Grażyna Staniszewska: Rola Danusi zwichnęła jej karierę

Rola Danusi w filmie "Krzyżacy" Aleksandra Forda wyniosła ją na szczyt popularności i paradoksalnie zwichnęła jej świetnie zapowiadającą się karierę. Grażyna Staniszewska przez 13 lat nie zagrała w filmie kinowym. Zawsze podkreślała, że rolą jej życia była... rola żony i matki. Świetnie się w nich sprawdziła.

Grażyna Staniszewska w filmie "Krzyż walecznych" (1958)

- Ratunku! Nie przygotowałam się do egzaminu! - wrzasnęła Grażyna Staniszewska przed komisją rekrutacyjną warszawskiej szkoły teatralnej. Okrzyk przerażenia był sprawdzianem aktorskim, który zadał jej skonsternowany przewodniczący. Staniszewska przyjechała z rodzinnej Łodzi w takim pośpiechu, że rzeczywiście nie miała niczego przygotowanego. Na aktorstwo zdecydowała się w ostatniej z ostatnich chwil - minuta później, a już nie złapałaby pociągu.

Danuśka okazała się jej przekleństwem

Reklama

Jej talent wcale jednak nie potrzebował wyuczonej recytacji. Komisja zdecydowała się przyjąć ją i tak. Słusznie. Zanim zrobiła dyplom, zdążyła zagrać w pięciu filmach. Tylko w 1958 roku wystąpiła w "Popiele i diamencie" Wajdy i "Krzyżu walecznych" Kutza. Pewnie dobra passa nigdy by się nie skończyła, gdyby nie "Krzyżacy".

Reżyserowi Aleksandrowi Fordowi zależało na nowych, mało opatrzonych twarzach. Staniszewska nie musiała nawet zabiegać o rolę. To do niej się zgłoszono. - Danusia musiała mieć jakąś twarz, czyjąś sylwetkę. Użyczyłam jej swojej, i na tym właściwie kończył się mój aktorski wkład - kwitowała. Chociaż w niektórych scenach aktorka w długiej blond peruce czuła się jak w futrzanej czapce na pustyni, praca na planie przebiegała gładko. - Ford niczego nie narzucał, odzywał się tylko, gdy był z czegoś niezadowolony - wspominała.

Film okazał się przebojem nie do pobicia. Szacuje się, że do dziś obejrzały go 33 miliony widzów, a za arcydzieło uznał go sam Martin Scorsese! Jednak, dla dotąd mało znanych aktorów, "Krzyżacy" wcale nie okazali się wstępem do świetlanej kariery. Staniszewska mówiła wręcz o przekleństwie. - Wydawało się po premierze "Krzyżaków", że świat legł u naszych stóp. Lecz, jak to się często zdarza w aktorskim życiu, olbrzymia popularność obróciła się przeciw nam. Trudno uwierzyć, ale po filmie Forda nie dostałem już naprawdę interesującej roli. Podobnie było z Grażyną - wspominał jej partner Mieczysław Kalenik, filmowy Zbyszko z Bogdańca.

Reżyserzy bali się ponoć konfrontacji z popularnością rodzimej superprodukcji i omijali jej gwiazdy szerokim łukiem. Po "Krzyżakach" w filmografii Staniszewskiej zieje ogromna, 13-letnia wyrwa [chodzi o filmy kinowe - red.]. Stanęła przed kamerami dopiero w 1973 r., w drugoplanowej roli w "Zazdrości i medycynie" Janusza Majewskiego. Ponownie wystąpiła po kolejnych 16 latach, w "Lawie", na specjalne zaproszenie Tadeusza Konwickiego. Po niej ostatecznie zakończyła kinową karierę.

Dużo łaskawszy był dla niej teatr. Została aktorką Narodowego w zespole Kazimierza Dejmka. Widownia wybuchała gromkim śmiechem na jej "Krokodyla daj mi luby" w "Zemście". Uwielbiano także jej uroczą rolę w "Niezwykłej przygodzie pana Kleksa" gdzie zagrała... Adasia Niezgódkę! Później przeszła do Dramatycznego, i jak większość aktorów odeszła w stanie wojennym, gdy władza wyrzuciła dyrektora, Gustawa Holoubka.

- Brzydziła się tamtym systemem. W naszym ogrodzie na Żoliborzu pisał swoje kazania ksiądz Jerzy Popiełuszko, z którym się przyjaźniliśmy - podkreślał jej mąż, profesor chirurgii Wojciech Noszczyk.

To ta? Fatalna!

Poznali się, gdy Staniszewska była na studiach, jeszcze przed "Krzyżakami", ale już po "Krzyżu walecznych". Na ten ostatni, Wojciech wybrał się ze swoim kuzynem. Tak bardzo spodobała mu się grająca tam aktorka, że za wszelką cenę postanowił następnego dnia umówić się z nią w Bristolu. Założył się nawet o to z kuzynem. Stawką był kilogram przywiezionego właśnie rosyjskiego kawioru.

- Biegnę do Szkoły Teatralnej, wpadam na Bożenę Kurowską. Mówi, że Staniszewska mieszka w Dziekance. To pędzę do Dziekanki. Spotykam Elę Czyżewską, ona twierdzi, że Grażyna się przeprowadziła do koleżanki na Langiewicza. Tam się dowiaduję, że jest właśnie w kinie Śląsk na Festiwalu Filmowym, bardzo popularnej wówczas imprezie. I rzeczywiście, stała w zwartym tłumie wielbicieli. A ja prosto do niej: "Nazywam się Wojciech Noszczyk i przyszedłem po panią!" - opowiadał ze swadą miesięcznikowi "Puls".

Gdy pani Grażyna wyszła z początkowego oniemienia, zdecydowała się przyjąć propozycję absztyfikanta. Nie zraził jej nawet jego "niepolityczny" kuzyn, który na jej widok w Bristolu podobno wykrzyknął: "To ta? Fatalna!". Pan Wojciech był jednak przeciwnego zdania i po 4 latach narzeczeństwa para stanęła na ślubnym kobiercu. Zamieszkali na Saskiej Kępie w nie tak znów małym jak na tamte czasy domu, który jednak wydał im się przeraźliwie ciasny, gdy na świat przyszła ich dwójka dzieci, Maria i Bartłomiej.

Rodzina zawsze była dla Staniszewskiej najważniejsza. Podobno bez żalu zrezygnowała dla niej z walki o karierę, a tym bardziej nie martwiła się, że zarówno córka, jak i syn planują iść w ślady ojca. - Rozmowy w naszym domu były najczęściej związane z medycyną, nigdy jednak nie próbowałem wpływać na dzieci w kwestii wyboru zawodu. One same, tak jak ja przed laty, wiedziały, że będą lekarzami - mówił prof. Noszczyk.

Talentu Staniszewskiej żałował za to przyjaciel domu, Mieczysław Kalenik, który wzdychał, że przecież tak dobrze się zapowiadała. Wreszcie nawet on przyznał jednak, że świetnie sprawdziła się w życiowej roli... żony. Sama, w wywiadzie z okazji 80. urodzin (urodziła się 23 lipca 1936 r.) potwierdzała pogodnie: - Najbliższe są mi role żony, matki, babci i widza, bo jestem z gatunku tak zwanych kur domowych.

Zmarła 4 marca 2018 roku w Warszawie.

AD


Dowiedz się więcej na temat: Grażyna Staniszewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje