Mija 10 lat od premiery "Katynia"

10 lat temu do kin wszedł "Katyń" Andrzeja Wajdy. Nominowany do Oscara obraz był jednym z najbardziej osobistych dzieł w dorobku reżysera. Produkcja wzbudziła wiele kontrowersji. Chwalono ją za podjęcie ważnego i przemilczanego tematu, krytykowano za przesadny melodramatyzm. Do dziś film pozostaje jedynym pełnometrażowym polskim dziełem, które dotyka bolesnej sprawy zbrodni katyńskiej.

Jan Englert w scenie z "Katynia"

Film opowiadający o losach polskich oficerów więzionych i straconych przez Sowietów w czasie II wojny światowej w prezentacji wydarzeń przyjmuje podwójną perspektywę. Tą oczywistą jest optyka samych internowanych wojskowych. Wśród nich poznajemy rotmistrza Andrzeja (Artur Żmijewski), porucznika Jerzego (Andrzej Chyra), generała dywizji (Jan Englert), który do końca stara się podtrzymać na duchu pozostałych żołnierzy oraz porucznika pilota i konstruktora (Paweł Małaszyński), który w obozie przeżywa załamanie nerwowe. Drugą, równie ważną perspektywę, stanowi przedstawienie losu kobiet oczekujących na powrót swoich mężów, synów i ojców. Wajda podkreślił wagę tego spojrzenia, gdyż - jak można się domyślać - było ono dla niego o wiele bardziej bliskie i symboliczne.

Reklama

Uroczysta premiera filmu miała miejsce 17 września 2007 roku w warszawskim Teatrze Wielkim. Po pokazie reżyser mówił dziennikarzom, że "Katyń" to fragment jego historii. "Jako dziecko przyglądałem się jak matka czekała na mojego ojca. Jego nie było na liście katyńskiej, więc ona oczekiwała jakiegoś znaku o jego losie aż do 1950 roku".

Ton prywatnej i intymnej atmosfery wyczuwalny był też ponoć na planie zdjęciowym. "Wiedzieliśmy że pracujemy z reżyserem, który pamięta tamte czasy, sam przeżył tę tragedię i to dawało nam poczucie niezwykłości" - mówiła Maja Ostaszewska. Z kolei jej filmowy partner, Artur Żmijewski dodawał: "Długo pracowałem nad tym, aby swojej kryształowej postaci rotmistrza Andrzeja dodać ludzkich cech. Cały czas czuliśmy nad sobą ochronę pana Andrzeja, taki parasol, który nad nami rozpostarł". Osobistego zaangażowania nie krył także kompozytor Krzysztof Penderecki, autor muzyki do obrazu. "Film zrobił na mnie wielkie wrażenie, tym bardziej że ja jestem związany z Katyniem, bo mój wujek został tam zamordowany" - tłumaczył.

Film wszedł do kin w rekordowym nakładzie 190 kopii. W weekend otwarcia zobaczyło go 265 310 osób, a po 30 dniach wyświetlania zgromadził w kinach 2 052 592 widzów. 

Pomimo dużego zainteresowania widzów, "Katyń" zbierał różne recenzje, wśród nich wiele krytycznych. Krytyk filmowy Wiesław Kot zarzucał Andrzejowi Wajdzie, że to film poniżej jego możliwości. W swojej recenzji dla tygodnika "Wprost" pisał: "'Katyń" to nie jest film. To podniosła inscenizacja telewizyjna z elementami patriotycznego szantażu. Stacja Discovery mogłaby to kupić, pociąć i po kawałku wykorzystać jako ilustrację programu historycznego. A i tak oddałaby twórcom przysługę. Bo oni nie potrafili nawet sensownie zmontować tego, co nakręcili". 

Finalnie "Katyń" został polskim kandydatem do Oscara i uzyskał oficjalną nominację Akademii. Wtedy producenci rozpoczęli zaplanowaną na ogromną skalę akcję promocyjną filmu. Mimo tego "Katyń" nie zdobył nagrody głównej, przegrywając z austriacko-niemiecką produkcją "Fałszerze" Stefana Ruzowitzky'ego.

Niektórzy po werdykcie nie kryli swojego rozczarowania. Paweł Małaszyński mówił: "Nie ma co ukrywać, liczyliśmy bardzo na tę statuetkę i dlatego pewien smutek jest. Ale i tak jesteśmy zadowoleni, bo sama nominacja - co wielokrotnie powtarzał pan Wajda - jest dużym uhonorowaniem". Przedstawiciel Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Maciej Karpiński, podkreślał, że gorycz po porażce "Katynia" powinien osłodzić sukces w kategorii filmów animowanych. Oscara dla filmu krótkometrażowego otrzymał wtedy polsko-brytyjski "Piotruś i wilk". "Cieszymy się z 'Piotrusia i wilka', natomiast bylibyśmy hipokrytami, gdybyśmy powiedzieli, że nie odczuwamy pewnego niedosytu z powodu nieotrzymania nagrody przez 'Katyń'. Nie jest to jednak nastrój żałoby, bo mamy przekonanie, że i tak udało się dojść wysoko. Polski film naprawdę odniósł sukces" - powiedział wówczas Karpiński. 

Nastroje uspokajał również sam Wajda. Na konferencji odbywającej się po oficjalnej gali stwierdził: "Czy jestem rozczarowany ? Nie. Ja tyle rzeczy już przeżyłem. Udało mi się uratować w wojnie, nie byłem w Oświęcimiu, nie brałem udziału w Powstaniu Warszawskim, nie zastrzelili mnie w 1945 roku, to co ja się będę denerwował. Najbardziej podtrzymuje mnie na duchu to, że taka duża widownia przyszła obejrzeć ten film i że tak dużo ludzi uznało, iż ten film jest im potrzebny". 

Rzeczywiście - pod względem dotarcia do masowej publiczności na całym świecie film przebił zdecydowaną większość dotychczasowych polskich produkcji. O "Katyniu" pisali wszyscy. 

Film miał swoją światową premierą na Międzynarodowych Festiwalu Filmowym w Berlinie w 2008 roku. W pokazie, oprócz mocnej reprezentacji polskich filmowców, wzięła udział kanclerz Niemiec Angela Merkel, która wyraziła wielkie uznanie dla filmu Wajdy. Projekcja zakończyła się owacją na stojąco. 

Nadzwyczajny pokaz obrazu odbył się również na festiwalu w Wenecji. Wyniknął on z dziwnej i kontrowersyjnej sytuacji - film długo nie mógł doczekać się szerokiej dystrybucji kinowej we Włoszech. Włoski dystrybutor Mario Mazzarotto łączył tę kwestię z uwarunkowaniami politycznymi. W emocjonalnym wywiadzie mówił: "'Katyń' Andrzeja Wajdy jest zbyt 'niewygodny; we Włoszech, zwłaszcza dla dominującej w kulturze lewicy, i dlatego jest pokazywany zaledwie w kilku salach kinowych". Na słowa zareagował sam minister kultury Sandro Bondi, który zaapelował do dyrektorów weneckiego festiwalu o zorganizowanie specjalnego pokazu.

Sam Wajda najbardziej doceniał wyświetlenie filmu w Rosji. Jego film w dwukrotnym pokazie zaprezentowała państwowa stacja telewizyjna Rossija. "Nie sądziłem, że dożyję tego" - komentował reżyser. "To wydarzenie bezprecedensowe" - dodawał. "Uważam, że jest to jedno z największych osiągnięć mojego kina. Podobnie jak to, że Rosja szuka wyjścia z tamtej epoki, sowieckiej epoki, i że mój film w jakimś sensie uczestniczy w tym procesie" - zaznaczał Wajda. - "Potwierdzeniem tego jest order, który wręczył mi prezydent Rosji i który uważam za jedno z najważniejszych odznaczeń".  

Przez zagraniczną krytykę obraz został za to przyjęty niejednoznacznie. Wszyscy chwalili Wajdę za podjęcie ważnego dla jego rodaków, a jednocześnie wybitnie osobistego dla niego samego tematu. Gorsze noty zebrała sama forma dzieła.  

"Wajda nie unika melodramatu, a jego kamera trochę zbyt chętnie pokazuje umierających" - tak, w jednym tylko zdaniu, oceniał wartości artystyczne produkcji dziennikarz francuskiej "Liberation". "Powstał obraz różnorodny i w żadnym razie nie uproszczony, w którym odpowiedzialność sowiecka nie przysłania odpowiedzialności nazistów" - stwierdzał włoski dziennik "Corriere della Sera". "Ale - dodawał - brakuje emocji, których można było spodziewać się przy takim temacie".

Specyficzne zarzuty stawiał "Katyniowi" recenzent "Le Monde" Jean-Luc Douin. Oskarżał on film Wajdy o przemilczenie Zagłady Żydów. W obronie reżysera stanął wówczas Adam Michnik. Napisał m.in.: "W tym filmie nie ma żadnego pomieszania Katynia z Treblinką. To były dwie różne zbrodnie, a film Wajdy traktuje tylko o jednej z nich. Zarzut, że nie ma tam Holokaustu jest równie absurdalny, jak byłby zarzut formułowany pod adresem Spielberga czy Polańskiego, że w 'Liście Schnidlera' czy w 'Pianiście' nie ma zbrodni katyńskiej, łagrów na Kołymie czy w Karagandzie".

Mimo nieprzychylnych czasem recenzji, film Wajdy został uhonorowany mnóstwem nagród. Obraz zdobył m.in. siedem polskich Orłów. Doceniony został także na festiwalach w Denver, Lubljanie czy Waszyngtonie, stając się na długie lata najbardziej rozpoznawalnych towarem eksportowym polskiego kina.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Wajda | Katyń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje