Hugh Grant ma już 50 lat!

"Czyż nie powinienem jedynie grać w filmach, zarabiać pieniędzy i pracować z pięknymi kobietami?" - powiedział w jednym z wywiadów Hugh Grant. Wieczny chłopiec, ulubieniec pań i bohater najsłynniejszych komedii romantycznych kończy w czwartek, 9 września, 50 lat. Z tej wyjątkowej okazji życzmy aktorowi wszystkiego najlepszego!

Kocha trwonić czas i pieniądze. Kiedyś był dumny z tego, że nikt nie traktuje go poważnie. Dziś Hugh Grant ma siwe włosy i mroczne spojrzenie, trochę żałuje dawnych miłości i straconych szans, ale dowcipu i autoironii nie stracił.

Reklama

Grant to mężczyzna pełen sprzeczności, ze skłonnościami do niekontrolowanej wściekłości (potrafi wyrwać wycieraczki z samochodu komuś, kto ledwo drasnął jego auto), kokieterii, ale i autoironicznym dystansem. "Jego poczucie humoru jest nieograniczenie błyskotliwe i zaskakująco dziecinne. To sprawia, że trudno nad nim zapanować" - mówiła Sharon Maguire, reżyserka przebojowego "Dziennika Bridget Jones".

50 lat? Niemożliwe!

Aż trudno sobie to wyobrazić, ale Hugh Grant kończy dzisiaj 50 lat. Nawet jeśli nie zagra już w żadnym filmie, i tak przejdzie do historii kina. Brytyjski aktor wystąpił u boku najpiękniejszych i najpopularniejszych aktorek (Julia Roberts, Sandra Bullock, Renée Zellweger, Kate Winslet, Andie MacDowell) w większości najbardziej kasowych komedii romantycznych. Wystarczy wymienić kilka tytułów: "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", "Dziennik Bridget Jones", "Rozważna i romantyczna", "Był sobie chłopiec", "Dwa tygodnie na miłość".

Stało się to także jego przekleństwem - do dzisiaj Grant nie może wyzwolić się z wizerunku wiecznego chłopca, który sprawdza się jedynie w komediowych rolach. Kilka razy gwiazdor, który sam siebie nazywa "opornym aktorem", chciał nawet porzucić karierę. Stwierdził również, że większość jego filmów wywołuje w nim myśli samobójcze. Gwiazdor powiedział w jednym z wywiadów, że kiedy ujrzał pierwsze wersje wielu swoich filmów, w tym bardzo popularnych, jak "Dziennik Brigdet Jones" oraz "Notting Hill", tak bardzo nie podobała mu się jego gra, że chciał umrzeć.

"Zazwyczaj, gdy widzę pierwszą wersję, mam myśli samobójcze. (...) W filmie lubię wszystko, poza graniem. Jestem wspaniały na przesłuchaniach, ale nigdy nie byłem naprawdę dobry, kiedy włączają się kamery" - mówi aktor.

Niegrzeczny chłopiec

W 1995 roku aktor stał się bohaterem "oralnego skandalu", kiedy świat obiegły jego zdjęcia z zatrzymania przez policję w Los Angeles. Aktor został aresztowany za publiczne "poddawania się czynom lubieżnym". Granta przyłapano z prostytutką Divine Brown na uprawianiu oralnego seksu w samochodzie, na słynnym hollywoodzkim Sunset Boulevard. Dodatkowego "smaczku" sprawie dodawał fakt, że Grant był wtedy od kilku lat w związku z aktorką Elizabeth Hurley. W efekcie gwiazdor został skazany na 1180 dolarów grzywny oraz dwuletni nadzór sądowy.

Hugh Grant miał kłopoty też dwa lata później. W 2007 roku, w okolicach swojego londyńskiego domu, nie tylko nie pozwolił zrobić sobie zdjęcia, ale także pobił nachalnego fotografa, a na koniec rzucił w niego... pojemnikiem z fasolą. Paparazzi musiał wysłuchać też obelg na swój temat, a Hugh był tak wściekły, że krzyknął do fotografa: "Mam nadzieję, że twoje dzieci umrą na pieprzonego raka". Rzecznik londyńskiej policji potwierdził, że zdarzenie miało miejsce, a reprezentant aktora odmówił wówczas komentarzy na ten temat.

Kilka faktów

Hugh John Mungo Grant urodził się 9 września 1960 w Londynie. Jest absolwentem literatury angielskiej na uniwersytecie w Oxfordzie. Zadebiutował w 1982 roku w filmie "Privileged" Michaela Hoffmana. Kolejne lata spędził jednak grając w grupie komediowej "The Jockeys of Norfolk" i pisząc teksty reklamowe. Karierę rozpoczął w 1987 roku, kiedy został zauważony w filmie Jamesa Ivory'ego "Maurice". Zagrał homoseksualistę, który zakochuje się w koledze ze studiów. Za rolę tę otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora na festiwalu filmowym w Wenecji.

Prawdziwą gwiazdą stał się w 1994 roku, po zagraniu roli w filmie "Cztery wesela i pogrzeb" (reż. Mike Newell), za którą dostał nagrodę Złoty Glob dla najlepszego aktora komediowego. W 1992 roku zagrał jedną z głównych ról w filmie Romana Polańskiego "Gorzkie gody", a w 1993 wystąpił w filmie Jamesa Ivory'ego "Okruchy życia".

Hollywoodzkim debiutem Granta była komedia Chrisa Columbusa "Dziewięć miesięcy" w 1995 roku. W tym samym roku zagrał w komedii romantycznej Anga Lee, "Rozważna i romantyczna". W 1996 roku Grant wystąpił w nietypowej dla siebie roli - w thrillerze "Krytyczna terapia" Michaela Apteda. W 1999 roku wystąpił u boku Julii Roberts w komedii romantycznej "Notting Hill". Rola ta została wyróżniona kolejną nominacją do Złotego Globa. Dwa lata później wcielił się w rolę playboya, Daniela Cleavera w "Dziennik Bridget Jones". W 2002 roku zagrał Willa Freemana w filmie "Był sobie chłopiec", rok później w komedii romantycznej Richarda Curtisa "To właśnie miłość", a w 2004 roku wystąpił w kontynuacji "Dziennika Bridget Jones" - "W pogoni za rozumem". Po kilku latach przerwy wrócił znowu do komedii romantycznych - w 2009 roku zagrał u Sarah Jessiki Parker w obrazie "Słyszeliście o Morganach?".

W roku 1995 znalazł się na liście "stu najseksowniejszych gwiazd w historii kina" magazynu "Empire".

Zobacz zwiastun filmu "Notting Hill":

Mam swoją godność

Na początku tego roku, na kilka miesięcy przed 50. urodzinami Hugh Granta, z aktorem udało się porozmawiać Agnieszce Filas z magazynu "Twój Styl" (numer z marca 2010 roku). Aktor opowiada m.in. o kobietach, lęku przed 50. urodzinami, pragnieniu posiadania dziecka, grze w golfa, od której nie może się uwolnić i książce, której nie może skończyć.

Czuje pan, że zegar biologiczny tyka?

- Tak. Dość głośno. W tym roku skończę 50 lat i zamierzam poddać się eutanazji w Szwajcarii... Nie, przesadziłem - pięćdziesiątka mnie nie przeraża. 51 lat to będzie dopiero przełom... Czasami dziwi mnie, że gdy rano myję twarz i podnoszę się, by spojrzeć w lustro, podbródek nie nadąża i zostaje gdzieś w dole, przy umywalce. Mimo to robię wszystko, by nie udawać trzydziestolatka. Nie uznaję liftingu i farbowanych włosów. Mam swoją godność.

Był pan związany ze znanymi i pięknymi kobietami.

- Mężczyźni są wygodni. Owszem, chcą mieć partnerkę, dom, rodzinę, ale nie chcą nad tym jakoś szczególnie pracować. Gdy zdarza się im popełnić jakiś błąd, wolą go raczej ukryć niż analizować. Mimo że mam za sobą parę związków, nadal nie wiem, jak zachować się w konfliktowej sytuacji. Kupić prezent? Przepraszać? Czy może wreszcie - nie przepraszać i pozostać prawdziwym mężczyzną? Mam wrażenie, że to kobiety rozdają karty i od nich zależy sukces miłosnej historii dwojga ludzi.

Chciałby pan mieć dziecko.

- To dobry pomysł. Jeszcze lepiej, gdyby mój syn lub córka byli już na świecie. Kilkanaście lat temu jednak taka myśl w ogóle nie pojawiła się w mojej głowie. Wystarczała mi miłość do samego siebie. Potem co prawda uznałem, że miło byłoby zaopiekować się kimś jeszcze, ale nic z tego nie wyszło. Dziś moje pragnienie, by mieć dziecko, wynika z czystego egoizmu. Nie chciałbym spędzić siedemdziesiątych urodzin w samotności. Stary, zgorzkniały z drinkiem w ręku i z głupim pytaniem zadawanym sobie: dlaczego nie ma tu nikogo, kto chciałby się mną zająć?

Życie singla, które tak pana drażni, ma swoje zalety. Byłby pan w stanie porzucić Londyn i przenieść się na prowincję?

- Na angielską prowincję - nigdy. Nie cierpię rolników, zwierząt hodowlanych, trawy i ciszy. Oraz ciemności. Nie mógłbym spędzić zbyt wielu wieczorów bez światła. Jestem człowiekiem miasta. Gdy tylko znajdę się w okolicy, w której nie ma neonów, oświetlonych wystaw, od razu włączam komórkę, to namiastka iluminacji. Może też być komputer lub telewizor. Albo przynajmniej wsiadam do samochodu i patrzę kilkanaście minut na podświetloną tablicę rozdzielczą.

Ekstrawagancki nawyk... Ale chyba niejedyny. To prawda, że w dzieciństwie bawił się pan w zabijanie?

- Prawdą jest, że ulubioną grą mojego dziadka, wojskowego, było "polowanie na ludzi". Odwiedzaliśmy go z bratem w wakacje w Szkocji, gdzie mieszkał. Stawiał wtedy w terenie figury naturalnych rozmiarów wycięte z kartonu i kazał nam do nich strzelać. Biegaliśmy więc po polu w spódniczkach w szkocką kratę, ze strzelbami. Gdy udało nam się trafić w głowę, rozrywał się woreczek z farbą i tryskała "krew". Uwielbialiśmy to. Dopiero wiele lat później ze zdziwieniem dowiedziałem się, że nie jest to tradycyjny sposób wychowywania dzieci.

Jakim był pan chłopcem?

- Miałem parę ekscentrycznych nawyków, które niepokoiły moich rodziców. Po pierwsze wkładałem sobie do nosa skórkę od jabłka. Po drugie jadłem piasek. Po trzecie razem z bratem bawiliśmy się lalkami, co jest dość niezwykłe u chłopców. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że zaglądaliśmy im pod spódniczki.

Zobacz zwiastun filmu "Cztery wesela i pogrzeb":

Co dziś jest pana obsesją?

- Golf. Gardzę tym sportem, ale nie potrafię się od niego uwolnić. Golf jest jak seks, trzeba traktować go poważnie. Kiedyś wydawało mi się, że mam wiele zainteresowań, mnóstwo książek leżało na moim nocnym stoliku, dziś jest tam tylko poradnik, jak trzymać kij i trafiać do dołka. Golf zdominował wszystko. Wydaję nieprzyzwoicie dużo pieniędzy na lekcje u nauczycieli światowej klasy i wydaje mi się, że jestem już całkiem niezłym graczem. Mam jednak wrażenie, że niektórzy trafiają do dołka, bo są utalentowani, a inni, bo są bogaci. Należę do tej drugiej kategorii. Tym, co najbardziej podoba mi się w tym sporcie, jest nie sama gra, ale hazard, zakłady, kto wygra. Chwilami bywam naprawdę zacięty.

Kilka razy chciał pan rzucić aktorstwo. Nigdy do tego nie doszło. Dlaczego?

- Kiedyś dużo pracowałem. Brałem wszystko, co się da, głównie role, które były skazane na międzynarodową klęskę. W końcu, gdy miałem parę wolnych dni, wyjechałem z dziewczyną na wakacje i okazało się, że to dużo przyjemniejsze niż spędzanie czasu na planie. Unikanie wysiłku zaczęło wychodzić mi tak dobrze, że co tydzień myślałem: "Chyba zrobię sobie wolne". Zwłaszcza że po filmie "Cztery wesela i pogrzeb" mogłem już sobie pozwolić na odrzucanie scenariuszy. Stosowałem "test herbaty". Jeśli przy czytaniu cały czas myślałem, by zrobić sobie filiżankę earl greya, tekst lądował w koszu... Ale w rzeczywistości, choć nie mam ochoty się przepracowywać, lubię robić filmy. Aktorstwo chciałem rzucić tylko z jednego powodu: gdy kamera jest już włączona, mam napady paniki.

Podobno w ukryciu od lat pisze pan książkę...

- Mam już połowę... Nie wiem jednak, kiedy ją wydam. Realnie rzecz biorąc, pewnie w 2020 roku. Tekst pokazałem na razie jednej osobie. Podobał się jej. Ale może tylko udawała, że się podoba?

Dowiedz się więcej na temat: gwiazdor | dziennik | miłość | pogrzeb | aktor | jones | 50+ | grant

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje