Jeanne Moreau: Miłość jest jak zupa

Jeanne Moreau w "Evie" Josepha Loseya (1972) /Collection Christophel /East News

"Problemem było to, że nie wyglądałam jak żadna z gwiazd w tamtym czasie. Uważano, że nie jestem zbyt ładna" - mówiła Jeanne Moreau. Została uznana za piękność i trafiła do kina, dopiero gdy skończyła 30 lat.

Reklama

Choć Jeanne Moreau wydawała się wcieleniem ideału francuskiej kobiety, była w połowie Brytyjką. Talent odziedziczyła po matce, Kathleen Buckley, która tańczyła w słynnym paryskim Folies Bergere. Tam piękna cudzoziemka wpadła w oko, a potem w serce Anatolowi Moreau. Jeanne przyszła na świat w 1928 r., w Paryżu, zaraz potem państwo Moreau przeprowadzili się do Vichy, gdzie ojciec założył hotel z restauracją, a córka dorastała, marząc, by jak mama występować na scenie. Gdy jako 15-latka wróciła do domu z przedstawienia "Antygony" i oznajmiła ojcu, że pragnie zostać aktorką, ten wymierzył jej policzek. "Aktorki to dziwki" - oświadczył.

Przeszkody tylko dodały jej determinacji. "Całe życie pragnęłam udowodnić ojcu, że miałam rację" - wyznała kiedyś. - To była pasja. Gdy siedziałam na widowni, czułam, że moje miejsce nie jest w ciemności. Nie chciałam być tylko obserwatorem". Jako 18-latka, w tajemnicy przed ojcem i przy cichym wsparciu matki, zapisała się do szkoły teatralnej. "Prowadziłam podwójne życie" - opowiadała.

Jej pierwsza sztuka odniosła ogromny sukces. Pan Moreau odkrył, czym tak naprawdę zajmuje się Jeanne, gdy zobaczył jej zdjęcie na pierwszej stronie gazety, po czym... wyrzucił córkę z domu. Po latach, pytana przez dziennikarzy, czy ojciec w końcu zaakceptował jej zawód, odpowiadała: "Nigdy, nigdy, nigdy. Owszem, był dumny, że otrzymałam Legię Honorową i tak dalej, ale łapał się za głowę: 'Nie mogę tego pojąć. Co niby jest w tobie takiego specjalnego'?".

Chyba tylko on nie mógł tego dostrzec. 20-letnia Jeanne jako najmłodsza aktorka w historii dostała stały angaż do jednego z najbardziej prestiżowych teatrów Francji i najstarszej działającej sceny świata, Comédie-Française. Cztery lata później przeniosła się do równie poważanego Théâtre National Populaire. Swój kunszt ostatecznie udowodniła, gdy podczas jednej ze sztuk partnerująca jej koleżanka nagle zachorowała. Moreau wcieliła się w obie główne role - na szczęście w żadnej ze scen jej bohaterki nie pojawiały się jednocześnie.

Do kina trafiła późno. "Ja jestem ze sceny" - mawiała. Wspominała też: "Scena była moją jedyną ambicją. Nigdy nie oglądałam filmów, to było w naszym domu zakazane, niegodne, zresztą tak samo jak czytanie gazet". Na ekranie pojawiła się w 1948 r., ale na pierwszą ważną rolę musiała zaczekać jeszcze 10 lat. 24-letni początkujący reżyser Louis Malle oniemiał, gdy zobaczył ją w teatrze jako Maggie w "Kotce na gorącym blaszanym dachu". Szukał właśnie aktorki do swego filmu "Windą na szafot". Miała zagrać kobietę, która wraz z kochankiem planuje zamordowanie swego męża. Jeanne wydała mu się idealna. Czas pokazał, że miał rację.

Reklama

To właśnie Malle jako pierwszy dostrzegł piękno jej ekspresyjnej twarzy. Dotąd "problemem było to, że nie wyglądałam jak żadna z gwiazd w tamtym czasie. Uważano, że nie jestem zbyt ładna. Z moimi workami pod oczami, opadającymi kącikami ust charakteryzowanie trwało długo, spece od makijażu siedzieli nade mną godzinami" - wspominała. Zachwyciło ją, że Malle kręcił z ręki, w naturalnym świetle, bez pudru. Zakochany w Jeanne reżyser tak samo nakręcił zbliżenie jej wyrażającej rozkosz twarzy w "Kochankach", nad którymi pracowali jeszcze w tym samym roku.

Film, choć potępiony przez Watykan, odniósł sukces, ale im obojgu nie przyniósł szczęścia. "Byłam w nim zakochana do szaleństwa - mówiła o Malle’u Jeanne - ale gdy tylko padł pierwszy klaps, poczułam, że im więcej dam Louisowi jako reżyserowi, tym mniej zostanie dla nas jako pary. Że jeśli będę grać sceny miłosne tak, jak tego chciał, będzie kochał mnie jako aktorkę, ale nienawidził jako kobietę. Nie mogłam grać, nie zdradzając go".

Wraz z końcem zdjęć zakończył się więc także ich romans, choć przyjaźń pozostała. Moreau wystąpiła jeszcze w jego dwóch filmach, w tym "Viva Maria", gdzie partnerowała Brigitte Bardot, a Malle’a irytowała, wdając się w romans z kolegą z planu, George’em Hamiltonem.

Prasa szybko obwołała ją "femme fatale dla snobów". Wcielała się w kobiety skomplikowane, intelektualnie i seksualnie niezależne. Konstruując osobowość granej przez siebie bohaterki, zastanawiała się nad jej motywacjami i przeszłością - nazywała to "pakowaniem walizki". Stapiała się ze swoją postacią i nie broniła się przed namiętnościami, przelewającymi się z ekranu do prawdziwego życia. Jako kapryśna bohaterka "Jules’a i Jima", sztandarowego dzieła francuskiej Nowej Fali, kocha dwóch mężczyzn. Sama Moreau wybrała trzeciego - reżysera filmu, François Truffauta.

"Jeanne ma wszystkie zalety, których można oczekiwać od kobiety, plus te, których oczekujemy od mężczyzny - bez wad żadnej z płci" - zachwycał się reżyser. A zakochana w nim Moreau wznosiła się na wyżyny aktorskiego kunsztu, zajmowała się filmowymi kostiumami i... gotowaniem dla liczącej ponad 20 osób ekipy. Jednak i tym razem uczucie się wypaliło. "Miłość jest jak zupa: pierwsze łyżki są za gorące, ostatnie za zimne" - podsumowała swe doświadczenia aktorka. "Chciałabym mieć dom, a w nim pokój dla każdego mężczyzny, którego kochałam" - mawiała. Cóż, musiałaby to być spora i w dodatku luksusowa posiadłość, gdyż jej kochankami byli projektant mody Pierre Cardin, piosenkarze Sacha Distel i Georges Moustaki, aktorzy Marcello Mastroianni i Lee Marvin (nazywała go najbardziej męskim z mężczyzn) oraz reżyserzy Elia Kazan i Tony Richardson, który rozwiódł się dla niej z Vanessą Redgrave.

Wychodziła za mąż dwukrotnie. Pierwszym wybrankiem był aktor i scenarzysta Jean-Louis Richard, z którym miała syna, Jerome’a - urodził się następnego dnia po weselu. ("Nie jestem stworzona do posiadania własnych, ale kocham dzieci innych. Jestem bardziej babcią niż matką" - wymknęło się kiedyś Jeanne). Rozwiedli się po dwóch latach, przyjaźnili do końca życia.

Również dwa lata trwało małżeństwo z amerykańskim reżyserem "Francuskiego łącznika" Williamem Friedkinem. Moreau przeniosła się dla niego do Los Angeles i Nowego Jorku, latając pomiędzy dwoma wybrzeżami Stanów w ciągłej huśtawce, którą fundował jej egocentryczny, słynący z emocjonalnej niestabilności Friedkin. "Cóż, było to potrzebne doświadczenie" - podsumowała ten okres swego życia po kolejnym rozwodzie w 1979 r. Tym razem o przyjaźni nie było mowy.

Także jej romanse z Hollywood nie trwały długo. Wystąpiła tylko w kilku amerykańskich filmach, ale Akademia w 1998 r. i tak uhonorowała ją Oscarem za całokształt twórczości. Co nie znaczyło, że Moreau planowała spocząć na laurach. Do 85. roku życia grała w co najmniej jednym filmie rocznie, ostatni raz pojawiła się na ekranie w 2015 r. Nie przejmowała się wiekiem. "A co mam zrobić - zastrzelić się?" - pytała po 60. "Ludzie zbytnio przejmują się starzeniem - twierdziła po 70. - Ale mówię wam, wygląda się o wiele młodziej, jeśli się nim nie przejmuje". Po 80. mówiła: "Życie człowieka jest jak góra - idziesz w górę, osiągasz szczyt i schodzisz. Dla mnie będzie wspinaczką, aż pochłoną mnie płomienie".

Jej śmierć 31 lipca ogłosił prezydent Francji, François Macron.

JL

Dowiedz się więcej na temat: Jeanne Moreau

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje