Jean-Paul Belmondo: Nonszalancki twardziel

Pewna siebie mina, papieros w kąciku ust, niedbały strój, ręce w kieszeniach. Takim znał go i kochał cały świat. Jean-Paul Belmondo obchodził niedawno 83. urodziny.

"Z tak długim nazwiskiem i tak brzydką gębą nie ma pan co liczyć na karierę" - zawyrokował jeden z profesorów paryskiego konserwatorium aktorskiego. Musiał się zdziwić, gdy kilka lat później ta brzydka gęba spoglądała z co drugiego afisza filmowego w Paryżu i dla właściciela przydługiego nazwiska, Jeana Paula Belmondo, stała się przepustką do wielkiej kariery.

Reklama

Belmondo urodził się w artystycznej rodzinie, jego matka była malarką, a ojciec rzeźbiarzem. Rodzice dawali mu swobodę wyboru, z której skorzystał w wieku 15 lat, zaniedbując szkołę i poświęcając się treningom bokserskim. Po kilku brawurowych wygranych napotkał jednak silniejszego przeciwnika - gruźlicę. Ze "sportowych" czasów został mu złamany nos i aura twardziela.

"Pojawiłem się w momencie, w którym widzowie potrzebowali figury takiej jak moja. Miałem fizyczność swoich czasów: pogniecioną gębę" - mówił. Był już po szkole aktorskiej i grał same ogony. "Głównie otwierałem i zamykałem drzwi - podsumowywał ten okres.

Wszystko zmieniło się, gdy spotkał Jeana Luca Godarda - pewnego wieczoru popijali obok siebie w jednej z paryskich knajp. Kilkudniowy zarost, iskra w oku i niedbały wdzięk Belmondo były wszystkim, czego reżyser potrzebował do swego nowego projektu. "Mam pomysł na film. Jakiś facet jedzie z Marsylii, by odnaleźć narzeczoną. Po drodze zabija policjanta... a potem zobaczymy - objaśnił swój zamysł. Plan zdjęciowy był wielką improwizacją - Godard na bieżąco pisał scenariusz, aktorzy sami wymyślali swe kwestie, zdjęcia kręcono z ręki.

Dowiedz się więcej na temat: Jean-Paul Belmondo

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama