Islandzkie kino po amerykańsku

Skandynawowie opanowali w ostatnich latach umiejętność przystosowywania się do wymogów Hollywood. Najpierw Norweg Bent Hamer po sukcesie "Historii kuchennych" zrealizował z hollwoodzką obsadą swój pierwszy nakręcony po angielsku film "Factotum". Teraz twórca znanego w Polsce "101 Reykjavik" Baltasar Kormakur nakręcił w koprodukcji z Amerykanami dramat z elementami czarnej komedii "Mała podróż do nieba", który mogliśmy zobaczyć w poniedziałek, 9 października, podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Oczywiście to nie jest tak, że filmowcy ci kręcą z miejsca amerykańskie filmy. Zarówno "Factotum", jak i "Mała podróż do nieba" bliskie są europejskiej wrażliwości; obok amerykańskiej obsady w filmach tych występują rdzenni reżyserom aktorzy, a produkcja filmu "Mała podróż do nieba" leży głównie po stronie islandzkiej. Być może tu leży klucz - także dla polskiego kina - na sposoby efektywnego zaistnienia w świecie? Wygląda jednak na to, że na razie polscy filmowcy traktowani są przez resztę filmowego świata z taką samą podejrzliwością jak polscy piłkarze.

Reklama

"Mała podróż do nieba" nie jest wszak filmem zbyt oryginalnym. Detektyw śledczy pracujący w firmie ubezpieczeń na życie (Forest Whitaker balansujący swą rolą na granicy komizmu) dostaje zlecenie zbadania okoliczności podejrzanej śmierci. Podejrzanej, bo przyszły denat wykupił polisę na życie na okrągłą sumkę miliona dolarów. Kiedy śledczy udaje się na miejsce orientuje się, że trafił do małej, nudnej, pokrytej śniegiem mieściny. Okazuje się jednak, że nie takiej do końca nudnej...

Weźmy więc humor "Fargo" braci Cohen, topografię "Bezseności" Christophera Nolana, atmosferę "Przystanku Alaska" oraz intrygę "Podwójnego ubezpieczenia" Billy'ego Wildera i otrzymamy równanie na film Kormakura. Zdumiewające tylko, ile islandzkiego mroźnego humoru zdołał upchnąć reżyser w swą amerykańską historię; wydaje się wręcz, że bohater Whitakera zamiast do zabitej amerykańskiej dziury, trafia na najbardziej na najbliższą Biegunowi Północnemu wyspę Europy.

Jest jeszcze jedna znamienna rzecz, związana z tym filmem, która kontynuuje tradycję zapoczątkowaną przez Hamera w "Factotum". Tak jak w filmie o Charlesie Bukowskim, tak w tym przypadku dość dużą rolę odgrywa w opowiedzianej historii muzyka. Muzyka napisana przez islandzki zespół Mugison. Nie wiem jak film zostanie przyjęty przez polską publiczność, ale soundtrack, jeśli zostanie u nas wydany, powinien mieć niemałe wzięcie.

W poniedziałek, w ramach konkursu "Nowe Filmy, Nowi Reżyserzy" zobaczyliśmy też polski film "Chłopiec na galopującym koniu" debiutanta Adama Guzińskiego. Tu, mimo, że wszystko zagrane jest po polsku, nie można nie odnieść wrażenia, że jest to bardziej skandynawski, niż polski obraz. Odczucie to odnosi się zarówno do "egzotycznej" dla historii naszego kina języka filmowego użytego w "Chłopcu...", jak i jego tematyki.

"Egzotyka" ta jednak nie ma nic wspólnego z tropikami, lecz właśnie z chłodną Skandynawią - film Guzińskiego jest bowiem ekranizacją powieści "Dziki jeździec" autorstwa norweskiego pisarza Tarjei Vessasa. Kinomani na dźwięk tego nazwiska od razu deklamują tytuł filmu Witolda Leszczyńskiego "Żywot Mateusza"; podobieństwo stylistyczne "Chłopca na galopującym koniu" do arcydzieła Leszczyńskiego jest zresztą dość wyraźne.

Ten kameralny, poetycki film to historia związku dwojga ludzi. On jest przeżywającym twórczy kryzys pisarzem (Piotr Bajor), ona jego przeżywającą małżeński kryzys żoną - fotografikiem (Aleksandra Justa, prywatnie żona Zbigniewa Zamachowskiego). Jest jeszcze kilkuletni syn, katalizator ich przemiany - chłopiec musi udać się do szpitala na "niegroźną operację". I tyle.

"Chłopiec na galopującym koniu" oszałamia jednak konsekwencją. Dawno w polskim filmie nie było tylu wymownych spojrzeń i gestów, zamiast potoku słów i steku dialogów. Film Guzińskiego przypomina, że kino tworzy się najprostszymi środkami, że do opowiedzenia historii wystarcza sam obraz i ewentualnie muzyka. A ta do tej lirycznej, ale przepełnionej emocjonalnym chłodem historii pasuje jak znalazł. Bo napisał ją Arvo Part...

Przed nami kolejne dni festiwalu. Ciekawie, ze względu na polskie akcenty, zapowiadają się dwa niemieckie filmy. W "Valerie" Birgit Moeller główną rolę gra Agata Buzek, natomiast w "Weź swoje życie" Sabine Michel wystąpiła Agnieszka Grochowska. Obie panie nie miały w ostatnim czasie szczęścia w polskich filmach, tym bardziej warto poświęcić czas, by zobaczyć te produkcje. Kto zaś zastanawia się jeszcze czy iść na "Babel" Alejandro Gonzaleza Innaritu i "Cząstki elementarne" Oskara Roehlera - ten będzie musiał poczekać na ogólnopolskie premiery tych obrazów. Wszystkie bilety na sobotni (14 października) pokaz "Babel" oraz odbywające się tego samego dnia dwa (!) seanse "Cząstek elementarnych" zostały już bowiem wyprzedane.

Tomasz Bielenia, Warszawa

Dowiedz się więcej na temat: \ Film | filmy | muzyka | kino | film

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje