Naomi Watts: "kobieta-szpieg"

- Nie czuję się zbyt komfortowo w rolach pięknych dam w opałach - mówi Naomi Watts. - Lubię za to grać kobiety, które sprawiają takie wrażenie, a gdy wszystko wydaje się już jasne, udowadniają, że jest to wrażenie błędne.

Kiedy Watts zapoznała się ze scenariuszem filmu "Fair Game" - opartego na biografii Valerie Plame, tajnej agentki CIA, której karierę zniszczył w 2003 roku przeciek prasowy z Białego Domu - stwierdziła, że propozycja jest interesująca. Istniał jednak pewien problem.

Kobieta o wielkiej odwadze

Reklama

-13 grudnia urodziłam moje drugie dziecko, a e-maila w sprawie filmu dostałam 26 grudnia. Wysłał go mój przyjaciel Jez Butterworth - wyjaśnia. - To właśnie on był autorem scenariusza. Odpisałam mu: "Teraz nie mam ochoty czytać żadnych scenariuszy. Daj mi kilka tygodni, teraz zajmuję się dzieckiem". On jednak postąpił bardzo sprytnie - odpowiedział: "Przeczytaj dziś tylko dziesięć stron".

Po ich przeczytaniu okazało się, że Naomi nie jest w stanie oderwać się od lektury.

- Wiedziałam, że muszę zagrać w tym filmie - mówi Watts, do której dodzwoniłam się, kiedy przebywała akurat w Nowym Jorku. - Chciałam dowiedzieć się, jak to możliwe - wyjść zwycięsko z takiej próby, z której większość ludzi wycofałoby się albo poniosło klęskę. Valerie udało się ocalić swoje małżeństwo i swoją godność, chociaż jej kariera zawodowa i życie, jakie wiodła, legły w gruzach. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Chciałam "wejść" w mentalność kobiety o tak wielkiej odwadze.

Prawdziwa i ekranowa Valerie z czasem stały się przyjaciółkami.

- Dużo do siebie piszemy - mówi Watts. - Valerie zwierza mi się z tego, jak krępujące dla niej są imprezy z czerwonym dywanem i konieczność strojenia się. To wszystko tak bardzo odbiega od jej własnych życiowych planów!

- Osoba o takiej inteligencji nie powinna jednak myśleć o odpoczynku - dodaje aktorka. - Valerie wciąż jest aktywną, błyskotliwą kobietą. Ma wiele do zrobienia i wiele do powiedzenia, chociaż, jak sądzę, wolałaby odzyskać swoją karierę zawodową i swoje wcześniejsze życie.

"Fair Game" wyreżyserował Doug Liman. Na ekranie Watts partneruje Sean Penn, który zagrał męża Plame, dyplomatę Josepha Wilsona. Jego akcję oparto na dwóch wspomnieniowych książkach: napisanej przez samą Plame "Fair Game: How a Top CIA Agent Was Betrayed by Her Own Government" ["Czysta gra: Jak czołowa agentka CIA została zdradzona przez swój własny rząd"] i "The Politics of Truth: A Diplomat's Memoir: Inside the Lies that Led to War and Betrayed My Wife's CIA Identity" ["Polityka prawdy: Dziennik dyplomaty: W sieci kłamstw, które doprowadziły do wojny i zdradziły tożsamość mojej żony jako agentki CIA"], pióra Wilsona.

Chociaż 42-letnia Watts emocjonalnie była gotowa do zagrania tej roli, nie była pewna, jak sama mówi, czy podoła jej pod względem fizycznym.

- To był czas, kiedy byłam przede wszystkim matką - mówi aktorka. - Nie czułam się twardą kobietą. Doug tymczasem chciał, żebym pokazała właśnie tę twardą stronę mojej osobowości, wysłał mnie więc na obóz wojskowy. Przeszłam przeszkolenie paramilitarne. Owszem, była to niezła zabawa, ale też straszne i bardzo intensywne doświadczenie. W przypadku Valerie taki trening trwał dwa czy nawet trzy lata - mój zaledwie trzy dni.

Niemniej jednak zyskała dzięki niemu bardzo dużo.

- Przeszłam kurs samoobrony, podczas którego byłam atakowana nawet przez pięciu napastników jednocześnie - wspomina Watts. - Miałam zajęcia ze strzelania i kontrolowanych zderzeń samochodowych, bez jakiegokolwiek kasku czy nawet zapiętych pasów bezpieczeństwa. Odpalałam ładunki wybuchowe. Doug chciał się przekonać, czy jest we mnie ta twarda kobieta.

Czy udało jej się tego dowieść?

- Ja sama odbieram siebie jako osobę dość kruchą - przyznaje Watts. - Łatwo się denerwuję i wzruszam, ale z trudem przychodzi mi bycie twardą czy po prostu złą. Muszę jednak dodać, że doświadczyłam w życiu pewnych sytuacji, które uczyniły mnie bardziej gruboskórną i nauczyły radzenia sobie w trudnych chwilach. Nawet to całe aktorstwo - trochę to trwało. Nie mogę powiedzieć, że na początku mojej zawodowej drogi byłam gruboskórna, ale sam fakt, że uparcie pukałam do drzwi tego świata, musiał nauczyć mnie odporności.

Takie cechy na pewno przydają się kobiecie, która na co dzień musi radzić sobie z dwoma brzdącami. Między synkami aktorki jest zaledwie 18 miesięcy różnicy.

- Rzeczywiście, czuję się jak Supermenka - śmieje się Naomi. - Ale kiedy tylko nie pracuję - a w moim przypadku takich wolnych miesięcy w roku jest sześć - spędzam z chłopcami każdą wolną chwilę.

Nasze życie nie różni się od życia innych

Watts i jej partner, aktor Liev Schreiber, wystawili niedawno swój dom w Los Angeles na sprzedaż. Obecnie, razem z 3-letnim Alexandrem i 2-letnim Samuelem Kaiem, mieszkają na Manhattanie.

- Nasze życie nie różni się od życia innych ludzi - mówi Watts. - Nie staramy się nim sterować, nie kalkulujemy, nie robimy za dużo planów. Zdarza nam się wyjść z domu z mokrymi włosami albo wrócić spoconymi z siłowni.

- Są takie dni, kiedy czekają na nas obiektywy aparatów - przyznaje - ale fotoreporterzy w Nowym Jorku postępują etycznie. Kiedy mieszkałam w Los Angeles i byłam w ciąży, paparazzi nie dawali mi spokoju nawet na chwilę.

Aktorka twierdzi, że macierzyństwo sprawiło, iż jej życiowe priorytety uległy zmianie.

- Rodzina jest na pierwszym miejscu - mówi. - Kiedyś podchodziłam do pracy na zasadzie: krew, pot i łzy. W moim zawodzie wyzwaniem są zarówno godziny pracy, jak i stawiane wymagania, ale teraz potrafię już powiedzieć sobie: stop. Już nie zdarza mi się ślęczeć całymi nocami i robić notatek albo wychodzić z siebie przy odgrywaniu jakiejś sceny. Wracam do domu i skupiam się na dzieciach. Są takie dni, kiedy podziwiam samą siebie. Innymi razy pytam: "Ile błędów może popełnić jedna osoba?"

Wzdycha. - Czasami czuję się winna, że nie wykonuję swojej pracy tak, jak kiedyś. Zastanawiam się, czy dalej trzymam ten sam poziom.

Watts i Schreiber poznali się na planie kostiumowego dramatu "Malowany welon" (2006), ale od tego czasu ich kariery toczą się różnymi torami. Schreibera często można ostatnio oglądać na scenie, przez co przebywa on głównie w Nowym Jorku, podczas gdy Watts wyjeżdża na plany filmowe.

- Są plany, żebyśmy znów mogli razem popracować - mówi aktorka. - Bardzo chciałabym zagrać z nim w jakiejś sztuce, chociaż z drugiej strony bardzo bym się tego bała, bo on jest w tym genialny.

Zagrać Marilyn Monroe

Na razie Watts zakończyła zdjęcia do thrillera psychologicznego "Dream House", w którym występuje u boku Daniela Craiga (- Gram jego miłą sąsiadkę - mówi tajemniczo moja rozmówczyni). Obecnie zaś pracuje na planie filmu "The Impossible" - pokazane w nim wydarzenia rozgrywają się podczas tragicznego tsunami na Oceanie Indyjskim w 2004 r.

Nierozwiązaną kwestią pozostaje wciąż remake klasyki spod znaku Alfreda Hitchcocka - "Ptaków" (1963).

- Cały ten projekt przedstawiał się nieźle - mówi Watts - ale nie ma jeszcze scenariusza. Cudownie byłoby zostać hitchcocowską blondynką. Kilku reżyserów, z którymi miałam okazję pracować, w ogromnym stopniu zostało ukształtowanych przez twórczość Hitchcocka. Można więc powiedzieć, że jestem już blisko.

Aktorka ma również nadzieję zagrać Marilyn Monroe w filmowej adaptacji powieści "Blondynka" (2000) pióra Joyce Carol Oates.

- Wszyscy myślą "Och, Marilyn Monroe!" - ale nie jest to bynajmniej wypolerowany wizerunek. To dość mroczna, aczkolwiek fascynująca historia.

Wydawałoby się, że Monroe i Watts oprócz koloru włosów łączy niewiele, ale zdaniem Watts kryje się tu coś więcej. - Zdecydowanie mam w sobie jej wrażliwość - mówi.

Watts rozkwita w wymagających rolach i poniekąd cieszy się reputacją aktorki sprawdzającej się w ponurym repertuarze. Duża w tym zasługa takich filmów, jak "The Ring" (2002), "21 gramów" (2003) czy "Funny Games" (2007).

- Ludzie zakładają, że to może być moja prawdziwa twarz, tylko dlatego, że widzą to na ekranie - mówi aktorka. - Może w ten sposób odreagowuję. W rzeczywistości jestem pogodną osobą. Nie popadam zbyt często w depresyjne nastroje.

- Faktem jest jednak, że interesują mnie rzeczy mroczne - dodaje po chwili. - Nie wzbudzają we mnie lęku. Każdy z nas ma mroczną stronę. To kwestia tego, czy chcemy ją zaakceptować, czy nie. Ja nie boję się jej zgłębiać, ale na pewno mnie ona nie zdominuje.

Urodzona w Anglii Watts nie miała spokojnego dzieciństwa. Jej rodzice rozwiedli się, kiedy miała cztery lata. Jako dziewczynka tułała się po Wielkiej Brytanii z matką i starszym bratem, Benem. Ojciec - inżynier dźwięku, współpracujący między innymi z Pink Floyd - zmarł, kiedy skończyła siedem lat.

Czternastoletnia Naomi doświadczyła największej przeprowadzi w całym swoim dotychczasowym życiu: jej matka podjęła decyzję o wyjeździe całej trójki do Australii.

- Moja babcia była Australijką - wyjaśnia Watts. - W tamtych czasach życie w Anglii było bardzo trudne, a Australia jawiła się jako kraj możliwości. Uwierz mi, dla czternastolatki było to okropne przeżycie. Nie jestem w stanie wytłumaczyć ci, jaką to było dla mnie udręką. Z perspektywy czasu jestem jednak wdzięczna losowi za to, co się stało, bo w Australii poznałam fantastycznych rówieśników.

Nigdy nie była typową dziewczyną z ambicjami

Zainteresowanie aktorstwem Watts odziedziczyła po matce. Do dziś pamięta ją w roli Elizy Doolittle na deskach amatorskiego teatru w adaptacji "My Fair Lady". Trzeba było jednak czasu, aby jej własna kariera nabrała rozpędu - po części dlatego, że Watts nigdy nie była typową dziewczyną z ambicjami.

- Nie byłam jedną z tych dziewczynek, co to na zawołanie wskakują na taboret i śpiewają - mówi. - Wolę raczej obserwować niż być obserwowaną. Zawsze pozostawałam w cieniu starszego brata. To on był duszą towarzystwa. Ja nie odstępowałam go na krok i chciałam być jak on.

Pobierane przez Naomi lekcje aktorstwa zaowocowały ostatecznie ekranowym debiutem w australijskim filmie "For Love Alone" (1986). Po pewnym czasie Watts otrzymała rolę w australijskim miniserialu "Brides of Christ" (1991) - co ciekawe, w obsadzie znalazł się wówczas również inny początkujący aktor, Russel Crowe. Duża rola w "Randce na przerwie" (1991), gdzie wystąpiła u boku innych wschodzących gwiazd, Nicole Kidman i Thandie Newton, pomogła jej podjąć decyzję o wyprowadzce do Hollywood. Minęło jednak kolejnych dziesięć lat, zanim Watts "przebiła się" dzięki podwójnej roli w "Mulholland Drive" Davida Lyncha (2001).

Film ten otworzył jej drogę do jej pierwszego komercyjnego sukcesu, jakim był "The Ring". Kolejna kreacja, w "21 gramach", przyniosła jej nominację do Nagrody Akademii w kategorii najlepsza rola żeńska. Od tego czasu Watts cieszy się statusem pierwszoligowej gwiazdy - na koncie ma role w takich produkcjach, jak "King Kong" Petera Jacksona (2005), "Wschodnie obietnice" (2007), "The International" (2009) czy "Mother and Child" (2009). Niedawno można było ją oglądać na ekranach kin w nowym dziele Woody'ego Allena, "Poznasz przystojnego bruneta".

- Moja kariera rozkwitła dość późno - mówi Naomi Watts. - Byłam o wiele starsza, niż większość moich koleżanek, kiedy zdarzenia nabrały tempa.

Nancy Mills

"The New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: Nie | Naomi Watts

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje