Magdalena Cielecka: Najlepsze role, niezapomniane momenty

Magdalena Cielecka - backstage sesji zdjęciowej PRZYJAŹŃ W.KRUK /materiały prasowe

Uroda beznamiętnej blondynki predestynuje ją do ról wyrachowanych femme fatale. Magdalena Cielecka uniknęła jednak pułapki zbyt oczywistych klasyfikacji i dzięki nieustannym eksperymentom - zarówno przed kamerą, jak i na teatralnych deskach - stała się uosobieniem kobiety dojrzałej. Jak zmieniała się w trakcie kariery?

Reklama

Aktorski debiut? Rola Dziecka w "Ich czworo" Gabrieli Zapolskiej na deskach Starego Teatru w Krakowie. "Poślizgnęłam się na scenie i ku uciesze publiczności wywinęłam orła. Myślałam, że się spalę ze wstydu, że wszystko się skończyło. A to był dopiero początek" - tak Magdalena Cielecka wspominała teatralny debiut w rozmowie z "Tele Tygodniem".

Na kinowym ekranie po raz pierwszy pojawiła się cztery lata później w filmie Barbary Sass-Zdort "Pokuszenie", gdzie zagrała zakonnicę zakochaną w księdzu. Krytycy już wtedy dostrzegli w aktorstwie Cieleckiej coś, co później stało się jej "znakiem firmowym" - subtelność, a zarazem dojrzałość.

Po latach Magdalena Cielecka nazwała występ w "Pokuszeniu" przełomowym momentem zawodowego życia. Miała przy tym świadomość, że sukces ekranowego debiutu to w o wiele większym stopniu zasługa świadomej reżyserki niż geniuszu niedoświadczonej aktorki. "To Barbara stworzyła tę postać. Ja właściwie jej nie zbudowałam. To ona ją wymyśliła, najpierw na etapie scenariusza, a potem ją ‘ulepiła’ ze mnie" - Cielecka zachowała trzeźwą ocenę tamtych czasów.

Reklama

"Ten debiut od razu wywindował mnie na inny poziom. Dzięki tej roli nie musiałam pokonywać tych pierwszych szczebelków kariery. Od razu stałam się kimś, z kim rozmawia się inaczej niż z osobą, która kilka miesięcy wcześniej skończyła szkołę aktorską i osobą, której proponuje się już nieco inne role niż debiutantom. Ominęłam cały etap grania ‘ozdobniczego’ czy godzenia się na wszystkie propozycje. Ale rola w ‘Pokuszeniu’ ustawiła również moje myślenie o aktorstwie. Wiedziałam, że skoro wystartowałam w taki sposób, to nie mogę sobie pozwolić na obniżanie lotów. Czułam, że każdą następną propozycję muszę oglądać niemalże pod lupą" - opowiadała w rozmowie z "Tele Tygodniem".

Uroda chłodnej blondynki

Szybki sukces nie przełożył się jednak na kolejne zawodowe propozycje. Cielecka twierdzi, że nie otrzymywała nowych ról z powodu specyfiki polskiej kinematografii końca XX wieku. "W tym czasie nie było ciekawych ról dla dziewczyn. Kręcono głównie męskie, dość agresywne filmy. Ten czas ‘przeczekałam’ w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie dostawałam sporo ról, i w Teatrze Telewizji" - tłumaczyła.

Aktorka wystąpiła wtedy tylko w serialu Kazimierza Kutza "Sława i chwała" oraz dwóch filmach: "Amoku" Natalii Korynckiej i "Jak narkotyk" Barbary Sass-Zdort. "Dziś pewnie miałabym znacznie większy problem, by nie ulec pokusie przyjęcia którejś z wielu  propozycji" - przyznawała po latach.

Paradoksalnie uroda chłodnej blondynki i dystans sprawiły, że stała się więźniem własnego wizerunku. Choć w kinie próbowała zmierzyć się z lżejszym gatunkiem - w 2000 roku zagrała w komedii romantycznej "Zakochani" w reżyserii Piotra Wereśniaka - najczęściej proponowano jej tak zwane "trudne role". I tak, już kilka miesięcy po "Zakochanych" widzowie oglądali ją jako ekscentryczną Ankę w "Egoistach" Mariusza Trelińskiego - jednej z goręcej oczekiwanych i intrygujących premier 2001 roku.

Dwa lata później Cielecka przyjęła rolę w ekranizacji głośnej powieści Leona Wiśniewskiego "S@motność w sieci". "Projekt wydał mi się bardzo ciekawy ze względu na możliwość stworzenia niebanalnej roli. [..] Kiedy dostałam propozycję zagrania w ‘S@motności w sieci’, bardzo się ucieszyłam, bo to historia opowiadająca o świecie, w którym żyjemy. Ale najważniejsza jest oczywiście historia dwojga spotykających się ze sobą ludzi, ich emocji, zmagań, stawiania sobie pytań. I to też jest film o cnocie zdrady" - wspominała.

Po cichu marzyła jednak o zmianach: "Dotąd grałam role na wysokich emocjach, skrajne, najczęściej histeryczne. Teraz marzą mi się role spokojniejsze, pełne emocji... powiedziałabym romantycznych. Mam potrzebę grania kobiet dojrzałych". I taką właśnie zagrała w filmie "Wenecja" Jana Jakuba Kolskiego, opowiadającym odrealnianą nieco historię o ogromnej sile marzeń. Cielecka wcieliła się w nim w kobietę dojrzewającą do trudnej roli macierzyństwa.

Serial, ale nie lifestyle’owy

Serialowe epizody, zawsze dokładnie przemyślane, towarzyszyły jej niemal od początku kariery. W 2003 roku w "Defekcie" pojawiła się jako młoda i ambitna pani prokurator. Później przyszedł czas na "Oficera", "Bożą podszewkę" i przebojową "Magdę.M". Cielecką mogliśmy podziwiać w tak różnorodnych produkcjach, jak współczesny "Hotel 52" czy historyczny "Czas honoru".

Od trzech lat aktorkę regularnie oglądać możemy w ambitnych telewizyjnych produkcjach. Najpierw była rola patolog Ewy Sidleckiej w "Prokuratorze". "Nie jest to kolejny serial lifesyle’owy, cieszący ładnym obrazkiem. Opowiada o mrocznych, trudnych, niewygodnych rzeczach. Zamiast przytulnych kawiarni, zobaczymy prosektorium. Zamiast żywych kolorów - mrok, ciemne zaułki, w których popełniono zbrodnię" - w rozmowie z "Tele Tygodniem" zaznaczała daleki od telenowelowej konwencji charakter produkcji.

W miniserialu HBO "Pakt" wcieliła się w żonę brata głównego bohatera. I znów, uzasadniając decyzję o przyjęciu roli, Cielecka wskazywała na mroczny charakter produkcji - według niej "Pakt" był historią "iście Fincherowską". "Kiedy czytałam scenariusz, moim pierwszym skojarzeniem był film ‘Siedem’" - mówiła agencji PAP Life, dodając, że w serialu znajdziemy wiele biblijnych motywów.

Oglądaliśmy ją również w drugoplanowej roli pierwszym sezonie serialu Canal+ "Belfer" oraz na pierwszym planie w historycznej produkcji TVN-u "Belle Epoque", gdzie znów wcieliła się w femme fatale. "To niejednoznaczna, tajemnicza postać. Taka bohaterka pozostawia pole do wątpliwości" - cieszyła się Cielecka, Aktorka miała tu okazję zaprezentować się widzom w arystokratycznych strojach z epoki. "Ja jestem od ‘belle’, oni [mężczyźni] są od ‘noir’" - takim zgrabnym bon motem określiła swoją rolę w serialu.

Od Starego do Nowego

"Teatr jest dla mnie jak dom, rodzina, małżeństwo, zaś praca przed kamerą - w filmie czy telewizji jest rodzajem takiego trochę skoku w bok, romansu, który jest odświeżający, rozwijający i daje zupełnie inne emocje. Ale później się wraca do tego małżeństwa, do tych kapci, bo tu jest baza" - plastycznie opisała związek z teatralną sceną w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Do 1998 roku Cielecką mogliśmy oglądać na deskach krakowskiego Starego Teatru, gdzie zagrała m.in. tytułową rolę w "Iwonie, księżniczce Burgunda" Grzegorza Jarzyny (spektakl wyreżyserował pod pseudonimem Horst Leszczuk). Następnie weszła w skład zespołu warszawskiego Teatru Rozmaitości. Tam rozpoczął się kolejny etap jej teatralnej kariery.

Przełomem okazała się rola w spektaklu "4.48 Psychosis", opartym na ostatnim tekście angielskiej dramatopisarki Sarah Kane, który pisarka opublikowała tuż przed samobójczą śmiercią.

"W 2002 roku tak zwanego brutalizmu i naturalizmu na scenie - czy to dotyczącego ciała, nagości, ale także wulgaryzmów, czy mówienia o cierpieniu, o depresji w sposób bardzo dosłowny i naturalistyczny - było niewiele. To rzeczywiście robiło wtedy wrażenie w teatrze i było czymś nowym" - Cielecka przyznawała po latach w rozmowie z RMF FM.

To nie z nazwiskiem Jarzyny kojarzyć będziemy jednak najważniejsze sceniczne dokonania Cieleckiej, tylko z inną gwiazdą teatralnej reżyserii - Krzysztofem Warlikowskim. Już w 2003 roku aktorka znalazła się w obsadzie "Burzy"; następnie przyszły role w "Dybuku", głośnych "Aniołach w Ameryce", wreszcie w "(A)polloni" (nagroda aktorska na festiwalu Boska Komedia "za odwagę w - zaskakującym - przedstawieniu poświęcania wychodzącego poza rolę ofiary").

Teatralne role Cieleckiej celnie podsumował w "Przekroju" Łukasz Drewniak. "W kobietach Cieleckiej jest upór - bycia piękną, inną i najpotężniejszy - upór niezależności. Cielecka wygląda jak aktorka Bergmana, ale gra nowocześnie, operuje ostrymi kontrastami skokami napięć i emocji (...) Gra dynamicznie, drażni i denerwuje swoją obecnością na scenie czy w filmowym kadrze, tak jak kiedyś robiła to Krystyna Janda. W przeciwieństwie do młodej Jandy Cielecka pamięta jednak o niebezpieczeństwie zaszufladkowania, dlatego co rusz ucieka od swego emploi, eksperymentuje z fizycznością" - krytyk pisał już w 2001 roku, niejako antycypując przyszłe role aktorki.

Eksperymenty z fizycznością

W ubiegłym roku Cielecka obchodziła 45. urodziny. Aktorka powoli zbliża się do wieku, w którym oferowane będą jej role dojrzałych kobiet. Jedną z nich zagrała w "Gwiazdach" Jana Kidawy-Błońskiego, gdzie oglądaliśmy ja w roli matki głównego bohatera.

W związku z faktem, że akcja "Gwiazd" rozgrywa się na przestrzeni paru dekad, Cielecką oglądaliśmy na ekranie zarówno jako 19-letnią dziewczynę,  jak i 60-letnią kobietę. "To dla aktora, a zwłaszcza aktorki, jest bardzo atrakcyjne i inspirujące, bo wiąże się ze zmianą fizyczności, wyglądu" - mówiła Polskiej Agencji Prasowej.

Eksperymenty z fizycznością, o których w 2001 roku pisał recenzent "Przekroju", nabrały nieco innego znaczenia. Teraz chodzi raczej o cielesne wpasowanie się z określoną grupę wiekową.

"Bardzo mi zależało, żeby ciało podążało za tym, co zrobi charakteryzator na mojej twarzy. Chciałam nadać mojemu ciału, które wygląda dość szczupło i sprawnie - taką mam też motorykę - pewnego rodzaju ciężkości, wyhamować je. Pogrubiano mnie w ten sposób, żeby wraz z upływem lat dodawać mi pupy, ramion, pleców. Wszystko po to, żeby to było wiarygodne (...). Chciałam po prostu zmienić siebie, także w ciele, nadać mu innego sposobu poruszania się" - tłumaczyła Cielecka.

Niedawno Magdalena Cielecka została projektantką biżuterii. Ze swoją przyjaciółką, Mają Ostaszewską, zaprojektowała autorską kolekcję biżuterii PRZYJAŹŃ dla marki W.KRUK.

Aktorki poznały się ponad 20 lat temu, w szkole teatralnej w Krakowie. "Cały czas byłyśmy gdzieś blisko siebie. Do dziś jesteśmy razem w teatrze, jesteśmy sąsiadkami. To jest przyjaźń prawdziwa i taka relacja, która - mam nadzieję - będzie trwała do końca" - mówi Magdalena Cielecka w rozmowie z PAPLife.

Możemy być pewni, że to nie ostatnia metamorfoza w jej karierze.

Artykuł powstał we współpracy z W.KRUK

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Cielecka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje