Reklama

Reklama

Reklama

Krzysztof Kowalewski: Komedia to jego żywioł

Dyrektor Tadeusz Krzakoski w komedii Stanisława Barei "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz", Jan Onufry Zagłoba w "Ogniem i mieczem" czy ojciec czwórki dzieci w "Rodzinie Leśniewskich". Od lat Krzysztof Kowalewski swoimi rolami rozbawia widzów do łez. W poniedziałek, 20 marca 2017 roku, aktor obchodzi 80. urodziny.

"Sukces musi podparty miłością i udanym życiem osobistym" - mówi aktor Krzysztof Kowalewski

Kiedy tylko pojawia się na ekranie, widz czuje się, jakby spotykał dobrego znajomego. Krzysztof Kowalewski kojarzy się bowiem z jowialnymi, obdarzonymi poczuciem humoru postaciami, jak choćby słynny Onufry Zagłoba z filmowej adaptacji "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana czy bohaterowie komedii Stanisława Barei.

Reklama

Reklama

Tymczasem aktor już w dzieciństwie przeżył koszmar wojny, z którym niejednemu z nas byłoby trudno sobie poradzić.

Wojenny czas

Urodził się półtora roku przed wybuchem II wojny światowej, 20 marca 1937 roku, w rodzinie oficera rezerwy Wojska Polskiego Cypriana Kowalewskiego i znanej aktorki Elżbiety Kowalewskiej, z domu Herszaft. Wojna zabrała mu ojca, którego rozstrzelano w Charkowie w 1940 r. Sam był świadkiem dramatów, czy to w okupowanej Warszawie, czy już po wojnie w Kielcach, gdzie uniknął pogromu dokonanego na ludności żydowskiej.

Aktor wspomina, że jako dziecko widział to wszystko inaczej i wojenna groza nie budziła w nim lęku. W książce "Taka zabawna historia" swojemu rozmówcy Juliuszowi Ćwieluchowi mówi: - Ja, proszę pana, pamiętam tę wojnę jako czas wielkich przygód, a czasem nawet świetnej zabawy. To znaczy wtedy wydawało mi się, że to wszystko jest niesamowicie zabawne. W ogóle nie miałem świadomości, co tak naprawdę dzieje się wokół mnie.

A właśnie, że będę aktorem!

Choć Krzysztof Kowalewski był synem znanej teatralnej aktorki, mama nie namawiała go, by poszedł w jej ślady, a nawet lojalnie ostrzegała przed wybraniem takiej drogi. On nie byłby jednak sobą, gdyby nie spróbował. Nie powstrzymywał go nawet brak matury, ponieważ wiedział, że w praktyce można zdać ją później. Z entuzjazmem więc podszedł do sprawy i nawet z sukcesem zakończył pierwszy etap eliminacji, dzięki czemu dostał się na aktorski obóz przygotowawczy.

Gdy już wydawało się, że swoją przejmującą interpretacją fragmentu "Giaura" Byrona rzuci szacowną komisję na kolana, usłyszał, że nic z tego - oblał. A na dodatek jedna z zasiadających w komisji osób, już po egzaminie, odradziła mu kolejnych prób dostania się do szkoły teatralnej. I tu do głosu doszedł charakter przyszłej gwiazdy polskiej komedii. Postanowił, że wbrew wszelkim przeciwnościom i opiniom zostanie aktorem! I jak postanowił, tak zrobił. Zabrał się na sto procent do nauki i nie obijał się na zajęciach kółka dramatycznego w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. Opłaciło się. Tym razem egzamin był formalnością.

Wątpliwości przyszły jednak po pierwszym roku i Krzysztof Kowalewski zastanawiał się nawet nad rezygnacją ze swoich marzeń. Dlaczego? - Jakoś nie czułem... nie wiedziałem, w którym iść kierunku. W zawodzie aktora bardzo szybko dostaje się łatkę: amant, tragik, komik. A ja tak w pół drogi... - mówił.

Znalazł własną drogę

Na szczęście dla miłośników jego talentu, aktor odkrył swoje przeznaczenie. Grani przez niego bohaterowie, nawet jeżeli nie byli typowo komicznymi postaciami, to w jego interpretacji zyskiwali to coś, co nawet u ponuraka wywoływało uśmiech. I nieważne, czy wcielał się w dyrektora, prezesa, milicjanta, czy esbeka - w takich rolach pojawiał się bowiem u mistrzów komedii Stanisława Barei czy Sylwestra Chęcińskiego. Również w spektaklach na scenicznych deskach, a także w Teatrze Telewizji, Teatrze Polskiego Radia oraz licznych występach kabaretowych osiągał podobny efekt. Widzów i słuchaczy doprowadzał do łez.

Czy był gburem i prostakiem (w genialnym cyklu słuchowisk Jacka Janczarskiego pt. "Kocham pana, panie Sułku", w którym występował z Martą Lipińską), łgarzem i opojem - jako Zagłoba w "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana, czy groteskowym doktorem Łubiczem w "Daleko od noszy", efekt zawsze wzbudzał entuzjazm publiczności.

Z dystansem do siebie i życia

80-letni dziś aktor Teatru Współczesnego w Warszawie nigdy nie miał ciągot do "gwiazdorzenia". O sobie zawsze mówi szczerze i nigdy nie twierdzi, że jest ideałem. O kobietach swego życia - Kubance Vivian Rodriguez (ma z nią syna Wiktora), aktorce Ewie Wiśniewskiej i żonie Agnieszce Suchorze, z którą ma córkę Gabrysię, mówi zawsze ciepło i z szacunkiem. I podkreśla, że sukces zawodowy to bardzo ulotna sprawa w przypadku aktora. Dlatego zawsze musi być "podparty miłością i udanym życiem osobistym".

Adam Piosik

Autor artykułu korzystał z książki Wydawnictwa Wielka Litera: "Taka zabawna historia. Krzysztof Kowalewski w rozmowie z Juliuszem Ćwieluchem".

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***



Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Kowalewski

Reklama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje