Michael Caine: Recepta na długi związek? Dwie łazienki

Michael Caine /Peter Kramer /Getty Images

Był czas, gdy pił 2 butelki wina i palił 4 paczki papierosów dziennie. Z nałogiem zerwał dzięki reklamie... kawy

Reklama

Niewiele brakowało, a Michael Caine nazywałby się zupełnie inaczej. Gdy w 1954 roku usiłował podbić Londyn jako Michael Scott, okazało się, że ten pseudonim jest już zarezerwowany. "Natychmiast coś wymyśl!" - wrzeszczał jego agent, a że aktor stał akurat w budce telefonicznej obok kina wyświetlającego film "The Caine Mutiny" ("Bunt na okręcie"), wypalił: "Caine! Michael Caine!". "Drzewo zasłaniało ostatni wyraz, i bardzo dobrze. Niewiele brakowało, a nazywałbym się Michael Mutiny" - śmiał się potem aktor.

W rzeczywistości w paszporcie jeszcze do niedawna miał wpisane "Sir Maurice Mickelwhite", ale celników na lotniskach wprawiało to w takie osłupienie, że postanowił w końcu oficjalnie zmienić nazwisko. "Maurice" nazwano go po ojcu, tragarzu na targu rybnym, jego mama była zaś kucharką i posługaczką.

Wybór zawodu zadziwił rodziców. "Ojciec nic nie powiedział, ale wiedziałem, że w jego oczach właśnie przyznałem się do homoseksualizmu"- śmiał się Caine. "W tamtych czasach podejrzewano o to wszystkich aktorów, i było w tym sporo racji" - dodał.

Reklama

Jeśli jednak od Caine'a oczekiwano sprawdzenia się w tradycyjnie męskich rolach, okazja nadarzyła się bardzo szybko. Po porzuceniu szkoły w wieku 16 lat, zaciągnął się do armii. Służył w Berlinie, później niemal zginął podczas wojny koreańskiej. "To mnie ukształtowało" - mówi. "Podczas wymarszu, po 8 tygodniach w okopach, popatrzyłem na tych, którzy przyszli nas zastąpić. Byliśmy w tym samym wieku, ale my wyglądaliśmy na 10 lat starszych. Jeśli przeżyłeś, stawałeś się mężczyzną" - wyznał.

Wojenne doświadczenie pomogło Caine’owi w zdobyciu pierwszej filmowej roli. W 1956 roku wystąpił, w nieco zapomnianym, "Wzgórzu w Korei", ale na popularność musiał czekać 8 "cholernie trudnych" lat. Pomieszkiwał w tym czasie a to ze słynnym fryzjerem Vidalem Sassoonem, a to przygarnął go kompozytor John Barry. "Sassoon czasem mnie strzygł, Barry siedział piętro niżej i bębnił w pianino, usiłując ułożyć temat do 'Goldfingera'. Błagałem go, by przestał. Nie mogłem przez niego spać" - wspominał aktor.

Caine wystąpił też w adaptacji pierwszej sztuki swojego dobrego kolegi, późniejszego noblisty Harolda Pintera. "Pamiętam też zwariowanego artystę-geja, który koniecznie chciał mnie namalować, ale nieco się go obawiałem. To był Francis Bacon" - śmiał się. Wszystkim udało się wybić. Dla Caine’a przełomem okazała się rola w "Zulu", gdzie, ku zgrozie brytyjskiej arystokracji, wcielił się w pochodzącego z wyższych sfer porucznika. Krytycy wypominali mu zdradzający pochodzenie akcent.

Publiczność jednak chodziła do kin specjalnie, by go zobaczyć: "Gambit", "Alfie", "Włoska robota", "Dopaść Cartera" okazały się ogromnym sukcesem. A specyficzna wymowa całkiem świadomie stała się jego wizytówką. "Zdecydowałem się ją zatrzymać, by pokazać ludziom z klasy pracującej, że także oni mogą odnieść sukces" - wyjaśniał. "Poza tym jestem wcielonym koszmarem każdego burżuja - facet z akcentem z niższych sfer, inteligencją i milionem dolarów".

Aktor uważa jednak, że niskie pochodzenie tylko pomogło mu w karierze. "Mam motto, którego uczę moje dzieci i wnuki: wykorzystuj trudności. Tam, skąd pochodzę, nikt nawet nie słyszał o szkołach teatralnych. Aktorstwo było wyłącznie dla wyższych sfer" - wyznaje.

Dziś oprócz tytułu lordowskiego jego wartość potwierdza niemal 8 miliardów dolarów, które jego filmy zarobiły na całym świecie, oraz 5 nominacji do Oscara. Statuetkę udało mu się zdobyć dwukrotnie. W 1987 roku za "Hannah i jej siostry" Woody’ego Allena. Niestety, nie mógł odebrać jej osobiście: kręcił akurat szmirowate "Szczęki 4: Zemstę", za które nominowano go do Złotej Maliny. "Wprawdzie nigdy nie obejrzałem 'Szczęk', ale widziałem dom, który postawiłem za swoje honorarium" - odcinał się. "Za udział w złym filmie płacą tak samo, jak w dobrym - a tu dostałem milion za 10 dni pracy". Drugiego Oscara otrzymał w 1999 r. za rolę w filmie "Wbrew regułom".

Zdroworozsądkowe podejście zawsze rządziło jego życiem. O dziwo nie stracił go nawet podczas swingujących lat 60., podczas których zagrał w 25 filmach, pił 2 butelki wina i palił 4 paczki papierosów dziennie. Gdy zauważył, że intensywny tryb życia sprawia, że nie jest w stanie zapamiętać swoich kwestii, rzucił picie. Pomogła mu w tym... kawa. Pewnego dnia w reklamie Maxwell House zobaczył piękną modelkę, byłą Miss Gujany Shakirę Baksh, zdobył jej numer dzięki znajomościom i wydzwaniał po 10 razy dziennie, aż wreszcie zgodziła się z nim spotkać.

Był znanym kobieciarzem, chociaż, jak mówił, przenigdy nie zainteresowałby się żoną innego mężczyzny. Po raz pierwszy ożenił z aktorką Patricią Haines. "Zakochaliśmy się w sobie i kilka tygodni potem wzięliśmy ślub. Miałem 23 lata, walczyłem o przetrwanie, brałem jakieś koszmarne chałtury" - mówił. "Pat zaszła w ciążę, na świat przyszła nasza wspaniała Dominique, i to była ta cudowna kropla, która przelała i tak już wątłą czarę. Byłem zbyt młody i niedojrzały, by udźwignąć biedę, osobistą i zawodową klęskę. Zakończyłem to małżeństwo" - wyznał.

Po rozwodzie prasa łączyła go między innymi z Bianką Jagger, ale tą jedyną okazała się Shakira. Różnice religijne nie stanęły im na przeszkodzie. Shakira jest muzułmanką, Michael wierzącym chrześcijaninem. W 1973 r. wzięli ślub, wtedy też przyszła na świat ich córka Natasha.

Są razem już 44 lata, a jako receptę na długotrwały związek Caine podaje: "Trzeba mieć dwie łazienki. Poza tym ważna jest: równość, zaufanie i wiara w tę drugą osobę". Para przemieszcza się między kilkoma posiadłościami w Londynie, na angielskiej wsi oraz domem w Miami.

Swego czasu Caine rozważał nawet przeprowadzkę na stałe do Ameryki. W 1979 wyemigrował tam na 8 lat i wrócił dopiero, gdy rządy objęła Margaret Thatcher. Nie ukrywał, że chodziło głównie o względy podatkowe. Swoją ojczyznę, poza odmienianiem złodziejstwa przez wszystkie przypadki, zdarzało mu się już nazywać "komunistycznym reżimem bez dyktatora", który szykuje zakusy na większość jego majątku. To między innymi kwestie podatkowe skłoniły go niedawno do głosowania za Brexitem: "Lepiej być biednym panem niż bogatym poddanym" - podsumował.
 
Sam zamierza zachować suwerenność absolutną. "Jestem Zjednoczonym Królestwem Michaela Caine’a" - ogłosił w wywiadzie. I tego się trzyma, także w wyborze ról. "Mam to szczęście, że mogę wybierać, w czym gram. Zobaczę, czy trafią do mnie jeszcze jakieś ciekawe scenariusze - jeśli nie, to przejdę na emeryturę". To jednak z pewnością mu nie grozi: jeśli już, to tylko na ekranie. W swoim ostatnim filmie "W starym, dobrym stylu", wciela się w zdesperowanego emeryta rabującego bank.

"Cóż, jedyną alternatywą dla grania starych ludzi jest granie martwych ludzi. Gram więc staruszków - to lepszy pomysł" - mówi.

AD

Dowiedz się więcej na temat: Michael Caine

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje