Marta Lipińska: Miała wielu adoratorów

Choć mówi, że jej prawdziwym żywiołem jest teatr, ma na koncie wiele niezapomnianych ról filmowych.

Marta Lipińska

"Kocham pana, panie Sułku" - mówiła przez wiele lat z bezgranicznym oddaniem w słynnym cyklu słuchowisk radiowych, nie zważając na lekceważący ton Krzysztofa Kowalewskiego, obiektu swoich westchnień. "Nigdy nie pozwoliłabym traktować się mężczyźnie w ten sposób" - przyznaje Marta Lipińska. Bo prywatnie jest rogatą duszą, o czym na własnej skórze często przekonuje się jej mąż, Maciej Englert.

Choć w roli zapatrzonej w ukochanego Elizy sprawdzała się doskonale, woli wcielać się w bardziej stanowcze kobiety. Czasami nawet jędze. Takie jak Nowakowa z serialu "Dziewczyny ze Lwowa" czy Michałowa z "Rancza". "Lubię role, w których muszę pokonać siebie. Baby-potwory trudniej jest uwiarygodnić" - wyjaśnia.

Reklama

Na początku kariery była jednak zawodową amantką. Śliczna, pełna energii, smukła brunetka, za pierwszym podejściem dostała się do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. "Wówczas niewiele przypominałam siebie obecną. Byłam szczupła. W tramwaju nieraz słyszałam: 'Chłopczyku, nie widzisz, że stoi ktoś starszy, ustąp miejsca'" - wspominała ze śmiechem. Trochę się bała, co na temat wyboru zawodu powiedzą jej bliscy, ale mama skwitowała to jednym zdaniem: "No i problem z głowy".

Po śmierci jej ojca, dyrektora w zjednoczeniu branży naftowej, w domu Lipińskich się nie przelewało. Nastoletnia Marta wychowywała się w otoczeniu kobiet, a jej mama starała się związać koniec z końcem, pracując w urzędzie, a wieczorami piekąc na zamówienie torty, które Marta później roznosiła klientom. "Zahartowały mnie tamte lata. Surowość mamy umocniła mnie" - mówiła o tym aktorka w "Twoim Stylu".

Świat i sztukę odkrywała dzięki siostrze ojca, Zofii Watten-Mrozowskiej. Była ona wielką miłością Witkacego (namalował kilkanaście jej portretów), ponoć kochał się w niej Tadeusz Boy-Żeleński, a bratanica odziedziczyła po niej urodę. To w jej domu poznała wielu artystów. Ciotka zresztą przepowiadała jej karierę na scenie, nawet wtedy, gdy Marta sama jeszcze nie wiedziała, że tego właśnie pragnie od życia. Jak pokazała przyszłość - miała rację.

Na trzecim roku studiów Lipińska chciała się usamodzielnić i wyrwać spod kurateli matki i babki i uciekła w małżeństwo ze starszym o siedem lat operatorem filmowym, Krzysztofem Winiewiczem. Był przystojny, czarujący i dowcipny, podobał się kobietom. "Zdecydowałam się wyjść za mąż, żeby wreszcie móc nie wrócić do domu na noc" - wspominała w żartach. Na temat tego związku wiele więcej nie mówi, ale raczej nie był to książkowy romans.

Już jako mężatka miała wielu adoratorów. Andrzej Łapicki wspominał, że gdy grał z nią w "Rodeo", w każdym przedstawieniu "oglądał z ukontentowaniem jej nagi biust". Odkryła też namiętność w ramionach Tadeusza Łomnickiego. To on nazywał ją pieszczotliwie "Martulinką", a o ich krótkim romansie huczała cała Warszawa. "Z miłości robiłam szalone rzeczy. To namiętność sprawia, że stać nas na szaleństwa" - tłumaczyła po latach.

Jej miejscem na ziemi szybko stał się Teatr Współczesny. Zaczęła w nim pracować tuż po ukończeniu studiów w 1963 r. Zadebiutowała rolą Iriny w "Trzech siostrach" Czechowa. Występowała wprawdzie także w filmach, ale to scena była jej prawdziwym żywiołem. "Człowiek zmienia pracę i swoje otoczenie, jeśli jest niezadowolony. A ja trafiłam tu w dobre towarzystwo. Dyrektorem był Erwin Axer, a zespół tworzyły same gwiazdy: Halina Mikołajska, Zofia Mrozowska, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki" - mówiła. Tam znalazła przyjaciół, którzy nie tylko zdradzali jej tajniki warsztatu aktora, ale często także służyli własną garderobą.
 
To właśnie w teatrze spotkała początkującego aktora i reżysera Macieja Englerta. Poznali się przy pracy nad "Dwoma teatrami" Szaniawskiego: ona grała Lizelottę, a on - zakochanego w niej Chłopca z Deszczu. Z miejsca wiedziała, że to jest mężczyzna, którego pragnie poznać bliżej. Ona jemu też wpadła w oko. "Miał w sobie jakąś intrygującą mroczność. Zabiegał o mnie, robił to jednak bardzo subtelnie. Zakochałam się" - opowiadała. "Nikt nie dawał naszemu związkowi szansy. Wszyscy uważali, że zbyt wiele nas dzieli. Nas jednak nic nie mogło powstrzymać. Kochaliśmy się do szaleństwa" - dodawał Maciej Englert. Rozwiodła się z Winiewiczem, a w 1968 r. wyszła za Macieja. Szybko pojawiły się dzieci, Anna i Michał.

Wiele osób było zdziwionych, że mając tyle propozycji zawodowych, postawiła na bycie mamą. Zagrała w takich filmowych hitach, jak "Lalka", "Nad Niemnem" i "Dolina Issy". Chociaż miała wiele wątpliwości, czuła, że rodzina to właściwy wybór. "Nie pamiętam szczególnych katastrof ani wykańczającego zmęczenia dwojgiem maluchów. Szybko z mężem nauczyliśmy córkę, że noc jest do spania. Dzieci czuły się kochane, ale nie chowaliśmy ich w amerykańskiej swobodzie, zasady i rygory są konieczne" - mówiła.

Anna i Michał nie chwalili się kolegom zagranicznymi ubraniami i gadżetami. "Wszyscy mamy wielki szacunek do chleba, babka nauczyła mnie, że gdy kromka upadnie, trzeba ją podnieść i pocałować" - mówi aktorka. Ważny był czas, jaki spędzali razem. Do chwili, gdy dzieci wyprowadziły się z domu, rodzinne posiłki były rzeczą świętą. Przygotowywała je, nawet gdy musiała wieczorem pędzić na spektakl do teatru.

Z wiekiem dotarło do niej, że są rzeczy istotniejsze niż praca. Na przykład spędzanie czasu z wnukami, za którymi przepada. Dzisiaj uważnie dobiera role i nie boi się odmawiać, gdy coś jej nie pasuje. "Kiedy byłam młoda, bałam się coś stracić, bo może nigdy już nie dostanę dobrej propozycji? Dziś myślę: aktorce wiek powinien służyć. Komfort dojrzałości to możliwość wybierania tego, co kobiecie naprawdę smakuje" - zdradza.

Z mężem w przyszłym roku będą świętować złote gody. I to nie tylko jako para, ale także w pracy, gdzie często się nie zgadzali (Englert jest od wielu lat dyrektorem Teatru Współczesnego). "Nazywam go Panem Odwrotnym, bo czasem podczas prób coś proponuję, on słucha, przytakuje, a potem mówi: 'Wiesz co, dobrze to wymyśliłaś, ale jest akurat odwrotnie'" - wspominała aktorka w żartach.

Mimo takich utarczek, zachowali dla siebie miłość i szacunek. "Myślę, że w związku najważniejsze jest zaufanie, odpowiedzialność i podziw. Ja wciąż podziwiam mojego męża. Za to, że jest prawdziwym mężczyzną i prawdziwym człowiekiem, a do tego świetnym reżyserem" - mówi z uczuciem. Dobrali się jak w korcu maku, tolerują, a nawet lubią swoje małe dziwactwa. On już nie dopytuje się, po co ona, jak ta sroczka, zbiera wszelkie opakowania i sreberka. Podoba mu się, że jest "kobietą luksusową", która uwielbia drogie stroje i perfumy, a urlop pod namiotem traktuje jak karę za grzechy. Ona z kolei czeka cierpliwie, gdy on "przeczekuje" spotkanego po drodze czarnego kota. Ich porannym rytuałem jest wspólne picie kawy.

Podoba jej się życie, jakie zbudowali. Uwielbia spacery po warszawskim Polu Mokotowskim. Rzadko bywa na oficjalnych imprezach. "Nie znoszę przebojowych ludzi, pazernego konsumpcjonizmu, więc tego unikam. Nie umiem mówić miłych słów, gdy tego nie czuję. Nieraz płaczę, bo ktoś mnie zranił, mam poczucie krzywdy. Smutki duszę w sobie, nieraz opowiadam je córce Ani, jest moją najlepszą przyjaciółką. Nie ciekawią mnie plotki i rozmowy o niczym. Wolę dobrą książkę, interesujący film, swój spokój" - wyznaje. Co roku podczas składania życzeń w święta powtarza: "I żebyś był dobrym człowiekiem". I tej dewizy sama się trzyma.

Dowiedz się więcej na temat: Marta Lipińska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje