"Dzikie żądze": Wstydliwa przyjemność

Dwadzieścia lat temu "Dzikie żądze" Johna McNaughtona wywoływały niezdrowe emocje, dzisiaj są co najwyżej jednym z wielu filmowych "guilty pleasures" dla widzów, którzy dojrzewali pod koniec lat 90. Film trafił do amerykańskich kin 20 marca 1998 roku.

Neve Campbell i Denise Richards w "Dzikich żądzach"

Gorąca, duszna, błotnista, przesiąknięta niegrzecznymi myślami i grzesznymi uczynkami Floryda. Tam właśnie siedliska amerykańskiej cywilizacji sąsiadują z malowniczymi mokradłami pełnymi wyczekujących najmniejszego błędu aligatorów i innych nieokiełznanych przez człowieka istot. A przynajmniej taką Florydę obrali za miejsce akcji twórcy "Dzikich żądz", w ramach których ceniony wychowawca Sam Lombardo (Matt Dillon) zostaje zrównany z ziemią przez niewyżytą seksualnie dziewczynę z bogatego rodu, Kelly Van Ryan (Denise Richards), która oskarża go o gwałt. Ale czy aby na pewno tak właśnie było? A może Lombardo zostaje wrobiony przez Kelly i jej koleżankę ze szkoły, pochodzącą z nizin społecznych Suzie Toller (Neve Campbell)? A może jest jeszcze inaczej i cała trójka jest w zmowie, żeby twórcy mogli w pewnym momencie zaprosić widza na efektowne "ménage à trois" w jakimś obskurnym motelu? Gdzie w tym wszystkim miejsce dla sztywnego jak kij od szczotki agresywnego policjanta Raya Duquette'a (Kevin Bacon) i wyjątkowo wyluzowanego adwokata Kena Bowdena (Bill Murray)?

Reklama

Jeśli widzieliście "Dzikie żądze" w ciągu ostatnich kilku lat albo przynajmniej po jakimś czasie, gdy pierwsze wrażenia zdążyły już ustąpić trzeźwej ocenie, doskonale wiecie, że filmu Johna McNaughtona nie da się obronić jako poważnego dzieła. Za dużo w nim absurdów i kuriozów, zbyt wiele zwrotów akcji, z których część istnieje tylko po to, by wywoływać u widza zdziwienie oraz torować drogę nowym zwrotom akcji. Choć bohaterowie główkują na ekranie jak szaleni, w "Dzikich żądzach" nikt tak naprawdę nie myśli, nikt nie odczuwa normalnie emocji - wszystko jest udramatyzowane i uwypuklone, a dialogi deklamowane pod natychmiastowy efekt. Zarówno ten fabularny, jak i rozbierany, bo przecież scena trójkąta seksualnego bez choćby odrobiny emocjonalności i suspensu zalatywałaby tanim pornosem. Czy może jednak nie? I jeszcze te dziesiątki ujęć chapiących paszczami aligatorów, z których reżyser tworzy niezwykle niesubtelną metaforę nadchodzących ekranowych perwersji i symulowanej dzikości serc i ciał. Po ponownym obejrzeniu filmu McNaughtona pozostaje pytanie, czy oni wszyscy tak na serio, czy jednak było to zrealizowane z jakimś przymrużeniem oka i ironiczną samoświadomością?

Odpowiedź brzmi: i to, i to. Choć przez lata od premiery wszyscy twórcy zarzekali się, że to jedna wielka blaga, na której trzeba się po prostu odprężyć i dać porwać rozrywkowej historii, "Dzikie żądze" zostały zrealizowane całkiem na poważnie. Zwroty akcji mają szokować, sceny erotyczne podniecać, a niektóre ujęcia skłaniać do refleksji nad ułomnością ludzkiej natury. Z drugiej strony ewidentne jest, że ekipa i obsada musieli się świetnie bawić na planie, bowiem to uczucie zaczyna przenikać z ekranu na widza. Nic nie jest w "Dzikich żądzach" tym, czy się wydawało, nawet piersi grającej nastolatkę, 26-letniej wówczas Denise Richards, która przed wejściem na plan przeszła już dwie operacje plastyczne. Ale gdy film wrzuca drugi, a potem trzeci, czwarty i piąty bieg, trudno nie rozsiąść się wygodnie na kanapie i nie obejrzeć do końca. Mimo że sztukę aktorską zastępują na ekranie dziwne grymasy i szarże, taka przesada może się podobać - ba, Kevin Bacon określił kiedyś scenariusz jednym z najbardziej tandetnych, jakie czytał, dodając, że właśnie z tego względu ostatecznie tak bardzo się wciągnął w lekturę.

Jeśli wierzyć anegdotkom z różnych wywiadów udzielonych przez obsadę i ekipę, scenariusz był zresztą tak zawiły, że raz na jakiś czas odbywało się spotkanie, podczas którego wszyscy wyjaśniali sobie, co mają grać i dlaczego ich postaci robią to, co robią. A przyznać trzeba, że w scenariuszu działo się jeszcze więcej, tylko reżyser zdecydował w montażu, że woli zaskakiwać niż opowiadać spójną historię. W tekście napisanym przez Stephena Petersa dochodziło także między innymi do zbliżenia dwóch mężczyzn pod prysznicem (tak, chodzi o Dillona i Bacona, ten drugi podobno był do sceny nastawiony przychylnie). Usunięto takie wtręty, bo były wedle słów producentów bezcelowe i niesmaczne. W przeciwieństwie do sceny policzkowania się dwóch ledwo ubranych dziewczyn w basenie, która przeradza się w całkiem obiecującą scenę erotyczną. Oto Hollywood. Ale też nikt w drugiej połowie lat 90. nie ukrywał po co i dla kogo robi się takie filmy. Reżyser McNaughton wyznał zresztą w jednym z wywiadów, że Denise Richards nie przekonywała aktorsko na castingu, ale po prostu odpowiednio wyglądała. To, co dzisiaj wywołałoby być może poruszenie i reperkusje w mediach społecznościowych, wówczas było na porządku dziennym.

"Dzikie żądze" nie zarobiły kroci, ale zwróciły się, i to z lekką nawiązką - przy budżecie w wysokości 20 milionów dolarów amerykańskich film zarobił na świecie prawie 60 milionów. Sprzedaż VHS i DVD musiała jeszcze bardziej utwierdzić odpowiednio wysoko postawionych ludzi w przekonaniu, że to fajna marka, bowiem w ciągu kolejnych kilkunastu lat powstały aż trzy kontynuacje filmu McNaughtona. Zrealizowane przez całkowicie inne ekipy i aktorów. Żadna z nich nie jest warta choćby szerszej wzmianki, ale sam fakt, że powstały, o czymś świadczy. Być może dlatego reżyser próbował niedawno nakręcić bezpośrednią kontynuację z udziałem nieślubnego dziecka jedynej bohaterki, której nikt w "Dzikich żądzach" się nie pozbył. Ale nikt mu nie chciał dać na to większych pieniędzy. "Dzikie żądze" były bowiem jednorazowym fenomenem, zrealizowanym na quasi-poważnie przypadkowym erotycznym przebojem, który miał być czymś innym niż wyszedł, ale to go właśnie uratowało. Gdyby McNaughton nie wyciął szeregu scen ukazujących motywacje postaci, całość nabrałaby sensu, a przez to stałaby się nudna. W przesadzie i przesycie "Dzikich żądzy" siła.

Dość dodać, że "Dzikie żądze" to jeden z tych filmów, które starzeją się wraz z upływem każdego kolejnego roku, ale także z wiekiem widza, jednakże w rezultacie wyżej opisanych kontekstów społecznych i kulturowych film Johna McNaughtona zyskał niejaką wartość edukacyjną i historyczną. Oto doskonały, zarówno w stylu opowiadania, jak i treści, przykład przesadnie rozerotyzowanego i przedramatyzowanego B-klasowego filmu udającego prestiżowy erotyczny thriller, których w latach 90. Hollywood produkowało całe mnóstwo. Jeśli przymknąć oko, można się na nim naprawdę nieźle bawić, a najlepiej zebrać wokół siebie paczkę znajomych, zakupić napoje wyskokowe i wymyślić jakąś grę alkoholową związaną z wyłapywaniem ekranowych absurdów. Efekt towarzyski murowany, a dla co bardziej opornych są przecież wspominane sceny erotyczne, zarówno z udziałem pięknych kobiet (Denise Richards, Neve "mam w kontrakcie klauzulę, że nie będę się rozbierała" Campbell), jak i mężczyzn (choć trwa to dosłownie dwie sekundy, Kevin Bacon ukazuje się na ekranie w całej krasie). Tyle i tylko tyle.

A skoro już jesteśmy przy thrillerach erotycznych z lat 90., wspomnijmy piątkę innych przedstawicieli tego gatunku:

"Nagi instynkt", reż. Paul Verhoeven, 1992 r. Sharon Stone jako perfekcyjna i diabelnie inteligentna manipulatorka, która wykorzystuje swe imponujące ciało, by owijać mężczyzn wokół palca. Aż w końcu trafia na agresywnego gliniarza granego przez Michaela Douglasa. Z filmu pamięta się głównie fragmenty z udziałem Stone, szczególnie legendarną już scenę przesłuchania bez bielizny na komisariacie policji, ale "Nagi instynkt" to naprawdę znakomity thriller, który ogląda się na przysłowiowej krawędzi fotela.

"Trujący bluszcz", reż. Katt Shea, 1992 r. Drew Barrymore jako niewyżyta, spaczona na wiele różnych sposobów młoda dziewczyna, która zaprzyjaźnia się z nieśmiałą i aspołeczną nastolatką, po czym wprowadza się do jej domu, gdzie zaczyna uwodzić jej ojca. Wprawdzie przesadna erotyzacja serii nastąpiła dopiero od części drugiej z Alyssą Milano w roli głównej (łącznie powstały aż cztery produkcje), ale w oryginalnym filmie, jedynym wartym tak naprawdę uwagi, również sporo się działo.

"Sliver", reż. Phillip Noyce, 1993 r. I znowu Sharon Stone, która w pierwszej połowie lat 90. była bodaj najbardziej pożądaną aktorką świata. W "Sliver" przyszło jej zagrać inteligentną, oczytaną kobietę, która po przeprowadzce do nowego apartamentowca wikła się w przedziwny romans z granym przez Williama Baldwina właścicielem budynku, który przejawia spore tendencje voyeurystyczne. I może być jednocześnie seryjnym mordercą kobiet, ale przecież dla erotycznego spełnienia warto zaryzykować.

"Barwy nocy", reż. Richard Rush, 1994 r. Grany przez Bruce’a Willisa psychiatra staje się głównym celem maniakalnego mordercy, a jakby tego było mało, wikła się również w namiętny romans z tajemniczą kobietą. W tę ostatnią wcieliła się Jane March, odsłaniając na ekranie zdecydowaną większość swych wdzięków. Film jest niestety raczej kiczowatym, nastawionym na tanią sensację kryminałem, którego finałowy zwrot akcji może i przewraca świat przedstawiony do góry nogami, ale też nie ma sensu.

"Brudne pieniądze", reż. Lana Wachowsky (wcześniej Larry) i Lilly Wachowski (wcześniej Andy), 1996 r. Stylowo zainscenizowany i ciekawie poprowadzony debiut reżyserki braci Wachowskich zasłynął ze scen lesbijskiego seksu Jennifer Tilly i Giny Gershon, ale ma w ostatecznym rozrachunku zdecydowanie więcej do zaoferowania. Aktorki wcielają się w kochające się kobiety, które zamierzają ukraść mafii sporą sumę, zwalając perfidnie winę na faceta jednej z nich. Plan oczywiście nie wypala i zaczyna się wyścig z czasem.

Dowiedz się więcej na temat: Dzikie żądze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje