Maja Ostaszewska jako żona Kuklińskiego

Brawurowo grała Beatkę w "Przepisie na życie". W kinach zobaczymy ją w filmie "Jack Strong" w roli żony płk. Ryszarda Kuklińskiego. Maja Ostaszewska opowiada o swojej pracy, dzieciach oraz dalekich podróżach.

7 lutego wchodzi do kin "Jack Strong", w którym Pani wystąpiła.

Reklama

Maja Ostaszewska: - To ważny dla mnie film, choć pierwsze skrzypce gra Marcin Dorociński w roli Ryszarda Kuklińskiego, ja jestem jego żoną Hanną. Wątku rodzinnego nie ma dużo, nie było więc okazji, by pokazać różnorodne stany emocjonalne bohaterki. Ale jest kilka trudnych scen. Hanna przez lata nie wiedziała, co się dzieje.

Jak się pani przygotowywała?

- Dużo czytałam o tej historii. Władek Pasikowski, autor scenariusza, miał dostęp do dokumentów CIA. Moim źródłem inspiracji było spotkanie z Jerzym Koźmińskim, który był ambasadorem w USA. Przyjaźnił się z Kuklińskimi, opowiedział mi, jacy byli prywatnie.

Tęskni pani za zwariowaną Beatką z "Przepisu na życie"?

- Trochę tęsknię, choć już się nasyciłam rolą. Gdy dostałam tę propozycję, marzyła mi się komediowa postać. Chciałam się powygłupiać, poszarżować aktorsko, oderwać się od tego, co robię na co dzień w teatrze. Lubię tę jej karykaturalność. Zabawne jest to, że tak nieznośną babę ludzie bardzo polubili.

Bohaterka była lekarką. Myślała pani kiedyś o tym zawodzie?

- Nie. Od dziecka moim marzeniem było aktorstwo. A do roli lekarki nie musiałam się specjalnie przygotowywać, bo Beatka jest ginekologiem, a zaczynając serial, byłam po dwóch ciążach i dużo pamiętałam. Ona lubiła zaskakiwać... Ciągle coś wymyślała. To był jogging, ścianka wspinaczkowa, taniec na rurze, a w ostatnich dwóch sezonach była działaczką ruchu na rzecz kobiet. Cieszę się, że taki wątek się pojawił. Choć z przymrużeniem oka, to jednak niósł przesłanie, by kobiety były świadome swej wartości, by walczyły o siebie i swoje prawa.

Prywatnie też ma pani naturę działaczki i organizatorki?

- Organizatorki nie. Natomiast jestem osobą odpowiedzialną, świadomą społecznie i jeśli tylko mogę się przydać, aktywnie działam. Mam feministyczne poglądy. Od lat także blisko współpracuję z fundacją na rzecz zwierząt Viva. Ostatnio brałam udział w kampanii przeciwko polowaniom na dzikie ptaki w Polsce. Propaguję też wegetarianizm.

Pani dzieci są wegetarianami?

- Tak, nie jedzą mięsa, choć kiedyś spróbowały kurczaka. Natomiast Michał, mój partner, nie jest zdeklarowanym wegetarianinem. Jednak w naszym domu nie ma mięsa, więc by się nim delektować, musi jeść na mieście, ale robi to dość rzadko.

Gdzie pani najlepiej odpoczywa?

- Kocham Mazury i nasze morze. Nie wyobrażam sobie, by choć raz w roku nie pojechać nad Bałtyk. Nie przeszkadza mi to, że czasem bywa zimno, że trzeba założyć sweter, bo powietrze na naszym wybrzeżu jest jedyne w swoim rodzaju. Ideałem jest sytuacja, kiedy możemy pojechać też gdzieś za granicę nad ciepłe morze, by dzieci mogły się wygrzać i wyszaleć w wodzie.

W zeszłym roku udało się pani taki plan zrealizować?

- Tak, pojechaliśmy całą rodziną do Portugalii. Wcześniej byłam z teatrem w Lizbonie. Teraz mieszkaliśmy na wybrzeżu Algarve i odbyliśmy dużo wycieczek samochodem. Jestem zauroczona Portugalią i jej urokliwymi miasteczkami. Franio i Janinka zachwycili się Silves. W sierpniu odbywa się tam festiwal średniowieczny, jest mnóstwo straganów, a po wąskich uliczkach pod zamkiem chodzą ludzie poprzebierani w stroje z epoki.

Z tego co pamiętam, to pani wielką miłością jest Azja.

- Odbyłam trzy duże wyprawy do Indii. Byłam także w Wietnamie, Kambodży, Tajlandii. Z Michałem uwielbiamy Azję. Jednak póki dzieci są małe - Janinka w tym roku skończy 5 lat, a Franio 7 - nie zapuszczamy się w te ukochane rejony. Ale to nasze wielkie marzenie, by móc tam wrócić z dziećmi. Rozmawiała Ewa Modrzejewska

Dowiedz się więcej na temat: Maja Ostaszewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje