Nie żyje Roger Moore. Miał 89 lat

Brytyjski aktor Roger Moore, wielokrotny odtwórca roli Jamesa Bonda, zmarł w Szwajcarii "po krótkiej, ale mężnej walce z rakiem" - poinformowały dzieci gwiazdora. Miał 89 lat.

Roger Moore na planie filmu "Żyj i pozwól umrzeć"

W krótkim oświadczeniu, zamieszczonym przez dzieci aktora na jego oficjalnym koncie na Twitterze, poinformowano o jego "krótkiej, lecz mężnej walce z rakiem". "Dzięki, Tato, za to, że byłeś sobą i że dla tak wielu osób byłeś tak wyjątkowy" - podkreślono. Pogrzeb Moore'a odbędzie się w Monako; weźmie w nim udział tylko rodzina.

Reklama

Roger Moore urodził się w niezamożnej londyńskiej rodzinie w 1927 roku. Na początku lat 50. pracował jako model, później poświęcił się aktorstwu. "Na początku kariery powtarzano mi, że do odniesienia sukcesu potrzeba w równej mierze osobowości, talentu i szczęścia. Nie zgadzam się z tym. W moim przypadku było to 99 proc. szczęścia" - mówił kilka lat temu, z właściwą sobie skromnością, w rozmowie z brytyjskim dziennikiem "Guardian".

Po kilku filmach kinowych, które przeszły bez większego echa, zwrócił się ku telewizji i to tam zaczął święcić pierwsze triumfy dzięki serialom takim jako "Ivanhoe", "Maverick" czy popularny także w Polsce "Święty".

Rolę Jamesa Bonda przyjął dopiero po kilku próbach producentów; wcześniej nie pozwalały na to problemy z uzgodnieniem terminów. Rolę agenta 007 przejął po Seanie Connerym. Pierwszy film z bondowskiej serii z jego udziałem - "Żyj i pozwól umrzeć" - wszedł na ekrany w 1973 roku i spotkał się z dobrym przyjęciem. Potem Moore grał Bonda jeszcze sześć razy, po raz ostatni w 1985 roku ("Zabójczy widok").

Filmy o Bondzie zawsze były zabarwione humorem, ale te z Moore'em w roli głównej były pod tym względem bezkonkurencyjne. Być może jest to zasługą osobowości odtwórcy roli Agenta 007. Moore to człowiek, który, jeśli tylko miał okazję obrócić coś w żart, z pewnością to zrobił. "Żartowanie przychodzi mi łatwiej, niż odpowiadanie na stawiane wprost pytania" - przyznawał Moore.

Spoglądając wstecz, na lata, w których słynny brytyjski szpieg miał jego twarz, aktor nie znajdował wielu powodów do żalu.

"Wydaje mi się, że zrezygnowałem z tej roli w odpowiednim momencie - mówił w rozmowie z "New York Timesem" - chociaż, zdaniem krytyków, prawdopodobnie było to o dziesięć lat za późno. Zaczynałem powoli czuć się jak Gary Cooper w "Miłości po południu". Kiedy twoja kolejna ekranowa partnerka jest w wieku twojej własnej córki, a ty, skłaniając lekko głowę, żeby spojrzeć jej w oczy - oby tylko była niższa od ciebie! - zauważasz u siebie trzy podwójne podbródki, to... nie jest dobrze. Zaczynasz się sypać".

Nie znaczy to, że uważał, iż zwlekał z decyzją aż tak długo.

"Miałem 58 lat, kiedy pożegnałem się z Bondem" - mówił Moore. "W tamtym okresie wciąż grałem w tenisa przez dwie godziny dziennie - codziennie! - a do tego przez 45 minut ćwiczyłem na siłowni i pływałem. Byłem w formie - niestety, jakieś dwa tygodnie po rezygnacji z roli agenta 007 nie mogłem już tego o sobie powiedzieć".

Aktor żartował, że przy wszystkich wyczynach kaskaderskich, których dokonywał jako Bond, największych obrażeń doznał podczas... scen pocałunków. "Zdarzało mi się mieć pokąsane wargi" - śmiał się.

W przeciwieństwie do pierwszego Bonda, czyli Seana Connery'ego, który rozstał się z filmową serią z obawy przed zaszufladkowaniem, Moore z radością przyjął możliwość wcielenia się w 007.

"Uwielbiałem filmy o Bondzie z Seanem - mówił - ale nie wydaje mi się, by granie tej postaci sprawiało mu aż tak wielką radość. Chciał udowodnić, że potrafi też robić inne rzeczy".

Moore'a od Connery'ego różniło to, że rolę Jamesa Bonda przyjmował jako doświadczony już aktor.

Popularność przyniosły mu przede wszystkim telewizyjne seriale "Święty" (1962 - 1969) i "Partnerzy" (1971 - 1972). "Nie podchodziłem do tego wyzwania z myślą, że muszę coś udowodnić. Krytycy i tak wiedzieli swoje, więc w zupełności wystarczyło mi to, że wciąż mogłem być obecny na ekranie" - opowiadał

Sławę, jaką zyskał dzięki Bondowi, Moore wykorzystał w swojej intensywnej działalności charytatywnej.

"Aktorstwo uczyniło mnie na tyle sławnym, bym mógł przydać się na coś takim organizacjom, jak UNICEF - wyjaśniał. - Ludzi ciekawi, dlaczego stary, dawny James Bond, lata po świecie, plotąc coś o dzieciach. Właśnie wróciliśmy z Genewy, gdzie wygłosiłem jedno ze swoich płomiennych przemówień o ciężkim losie dzieci w Afryce Wschodniej. Odbyła się tam aukcja charytatywna pod patronatem domu aukcyjnego Christie's i uroczysta kolacja dla naszych potencjalnych klientów".

W historii kina aktor zapisze się jednak jako Bond. Moore akceptował ten fakt - a nawet chyba się nim cieszył. W końcu sam był fanem Jamesa Bonda!

"Widzowie darzą te filmy sympatią, ponieważ wiedzą, oczywiście do pewnego stopnia, co dostaną z każdą nowa odsłoną - mówił. - To trochę jak z opowiadaniem dziecku bajki. Filmy o Bondzie traktujemy jak przyjaciela, którego dobrze znamy. Nie sądzę, że ktoś może czuć się autentycznie rozczarowany po seansie".

"Ja sam widziałem wszystkie filmy o 007. Szczególnym sentymentem darzę te z Seanem. Bardzo podobało mi się też 'Casino Royale'. Daniel Craig jest fantastycznie zbudowany, a do tego jest cholernie dobrym aktorem" - chwalił obecnego odtwórcę roli Bonda.

Napisał cztery książki - dwie o graniu Bonda i dwie autobiografie. Mimo zaawansowanego wieku pozostawał aktywny - na krótko przed swoimi 85. urodzinami brał udział jako pomocnik licytatora w aukcji memorabiliów z filmów o Bondzie.

Był czterokrotnie żonaty.

Roger Moore pozostawił żonę Kristinę Tholstrup i troje dzieci.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Roger Moore

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje