Efekty pod specjalnym nadzorem

Postprodukcja filmu "Baby są jakieś inne" to wydarzenie bez precedensu w polskiej kinematografii i zupełnie nowy rozdział w myśleniu o produkcji filmowej. Techniczne możliwości oraz umiejętności specjalistów domu postprodukcyjnego The Chimney Pot pozwoliły na precyzyjne zrealizowanie zamysłu Marka Koterskiego.

Esencją "Bab..." są błyskotliwe dialogi wypowiadane przez dwóch mężczyzn, którzy nocą podróżują samochodem. Skoro tak, to zapis tych rozmów, gra aktorów, ich mimika twarzy a nawet spojrzenia muszą być pokazane w tak wiarygodny sposób, by widzowi absolutnie nic nie przeszkadzało w odbiorze tego, co tu jest najważniejsze. Żadne szumy, żadne odbicia w szybie, niepotrzebne światła, cienie, nieostre kadry itp.

Reklama

Marek Koterski wraz z operatorem Jerzym Zielińskim doszli do wniosku, że takiego filmu nie da się nakręcić metodą tradycyjną, czyli z kamer umieszczanych na masce samochodu czy też wożąc samochód na lawetach. Materiał zrobiony w ten sposób miałby zbyt wiele wad i nie pozwalał na odpowiednią obróbkę obrazu. Ale czy można to zrobić inaczej?

Oczywiście można, posiłkując się odpowiednio zaawansowaną technologią. Wspomagani przez Studio Filmowe KADR twórcy filmu zaproponowali współpracę domowi postprodukcyjnemu The Chimney Pot. - Jesteśmy bardzo wdzięczni Markowi Koterskiemu, Jerzemu Zielińskiemu i szefom KADR-u, że przyszli z tym projektem właśnie do nas, obdarzając nas ogromnym zaufaniem - mówi prezes firmy Jędrzej Sabliński.

Zaufanie było tu rzeczywiście elementem koniecznym, bo przecież nikt nie mógł dokładnie przewidzieć jaki efekt przyniesie mariaż artystycznej wizji reżysera i operatora z nowoczesną technologią popartą doświadczeniem specjalistów The Chimney Pot. W ten sposób rozpoczęła się realizacja jednego z najbardziej niezwykłych projektów współczesnego polskiego kina.

Pomysł był taki: samochodowe dialogi zostaną nakręcone nie w plenerze, ale na hali zdjęciowej. Stworzono w tym celu specjalną ruchomą platformę, a na niej umieszczono samochód, który można było składać jak klocki oraz dowolnie montować i demontować na potrzeby poszczególnych ujęć. W tak komfortowych warunkach - bez żadnych zakłóceń - Marek Koterski mógł pracować ze swoimi aktorami, skupiając się tylko i wyłącznie na ich grze oraz dialogach. Dodatkowo samochód został otoczony zielonymi ścianami (tzw. green screen), a te pracownicy The Chimney Pot odpowiednio oznaczyli markerami. Jerzy Zieliński sfilmował to wszystko używając tradycyjnej kamery analogowej 35 mm.

Kolejnym etapem projektu było wyjechanie w plener i nakręcenie teł. Do tego aktorzy już nie byli potrzebni, natomiast dużo pracy miała ekipa zdjęciowa. Musiała ona sporo się namęczyć, by sfotografować wszystkie możliwe tła - pod odpowiednim kątem i w odpowiednich miejscach - które będą towarzyszyć podróżującym nocą bohaterom filmu. Te zdjęcia, jak i wszystkie inne robione poza halą, wykonane zostały kamerą cyfrową Panavision Genesis.

Dwóch montażystów

Teraz do pracy mogli usiąść reżyser z montażystą (Ewa Smal). Gdy kończyli montowanie jakiejś sceny, natychmiast przejmował ją Andrzej Kowalski z The Chimney Pot i przystępował do drugiego montażu polegającego na dopasowywaniu teł. Przecież wszędzie tam, gdzie na planie sfilmowano zielone płachty, trzeba było wmontować odpowiednie tło - jedno z tych, które nagrano w plenerze. Tę pracę nadzorował osobiście Jerzy Zieliński.

Ponieważ materiały kręcone były dwoma różnymi kamerami, potrzebne były dodatkowe zabiegi techniczne, by ich wygląd ujednolicić. Tym bardziej, że nie chodziło tylko o zwykłe zestawienie klatek filmowych obok siebie i takie ich dopasowanie, by nie wprowadzały wizualnego dysonansu. W tym przypadku zadanie było dużo poważniejsze - trzeba było dopasować dwa obrazy z dwóch różnych kamer, które w efekcie stawały się dwoma warstwami jednej i tej samej klatki.


- Taśmę analogową 35 mm skanowaliśmy do postaci plików cyfrowych o rozdzielczości Super 2K - opowiada Kamil Rutkowski, DI Supervisor z The Chimney Pot. - Z kolei kamera Genesis nagrywa na kasety cyfrowe HD-CAM SR, więc ten materiał też trzeba było przenieść do postaci plików cyfrowych. Dopiero na tych plikach pracowaliśmy, nadając im jednolity kształt i wygląd. Dodatkowo pliki te musiały przejść dwie korekcje barwne, czym zajmował się u nas Wiktor Sasim.

Efekty pod specjalnym nadzorem

W tym miejscu wydawałoby się, że już jesteśmy w domu - przecież mamy aktorów, mamy ich dialogi, mamy tła i poprawione kolory. Jednak najcięższa praca dopiero przed nami. By efekt nocnej jazdy samochodem przez miasto był realistyczny, konieczne było dodanie kolejnych warstw obrazu, które wzbogacą film o światła, cienie, odbicia, krople deszczu itp. Tym żmudnym procesem zajmował się zespół efektów specjalnych The Chimney Pot. - Żeby zobrazować skalę pracy, jaką wykonał mój zespół - mówi Jacek Skrobisz, VFX Supervisor - wystarczy powiedzieć, że na 443 ujęcia, które składają się na cały film aż 341 to ujęcia efektowe i że stanowią one ponad 70 minut w 90-minutowej produkcji.

- Polska kinematografia nie zna podobnego przykładu na film z tak silnym wykorzystaniem efektów specjalnych - dopowiada Jędrzej Sabliński. - I także z tego powodu "Baby..." są projektem wyjątkowym.


Praca nad tym etapem postprodukcji trwała ok. 4 miesięcy i była wykonywana w dedykowanym zespole. Nakład pracy i wysiłek były ogromne. A wszystko po to, by w rezultacie tych wszystkich specjalnych efektów nie było widać... - Istotą naszej pracy jest to, by widz miał absolutny komfort zagłębienia się w filmową historię i takie odtworzenie realizmu opowiadanej fabuły, by widzowi nic w tym nie przeszkadzało. A miarą tego, że efekty specjalne są dobre, jest to, że pozornie ich nie ma - wyjaśnia Jacek Skrobisz.

Także ten proces nadzorowany był przez Jerzego Zielińskiego. Wyjątkowy charakter tego projektu sprawił, że oprócz tradycyjnej roli operatora miał on dodatkowe zadanie i spełniał niejako rolę reżysera efektów specjalnych. Była to rola o tyle istotna, że odpowiednie zastosowanie tła, układu świateł, cieni, odbić, kolorów - to wszystko złożyło się na niepowtarzalny nastrój filmu.

Pod jednym dachem

Tak przygotowany i zaakceptowany przez Marka Koterskiego materiał mógł w końcu otrzymać swoją finalną wersję. Po dograniu warstwy dźwiękowej filmu, którą zajmowało się Studio Dukszta&Malisz, po dodaniu czołówki i napisów końcowych można było przystąpić do wykonania kopii przeznaczonych do dystrybucji. The Chimney Pot zarówno przygotował ich wersje cyfrowe, jak i wykonał naświetlanie na taśmę filmową. Inaczej mówiąc w efekcie tego ostatniego procesu każdy plik cyfrowy stał się klatką filmową na analogowej taśmie gotowej teraz do wywołania, a potem wyświetlania w salach kinowych.


Przeprowadzenie tak nietypowego i skomplikowanego projektu wymagało od The Chimney Pot nadzwyczajnej mobilizacji. Choć firma pod względem wyposażenia w sprzęt oraz wykwalifikowanych specjalistów była do niego przygotowana, konieczne okazało się wypracowanie odpowiedniego sposobu zarządzania pracą, czyli workflow dedykowanego temu przedsięwzięciu. Kamil Rutkowski w tym celu napisał nawet specjalny program, który wspomagał i porządkował wykonywanie poszczególnych etapów projektu.

- Wydaje mi się, że wykonanie tak złożonej postprodukcji było możliwe tylko dzięki temu, że w Chimneyu pod jednym dachem mogliśmy skoordynować i wykonać wszystkie etapy projektu: od efektów specjalnych przez cały proces Digital Intermediate aż po wykonanie animacji 3D - podsumowuje Jędrzej Sabliński.

"Baby są jakieś inne" trafią na ekrany polskich kin 14 października.

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Zastanawiasz się, jak spędzić wieczór? A może warto obejrzeć film? Sprawdź nasz repertuar kin!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje