Leonard Pietraszak: Specjalista od kultowych ról

Leonard Pietraszak w filmie "Kłamczucha" /East News/POLFILM

Z powodzeniem wcielał się w bohaterów i pełnych wdzięku bandytów. W życiu swych najbliższych także odegrał rozmaite role.

Reklama

Pułkownik Dowgird z "Czarnych chmur", dr Stelmach z "Czterdziestolatka", Wareda w "Karierze Nikodema Dyzmy", no i przede wszystkim Kramer z "Vabank" - były czasy, gdy w Polsce żadnego kultowego filmu nie można było nakręcić bez Leonarda Pietraszaka.

W młodości wcale nie zapowiadał się na aktora. Podczas recytatorskiego debiutu w podstawówce wyszedł na scenę, powiedział tytuł wiersza i, pokonany przez tremę, zszedł. Interesowała go gra na skrzypcach, ale nauka skończyła się, gdy zniszczył cenny poniemiecki instrument, zjeżdżając na nim, jak na sankach, z ośnieżonej górki. Później fascynował go boks, co niezbyt podobało się jego rodzicom. By powstrzymać syna od wyjazdu na zawody, chowali mu buty. Któregoś dnia potwierdziły się ich obawy - został zniesiony z ringu. To go nie zraziło, lecz gdy warunkiem dopuszczenia do walki stało się ścięcie długich włosów, zrezygnował natychmiast.

Zdolności teatralne objawił dopiero podczas matury, w przymusowej sytuacji. Podczas egzaminu z biologii komisja zarekwirowała mu pracowicie przygotowane ściągawki. A wtedy Leonard... wybuchnął strasznym płaczem. Udało mu się wziąć nauczycieli na litość i choć niemal nic nie umiał, przepchnęli go jakoś przez egzamin. Kolejny, na dziennikarstwo, też zdał, ale nie został przyjęty, więc zatrudnił się w "Ilustrowanym Kurierze Polskim", a potem w bydgoskim "Ruchu". Popołudnia miał wolne. "Z nudów zgłosiłem się na zajęcia ogniska teatralnego. Wychowawcy zachęcili mnie, bym zdawał do szkoły aktorskiej w Łodzi" - wspominał. Choć po pierwszym roku niemal wyleciał, jeszcze na studiach dostał angaż do dwóch poznańskich teatrów. Był tam pięć sezonów. "Pobiłem rekord. Zagrałem 68 przedstawień w miesiącu!".

Został najpopularniejszym aktorem sezonu, ale marzył o Warszawie. W 1965 r. zdecydował się na przeprowadzkę, choć w Poznaniu założył już rodzinę. Hankę poznał w klubie studenckim - nie zwracała na niego uwagi, więc wyzwanie pomylił z miłością. "Co ty tu będziesz udawać, jak będę chciał, to zostaniesz moją żoną" - oznajmił jej buńczucznie. Po miesiącu byli małżeństwem. Zorientowali się, że niewiele ich łączy, gdy na świecie był już mały Mikołaj. Budowaniu rodzinnego szczęścia nie sprzyjała dzieląca ich odległość. "Hanka zdecydowała, że zostanie w Poznaniu. Chyba rozsądnie, bo cóż ja mogłem zapewnić rodzinie w Warszawie? Mały wynajęty pokój?" - podsumowuje aktor.

Taka sytuacja nie trwała długo. "Któregoś dnia przyjechałem do Poznania i powiedziałem, że chyba powinniśmy się rozstać, poznałem kogoś i chcę ułożyć sobie życie na nowo". Rozłąka oddaliła go nie tylko od żony, ale i od syna, niechcący powtórzył schemat wyniesiony z rodzinnego domu. Ojciec Pietraszka, Aleksander, powstaniec wielkopolski, podczas II wojny światowej walczył na Zachodzie i gdy w 1946 r. wrócił do domu, jego syn miał już 10 lat. Słowo "tato" z trudem przechodziło mu przez usta. Nie pomagało to, że ojciec był niezwykle skryty, nigdy go nie przytulił, nie pochwalił. Gdy zmarła mama Leonarda (miał wtedy 17 lat, do dziś zawsze nosi przy sobie jej zdjęcie), ich kontakty zupełnie się rozluźniły. Pietraszak usiłował nie dopuścić, by tak samo stało się między nim a Mikołajem.

"Starałem się przyjeżdżać niemal w każdy weekend, żeby choć trochę z nim pobyć, były też wakacje, podczas których spędzałem z małym dużo czasu" - opowiadał aktor. Po emisji "Czarnych chmur" odwiedzał nawet szkołę syna, rozmawiał z jego kolegami. "Myślę, że był ze mnie wtedy dumny" - mówi. Ale to nie wystarczyło. "Do pewnego czasu czekał, aż wydarzy się coś, co sprawi, że ojciec wreszcie wróci. Ale gdy mijały kolejne lata, wreszcie zrozumiał, że ta sytuacja się nie zmieni. I narodził się w nim sprzeciw, wręcz niechęć do mnie". "Popełniliśmy błąd z Hanką, zakładając rodzinę tak niedojrzale, na wariata. Bardzo się cieszyłem, kiedy syn się urodził. Teraz trudniej mi przypomnieć sobie tamte uczucia niż żal, że dalsze nasze losy potoczyły się tak a nie inaczej" - przyznał niedawno.

Nigdy jednak nie żałował swojej decyzji. Z drugą żoną, Wandą Majerówną, są szczęśliwi równo od pół wieku. Ten związek też zaczął się od kobiecej obojętności - gdy poznali się w 1967 r., p. Wanda była świeżo po rozwodzie i nie myślała o nowych znajomościach. Podobno wszystko zmieniły truskawki. "Przyniosłem je specjalnie dla niej, a ona, zaskoczona i wzruszona, wreszcie spojrzała na mnie życzliwie" - wspominał Pietraszak.

Gdy usłyszał o jej bezsenności, doradził, by zamiast przewracać się w łóżku, myślała po kolei o palcach nóg i rąk, ale ona myślała już tylko o nim. Sielankę rujnowała jedynie zerwana więź z Mikołajem, który nigdy nie zaakceptował jego nowej wybranki. Po latach, gdy sam brał ślub, zaprosił ojca pod warunkiem, że ten przybędzie bez żony. Kiedyś oznajmił nawet, że chce zmienić nazwisko, bo denerwują go pytania, czy jest synem tego znanego aktora. A nazwisko Pietraszaka stawało się rozpoznawalne w całym kraju.

Reklama

W 1973 r., po kilkunastu niewielkich rolach filmowych, dzięki "Czarnym chmurom" znalazł swoje miejsce w telewizji. "Praca nad serialem była ciężka. Przed rozpoczęciem zdjęć mieliśmy półroczne przygotowanie. Codziennie chodziliśmy na lekcje jeździectwa, prowadzone przez trenera Ferensteina, przedwojennego majora kawalerii. Większość z nas nie jeździła konno, ale major był optymistą i powtarzał nam: 'W tak krótkim czasie nie nauczę was jeździć, ale nauczę dobrze wyglądać na koniu'" - wspominał aktor.

"Na planie były tragiczne momenty związane z fechtowaniem - dodawał. - W pojedynku ze Stanisławem Niwińskim, filmowym rotmistrzem, pocięliśmy się w rękę i głowę. Ja z ranną prawą ręką nie mogłem kilka dni fechtować. Piekielnie ciężkie szable były wykonane z resorów syreny, ale o tym dowiedzieliśmy się znacznie później".

Przed innymi kontuzjami uchronił go reżyser, powstrzymując kaskaderskie zapędy Pietraszaka. Gdy aktor uparł się, że sam przeskoczy z cwałującego wierzchowca na grzbiet jednego z czterech koni, ciągnących rozpędzoną karetę, powstrzymał go niemal siłą. Na szczęście - bo scena była tak trudna że kaskader, który w niej zagrał, dostał się pod koła karety i złamał nogę. Znacznie gorzej wytrenowany Pietraszak mógłby takiego wypadku nie przeżyć.

Do dziś jego najbardziej rozpoznawalną rolą pozostaje ta w "Vabank" - ludzie wciąż zatrzymują go na ulicy i łapią się za ucho, krzycząc: "Ucho od śledzia!", choć większość nie ma pojęcia, że to właśnie on tę scenę wymyślił. Jemu to jednak, mimo nieśmiałości, nie przeszkadza. "Z uporem maniaka mówię, że do tego zawodu idą ludzie nieśmiali, bo chcą zrzucić z siebie to, co ich krępuje - powtarza. - Bycie kimś zupełnie innym to jest dopiero frajda". A kimś innym zawsze najbardziej lubił stawać się na scenie.

W 1977 r. dołączył do obsady Ateneum, o czym marzył od zawsze. Przez 30 lat stworzył tam wspaniałe role, aż niespodziewanie postanowił odejść. Gdy nowa dyrektor teatru oznajmiła podczas wywiadu, że starsi aktorzy powinni udać się już na emeryturę, zadzwonił do sekretariatu i zapowiedział, że więcej jego noga tam nie postanie. I słowa dotrzymał.
 
Niedawno, 6 listopada, świętował 81. urodziny, ale nie zamierza całkiem rezygnować z życia zawodowego. Od czasu do czasu gra w teatrze Krystyny Jandy, jednak do filmu nie chce już wracać. Odrzuca nowe propozycje, choć te ciągle się pojawiają. W końcu ma więcej czasu na rozwijanie swojej drugiej największej pasji - kolekcjonowania obrazów. Partnera do dyskusji o malarstwie wiele lat temu znalazł w słynnym śpiewaku operowym Wiesławie Ochmanie, z którym łączy go też miłość do muzyki klasycznej. Razem z żoną dobierają odsłuchiwane nagrania do aktualnego nastroju - a ten zazwyczaj pozostaje dobry.

JL

Dowiedz się więcej na temat: Leonard Pietraszak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje