"Nie lubię poniedziałku": Korba, "Seks" i kurka wodna

Halina Kowalska i Kazimierz Witkiewicz w filmie "Nie lubię poniedziałku" /East News/POLFILM

Ten film, złożony niemal z samych gagów, należy do najlepszych polskich komedii.

Reklama

Rankiem 15 września 1969 r. miasto budzi się do życia. Dzień jak co dzień. Chociaż nie, to poniedziałek... Dzień, w którym wszystko ma prawo się zdarzyć i wiele spraw może pójść nie tak. Przed świtem mleczarze rozwożą mleko, ale tym razem prosta czynność staje się prawdziwym wyzwaniem. Kierowniczka biura matrymonialnego tak zamartwia się zawodowymi niepowodzeniami, że podaje synkowi na śniadanie kluseczki z gipsu. Bandyci napadają na bank, ale precyzyjny plan bierze w łeb, bo złamali zasadę, że w poniedziałki nie organizuje się skoków. Włoch, który przyjechał do Polski na rozmowy handlowe, wsiada do niewłaściwego auta. Pewien rzeźbiarz szuka inspiracji, a mechanik z Sulęcic pragnie zdobyć części do kombajnu...

Po premierze "Nie lubię poniedziałku" znana krytyk filmowa napisała, że do tej pory z polską komedią był problem, bo przypominała ciasto bez rodzynków; film Tadeusza Chmielewskiego uznała za swoisty eksperyment - ciasto upieczone z samych rodzynków. Recenzenci często się mylą, ale tym razem diagnoza była trafna: reżyser miał ogromny zapas "rodzynków" i czerpał z niego garściami.

Po zrealizowaniu komedii "Pieczone gołąbki", której akcja toczy się w Warszawie, Tadeusz Chmielewski myślał o kolejnej opowieści, której tłem będzie życie stolicy. Nietypową fabułę roboczo zatytułował "Książka telefoniczna". Motywem przewodnim filmu miały być gagi. Reżyser zamierzał zaludnić swój film tłumem bohaterów, przyjeżdżających do stolicy po to, by załatwić jakieś sprawy. Jedną z planowanych postaci był pan Pijany z miejscowości Radość. W którymś z epizodów pielęgniarka miała mówić do lekarza: "Jest bardzo ciekawy przypadek - Pijany z Radości".

Reklama

Ale "Książka telefoniczna" była zaledwie pomysłem, szkicem scenariusza, który dopiero powstawał w wyobraźni reżysera. Był on właśnie po rocznych, wyczerpujących zdjęciach do "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" i wcale nie palił się do pracy.

Tymczasem nowy wiceminister kultury Czesław Wiśniewski postanowił zaznaczyć swoją obecność, wzywając reżyserów na rozmowę o ich najbliższych planach twórczych. Zaproszenie otrzymał także Tadeusz Chmielewski. "Minister spojrzał na mnie takim wzrokiem, że zacząłem mu opowiadać o 'Książce telefonicznej'" - wspomina reżyser. "I jego to, o dziwo, zainteresowało. Kazał na następny dzień przynieść scenariusz. Wtedy już naprawdę wpadłem w panikę. Bo nie miałem nawet pół słowa napisanego".

Po powrocie do domu Tadeusz Chmielewski spędził noc, pracując nad konspektem scenariusza filmu. Wiśniewski zapoznał się z jego dziełem i skierował projekt do natychmiastowej realizacji, zakładając, że scenariusz filmu jest już gotowy. Przerażony tempem, w jakim toczyły się wydarzenia, reżyser postanowił opóźnić rozpoczęcie prac, symulując ciężką chorobę. Na szczęście, Jerzy Kawalerowicz, nieoficjalny szef zespołu filmowego "Plan" (oficjalny był wiecznie na bani i rzadko pojawiał się w pracy), wynegocjował przesunięcie terminu produkcji. "Z tego wszystkiego wynikało moje rozgorączkowanie, które na ekranie przybrało postać wariactwa" - tłumaczył Chmielewski. "Chciałem mnóstwa gagów, chciałem pokazać Warszawę z wielu perspektyw: z lotu ptaka, z dołu, budującą się, taką, jaka da się lubić".

Pora powrócić do kwestii, dlaczego "ciasto zostało upieczone z samych rodzynków". Za radą swojego profesora Antoniego Bohdziewicza, reżyser od czasów studiów zapisywał gagi i zabawne sytuacje. Podczas pracy nad scenariuszem do "Nie lubię poniedziałku" brał te "rodzynki" całymi garściami. "Cały 'Poniedziałek' to taki the best of moich zeszytów" - twierdzi Tadeusz Chmielewski.

W filmie jest tyle zabawnych sytuacji i gagów, że trudno je wszystkie spamiętać. Ale każdy, kto choć raz oglądał "Nie lubię poniedziałku", zapamiętał Bohdana Łazukę idącego z korbą wzdłuż torów tramwajowych, w stanie wskazującym na spożycie. To postać epizodyczna, jak wszystkie w tym filmie, ale aktor często mówi, że to jego najlepsza rola na ekranie. Na spotkaniach i jubileuszach Łazuka obdarowywany jest często pamiątkową korbą, i wielokrotnie musiał odpowiadać na pytanie, czy podczas zdjęć rzeczywiście był pod wpływem alkoholu.

Dziś żaden widz się nie dziwi, że Łazuka zagrał w "Nie lubię poniedziałku". Ale w tamtych czasach aktor ten był prawdziwym gwiazdorem. Nawet reżyser z taką renomą jak Tadeusz Chmielewski nie śmiał osobiście zaproponować mu zagrania tego epizodu. O coś w rodzaju protekcji poprosił swojego przyjaciela Stanisława Bareję. W efekcie aktor nie tylko zgodził się zagrać samego siebie w satyrycznym ujęciu, ale w dodatku nie starał się nawet odrobinę złagodzić tego karykaturalnego obrazu.

Bohdan Łazuka nie jest jedyną sławą, której epizodyczna rola w tym filmie przeszła do historii. W genialnej kilkusekundowej scence oglądamy popularnego Czesława Nowickiego "Wicherka". Gdy kobieta włącza o szóstej rano telewizor, na ekranie pojawia się prezenter pogody, który leży w łóżku pod kołdrą i mówi: "Proszę pani, o tej porze nie ma żadnego programu". Tę rólkę zaproponowano Krystynie Losce, która jednak odmówiła. Zapewne potem żałowała tej decyzji...

Wszyscy pamiętają też emanującą seksem Halinę Kowalską, której bohaterka cierpi na nietypowy dyskomfort. Przez perfumy "Sex" Mariannie "serce wyrywa się z piersi", o nich opowiada konsultantowi w agencji matrymonialnej: "Niech pan zamknie oczy. Czuje pan? Seks. Tak się nazywają te perfumy. Co tydzień nam jakieś nowe wprowadzają do sprzedaży, a ja muszę siedzieć całe osiem godzin w tych zapachach i już jestem taka odurzona i taka podniecona".

Film przyczynił się nie tylko do rozbudzenia erotycznej wyobraźni rodaków (wszak scena w perfumerii, choć nie dosłowna, należała do najbardziej "pikantnych" w polskim kinie), ale też wzbogaciła potoczną polszczyznę o zwrot "kurka wodna". Na ekranie "lansował" go z wdziękiem Jerzy Turek w roli wspomnianego już mechanika z POM-u w Sulęcicach.

Zdjęcia do "Nie lubię poniedziałku" reżyser wspomina jak sielankę. Ponieważ większość scen rozgrywa się w ciągu dnia, przed godziną 17 kończono zdjęcia. Może się wydawać, że film był tani, bo kręcono go w naturalnych, współczesnych wnętrzach i na ulicach Warszawy.

Jednak nie obyło się bez ekstra wydatków. Kilkunastosekundowa scena, w której z taksówki marki Warszawa wylewa się strumień wody, kosztowała majątek. Woda ważyła ponad tonę i samochód musiał mieć specjalnie wzmocnione podwozie. Wewnątrz umieszczono olbrzymie naczynie, gdyż żaden samochód nie utrzymałby takiej ilości wody. Konstrukcja kosztowała tyle, co trzy nowe warszawy!

Decydentom od filmowych finansów bardzo nie podobał się ten pomysł, dali się jednak jakoś przekonać. Ale gdy reżyser wymyślił, że sfilmuje tłum ludzi w jednakowych płaszczach ortalionowych wysiadających z pociągu, włączyli czerwone światło. Zresztą okazało się, że żadna firma odzieżowa w Polsce nie jest w stanie uszyć w krótkim terminie tylu płaszczy.

Piotr K. Piotrowski

Dowiedz się więcej na temat: Nie lubię poniedziałku

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje