Lee Marvin: Największy twardziel Hollywood

Lee Marvin w filmie "Władca północy" /Collection Christophel /East News

Aktorstwa nauczył się w marines. Po doświadczeniach z czasu wojny na Pacyfiku udawanie twardziela w kinie nie było już dla niego problemem.

Reklama

Samotni mściciele, którzy przyszli znikąd i wracają do pustego domu. Zabijają i torturują, by inni poczuli ból, z którym przyszli na świat. Takich morderców i gangsterów nie było w amerykańskim kinie, nim pojawił się Lee Marvin. "Myślałem, że został pan wychowany przez wilki!" - mówili dziennikarze, gdy odkrywali, że stalowooki Lee miał całkiem przyjemne dzieciństwo.

Urodził się w 1924 r. w starej, bogatej rodzinie. Pierwszy raz uciekł z domu w wieku 4 lat, a gdy dorastał, przemierzył koleją całą Amerykę. Wolał to niż nudę i dyscyplinę ekskluzywnych szkół z internatem - wylatywał z nich za palenie i pyskowanie lub wyrzucenie współlokatora przez okno na drugim piętrze.

Gdy skończył 18 lat, wstąpił do armii. Fascynację bronią zawdzięczał ojcu: jego pierwsze wspomnienie to moment, w którym ten pozwala mu potrzymać pistolet. "Taka była relacja z moim ojcem. Zawsze przez broń" - mówił aktor. "Raz opowiedział mi o koniach, które widział podczas I wojny. Były martwe, poskręcane od gazu musztardowego. Płakał, gdy o nich mówił. Miał uczucia, ale tylko coś takiego było je w stanie z niego wyciągnąć".

W 1942 r. Lee wylądował w bazie Marines koło San Diego, skąd miał ruszyć wojskowy transport na Pacyfik. "Następnego ranka jestem na stołówce o 5 rano i wchodzi mój stary. Przyjechał autostopem ze swojej bazy w Riverside [47-letni ojciec Lee też wstąpił do wojska - przyp. red.]. Dał mi swoją 45. 'Nie zmarnuj jej na byle co, dzieciaku', powiedział".

Nie zmarnował. Kula z pistoletu od ojca wkrótce trafiła w serce japońskiego żołnierza. Lee podszedł bliżej, facet miał złote zęby. "Wyjąłem nóż i rękojeścią wybiłem mu te zęby, ale wpadły do gardła. Gość zaczynał już sztywnieć i nie byłem w stanie się do nich dobrać, a już mnie wołali, musiałem iść" - opowiadał. Gdy wracał, trup miał poderżnięte gardło - ktoś wydłubał zęby przez szyję. "Jeszcze dziś o tym myślę. O tym, jak mój ojciec wrócił z wojny, jak nigdy nie był już taki sam. Chciałem dać mu coś, z czego byłby dumny. Złote zęby" - mówił 40 lat później.

Reklama

Po dwóch latach służby i 21 lądowaniach na wyspach Pacyfiku, kula dosięgnęła i jego. W bitwie pod Saipanem był jednym z sześciu ocalałych ze swego oddziału, 241 pozostałych zginęło. "Gdy wybudziłem się z morfinowego otępienia, myślałem, że oszaleję. Tchórz. Nie zginąłem, jak tylu chłopaków. Nie ma dnia, żebym nie myślał o tamtej bitwie. Ani dnia. Ani jednego".

Przez 13 miesięcy w szpitalu żył myślą, że wróci do walki, ale gdy wyszedł, wojna już się skończyła. Po serii dorywczych prac 21-letni weteran zaczepił się jako pomocnik hydraulika w teatrze w domu kultury, a gdy pewnego dnia jeden z aktorów zachorował, zaproponowano mu zastępstwo. Rola dzikiego, mocno popijającego faceta nie przysporzyła mu trudności. Właściwie nie musiał grać. "Aktorstwa nauczyłem się w marines. Po tym udawanie twardziela nie było zbyt trudne" - mówił.

Zdecydował się jednak na kilka profesjonalnych lekcji, ale jak zwykle nauczyciele doprowadzali go do szału. Wkrótce okazało się, że i bez nauki Lee jest w stanie grać na off-Broadwayu, załapał się też do kilku telewizyjnych epizodów. W 1950 r. wyruszył do Hollywood, gdzie dostał niewielką rólkę w "You’re in the Navy Now". Jego wiedza i wojskowe doświadczenie otworzyły mu drogę do kolejnych wojennych produkcji, był też naturalnym kandydatem do ról wszelkiego rodzaju twardzieli, jak szef gangu w "Dzikim" z Brando. Powoli wybijał się na gwiazdę pierwszego formatu. W 1962 r. wcielił się w tytułowego zbira w westernie "Człowiek, który zabił Liberty Valance’a" Johna Forda, którego bali się na planie wszyscy, prócz niego. W końcu dostrzeżono, że gdy na ekranie pojawia się Marvin, nawet John Wayne ginie w jego cieniu.

"Zabójcy", "Statek szaleńców", oscarowa "Kasia Ballou" i "Zawodowcy" przywiodły go prosto do szczytowych popisów w "Parszywej dwunastce" "Zbiegu z Alcatraz" i "Piekle na Pacyfiku". Reżyserowi dwóch ostatnich, Johnowi Boormanowi, brakowało doświadczenia i nie radził sobie na planie. By pozwolić mu wyjść z twarzą i dać czas do namysłu, Marvin udawał pijanego, śpiewając i wrzeszcząc. Nie zawsze udawanie było potrzebne - Boorman wspomina, że pewnego poranka kompletnie zalany Lee wsiadł do taksówki. "Do domu proszę, wzgórze nad Sunset Plaza... eee... gdzieś tam" - zapomniał adresu. Po drodze na szczęście udało się napotkać dzieciaka sprzedającego mapki z rezydencjami gwiazd i taksówka ruszyła pod wskazany adres. Lee wtoczył się do domu i usłyszał: "O, pan Marvin! Sprzedał mi pan ten dom 4 lata temu".

W tym czasie inkasował już milion dolarów za film, a "Playboy", który w 1969 r. hucznie obchodził 15-lecie istnienia, zrobił z nim wywiad do jubileuszowego numeru. Zaskoczeni czytelnicy odkryli, że naczelny twardziel Hollywood nie tylko nie jest konserwatystą, seksistą i homofobem, lecz popiera walkę kobiet i homoseksualistów o równe prawa, a jedyne, co różni go od postępowych demokratów, to stosunek do broni. Nawet jeśli szeroko komentowana wypowiedź zrobiła wyłom w jego wizerunku zimnego drania, to wkrótce afera, której stał się bohaterem, zatarła to wrażenie. W 1951 r. Lee poślubił Betty Ebeling, z którą dorobił się czwórki dzieci. Gdy najmłodsza dziewczynka miała 6 lat, Marvin odszedł do Michelle Trioli, piosenkarki i tancerki z nocnych klubów, którą poznał na planie "Statku szaleńców". Kupił dom w Malibu i przeprowadził się do niego z Michelle, mieszkali tam pięć lat.

W 1970 r. dowiedział się o poważnej chorobie ojca i większość czasu spędzał, opiekując się nim w Woodstock. Powrót w rodzinne strony odświeżył znajomość z miłością z dzieciństwa, Pamelą Feeley. Wtedy, być może czując, co się święci, Michelle zmieniła nazwisko na Marvin, chociaż nigdy nie zostali małżeństwem. To jej nie pomogło - w czerwcu 1970 r. Lee poprosił, by się wyprowadziła. W październiku był już mężem Pam, w listopadzie zaś wstrzymał wypłacanie pieniędzy Michelle, którą wcześniej nakłonił do porzucenia pracy i przejścia na jego - "dożywotnie", jak twierdziła porzucona kochanka - utrzymanie.

Niecałe dwa lata później do sądu wpłynął bezprecedensowy pozew - Michelle zażądała 1,8 mln dolarów. Jako przyczynę podawała wymuszoną przez kochanka zależność finansową, to, że żyli w związku nie do odróżnienia od małżeństwa oraz bezpłodność w wyniku wymuszonych przez Marvina aborcji. Aktor odpłacił się stwierdzając, że nigdy jej nie kochał i był z nią, bo bał się, że popełni samobójstwo, czym groziła. W 1979 r. sąd uznał go za niewinnego, ale przyznał Michelle rekompensatę w wysokości 104 tysięcy dolarów, równowartość dwóch lat jej najwyższej tygodniowej pensji.

Brudny i szeroko komentowany w prasie proces nerwowo wykończył obie strony. Michelle przedwcześnie posiwiała, kariera Lee przyhamowała. Aktor jednak się tym nie martwił - w 1975 r. porzucił Los Angeles i wyprowadził się z Pamelą na ranczo pod Tucson w Arizonie, by tam oddawać się swej największej namiętności - polowaniom i łowieniu ryb. "Spędzasz pierwsze 40 lat życia, by wkręcić się do tego biznesu, a potem kolejne 40, żeby się wykręcić, na co to komu?" - mówił.

Nie porzucił jednak całkiem Hollywood - kręcił jeden film rocznie. Pod koniec 1986 r. zaczął skarżyć się na bóle brzucha, potrzebna była operacja. Zmarł na atak serca 28 sierpnia 1987 r. "Nie żyje Lee Marvin, filmowy twardziel" - doniósł "The New York Times".

MP

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***


Dowiedz się więcej na temat: Lee Marvin

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje