Halloween w wersji Hollywood

W ostatni dzień października Amerykanie, a z nimi juz cały świat, obchodzą Halloween - wigilię wszystkich świętych. Dla jednych jest to okazja do świetnej zabawy, dla innych profanacja tradycyjnych wierzeń ludowych. Nie zmienia to faktu, że samo święto stało się już świetnym towarem medialnym. Sprzyjającą koniunkturę wykorzystują specjaliści od filmu. Na potrzeby zbiorowej mitologii wymyślają więc przeglądy i rankingi najlepszych "filmów, które mają coś wspólnego z Halloween".

Amerykańskie kino, a tam tradycja Halloween rozwinęła się w najbardziej, stworzyło nawet rodzaj gatunku, dotyczącego święta poprzedzającego dzień wszystkich świętych. Założycielskim obrazem okazał się "Halloween" Johna Carpentera z 1978 roku. Opowieść o Mike'u Meyersie, który jako 6-cio latek zamordował swoją siostrę i teraz - po 15 latach w więzieniu - wydostaje się na wolność, by siać strach wśród okolicznej ludności, okazał się trafionym hitem. Nie trzeba dodawać, że zdarzenia w filmie Carpentera mają miejsce z nocy z 31 października a 1 listopada.

Reklama

Film "Halloween" okazał się tak wielkim sukcesem i zyskał sobie tak wierną publiczność, że stał się nieomal przykładem podgatunku (jak np. "Rambo"). Do dziś zrealizowano już 7 kolejnych części, ostatnią, "Halloween: Resurection", w 2002 roku, a w planach jest już kolejny epizod - "Halloween: Retribution".

Film Carpentera wyznaczył także sposób rozumienia halloweenowej konwencji filmowej. Filmy, które mają mieć coś wspólnego z Halloween, muszą być horrorami i powinny opowiadać o przenikaniu się świata zmarłych i żywych. "Noc żywych trupów" George'a Romero, "Egzorcysta" Williama Friedkina, czy "Lśnienie" Stanley'a Kubricka to sztandarowe przykłady zestawień. Problem w tym, że są to filmy, które z modlitwą za dusze zmarłych - a ten obrzęd był istotą Halloween - nie mają nic wspólnego.

"Filmy Halloween" to więc zręczny zabieg marketingowy, nic nie mówiąca kategoria, medialny worek, do którego można wszystko wrzucić i którego zawartość nic nie znaczy.

Pora więc przywrócić słowom ich porządek i wrócić na nasze rodzime podwórko, by poszukać wśród polskich twórców filmowego nestora "żywotu wiecznego, amen".

"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie" - pisał wieszcz, a "Dziady" w formie "Lawy" na ekran przeniósł Tadeusz Konwicki. On też jest reżyserem mało znanego filmu "Zaduszki" - polskim odpowiednikiem Halloween, dniem, w którym modlimy się za dusze zmarłych jest właśnie 2 listopada. Filmy Konwickiego nie są oczywiście horrorami, a jeśli już, to strach, który nam towarzyszy, ma zdecydowanie metafizyczny, a nie rozrywkowy charakter.

Pora więc przypomnieć sobie, że gusła, czary-mary, topielice i ziarenka piasku w klepsydrze stanowią zapomniany, ale istotny element obrzędu przejścia między światem żywych a światem umarłych. Dynia, cukierki i "żywe trupy" to przy nich rekwizyty już jakby nie z tej bajki.

Dowiedz się więcej na temat: Wszystkich Świętych | filmy | Hollywood | film | Halloween

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje