"Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz": Cenzorski rekord PRL

Stanisław Bareja ciągle narażał się władzy, jednak nigdy wcześniej cenzorzy tak okrutnie nie potraktowali jego filmu.

Ewa Ziętek i Krzysztof Kowalewski w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz"

Film "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz"ze znakomitej trylogii Stanisława Barei - do której należą też "Brunet wieczorową porą" (1976) i "Miś" (1980) - to szalona wyprawa w świat peerelowskich absurdów.

Reklama

Historia dyrektora, który chce się rozwieść, by poślubić ciężarną córkę prominenta, jest dla reżysera pretekstem do pokazania komediowych scenek pozornie nie łączących się z głównym wątkiem. Do łez bawią komisja ścigająca złodziei na i tak już rozkradzionej budowie oraz chłoporobotnik, który ma tak świetny dojazd do pracy, że śpi jakieś cztery godziny, a śniadanie je na kolację. Kierownik delikatesów tworzy galerię z podobiznami uciążliwych klientów, a z powodu wystawy "Podróż koleją skraca czas" pociągi są odwołane.

Te same dowcipy, które śmieszą kolejne pokolenia widzów, nie przysporzyły Barei życzliwości władzy. Podczas kolaudacji "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" w grudniu 1977 r. dziewięciu z 11 członków komisji przyznało filmowi najniższą kategorię artystyczną. Najbardziej pastwił się nad nim reżyser Bohdan Poręba. "Nie ma tutaj ani jednego człowieka w otoczeniu bohatera, który zdobyłby naszą sympatię, te wszystkie postacie zmuszają nas do nienawiści, a reżyser wskazuje nam na płaskość tego świata" - pisał.

Wiceminister kultury Janusz Wilhelmi grzmiał z kolei, że Bareja "żeruje na niskim stanie umysłów widzów". Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk nie wydał więc zgody na rozpowszechnianie i film trafił na półki. Reżyser nie dał jednak za wygraną. Rozwiązanie znalazł w "Czarnej Księdze Cenzury PRL", którą wraz z innymi nielegalnymi wówczas książkami przemycił z Zachodu.

W 1978 r., po nagłej śmierci Wilhelmiego, Bareja znalazł w niej telefon do urzędnika odpowiedzialnego za cenzurę filmową i poprosił o ponowny sąd nad "Co mi zrobisz...". Ten się zgodził, ale reżyser zapłacił wysoką cenę. Nowa komisja zaleciła skrócenie lub przemontowanie 17 scen, a siedem kazała wyciąć - w sumie 300 metrów taśmy. Także dlatego ta komedia przeszła do historii: jest najbardziej zmasakrowanym przez cenzurę polskim filmem.

Nad Bareją wyzłośliwiali się też koledzy po fachu, nazywając jego dzieła "podgatunkiem". To jego przyjaciel, Kazimierz Kutz, wymyślił "bareizm" jako synonim prymitywnych i głupich komedii. - Nie chcę robić filmów wyłącznie dla elity, dla inteligencji. Inteligencja ma tysiące innych sposobów na to, żeby się dobrze rozerwać. Ja umiem robić to, co się ludziom podoba - cierpliwie tłumaczył Stanisław Bareja.

A po jego śmierci "bareizm" radykalnie zmienił znaczenie: dziś tym terminem określamy absurdy jakby żywcem wyjęte z filmów genialnego prześmiewcy.

Dowiedz się więcej na temat: Stanisław Bareja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje