała o niej Madonna, a kultowy pisarz Stephen King umieścił aktorkę na kartach swego opowiadania, które sfilmowano pod tytułem "Skazani na Shawshank". Jak widać, prawdziwe gwiazdy nigdy nie tracą blasku.

Adam Piosik

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Rita Hayworth

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama