Cały ten seks, czyli anatomia miłości w PRL-u

Jak wyglądało życie seksualne Polaków w czasach, gdy seks był tematem tabu, antykoncepcja mało znana, a choroby weneryczne zbierały obfite żniwo? Odpowiedź przynoszą ciekawostki z planów filmowych i życia ówczesnych gwiazd kina.

Barbara Brylska w filmie "Anatomia miłości"

Lata 70., jeden z prywatnych gabinetów lekarskich w centrum Warszawy. Adres dobrze znany aktorom. "Środowisko leczyło się w zasadzie u jednej pani doktor. Przyjmowała prywatnie, leczyła dyskretnie - mówił Krzysztof Kowalewski. - I otóż zaniepokojony pewnymi objawami, poszedłem do tej poradni dermatologicznej. Wchodzę w tę klatkę, a on wychodzi. Stajemy naprzeciw siebie i jest moment - ja wiem, skąd on idzie, a on wie, dokąd idę ja. Skrępowanie. Pierwszy to rozwiązałem, mówię: »Grzybica?«. »Tak! K..., ale mnie namęczyła«" - wspomina aktor.

Reklama


Spotkany kolega nazywał się Roman Wilhelmi. Przypadłość, zwana w Polsce chorobą francuską (Francuzi nazywali ją włoską), dotknęła również Jana Himilsbacha. Zdarzyło się, że pewna dziewczyna, która przypadła mu do gustu, odradzała, by "posunęli się zbyt daleko", ponieważ jest chora. Aktor odpowiedział jej, że nic nie szkodzi, bo w końcu jest mężczyzną. "I co, złapałeś?" - zapytał go jeden z pacjentów w poczekalni przychodni skórno-wenerycznej. "A jak" - odpowiedział Himilsbach z dumą.

Niezatarte wspomnienia zostawiła w pamięci ekipy filmowej pewna dziewczyna, którą Marek Piwowski zatrudnił jako asystentkę w "Rejsie". "Była małomówna i obojętna. Położyła się w kajucie: kto wszedł, mógł sobie podmuchać. W przerwach paliła papierosa" - wspominał Janusz Kondratiuk. Asystentka zaraziła ponoć tryprem pół statku.

Córeczko, czy ty aby nie za wcześnie zaczynasz?

Wedle powszechnego przekonania życie seksualne kilka dekad temu rozpoczynano później niż dziś. No cóż, bywało z tym różnie. Tadeusz Pluciński wspominał, że inicjację seksualną przeżył jako 13-latek z mamą kolegi. "Nie zrobiła nic wbrew mojej woli. Mogłem wyjść. Miała na mnie ochotę i mnie sobie wzięła". Bywalec warszawskich imprez Janusz Głowacki zapamiętał, że w latach 60. na bramce w klubie Hybrydy stał pewien producent filmowy, który wpuszczał do klubu wszystkich, jak leci: studentów, badylarzy, cinkciarzy, a także pewną 14-letnią Ewę. Kiedyś jej zaniepokojony ojciec zapytał: "Córeczko, czy ty aby nie za wcześnie zaczynasz?". "Tatusiu, ale ja już zaczynam wychodzić z obiegu" - odparło dziewczę.

Kopalnią informacji o życiu seksualnym warszawskich elit jest "Dziennik 1954" Leopolda Tyrmanda. Pojawia się w nim pani Nuna, która płaciła autorowi seksem oralnym za wypożyczenie maszyny do pisania i Halszka, zdejmująca "najgenialniejsze majtki dla niedomytego żeglarza". Najwięcej uwagi pisarz poświęcił jednak pewnej Bognie (naprawdę miała na imię Krystyna), którą poznał, gdy miała zaledwie 14 lat! Po półtora roku zamieszkali razem, a Tyrmand stał się jej korepetytorem i kochankiem. Pokazywał się z nią i nie krył dumy, że ma tak młodą i piękną dziewczynę.

Wcześniejszemu inicjowaniu życia seksualnego sprzyjały powojenne zmiany społeczne, w tym wielkie budowy socjalizmu. "W koszach od śmieci na zwieszonym sznurze/chłopcy latają kotami po murze/żeńskie hotele, świeckie klasztory/trzeszczą od tarła, a potem grafinie/miotu pozbędą się - Wisła tu płynie" - pisał Adam Ważyk w 1955 r. w "Poemacie dla dorosłych", opublikowanym w "Nowej Kulturze".  Aborcja, zwana spędzaniem płodu lub skrobanką, choć prawnie zakazana do połowy lat 50., była powszechnie stosowanym sposobem pozbycia się niechcianej ciąży.

Antykoncepcja? Stosunek przerywany!

W latach 50. Jacek Kuroń, kierownik wydziału propagandy w Zarządzie Stołecznego Związku Młodzieży Polskiej, odwiedzał hotele robotnicze. "Noc w noc trwały hałaśliwe orgie, których przekupiona cerberka nie słyszała. Dziewczyny chodziły w gruzy za parę złotych, za butelkę wina. Mówiono o nich 'gruzinki'. Oczywiście zachodziły w ciążę, niektóre rodziły, oddawały dzieci do Domu Małego Dziecka (...). Były liczne przypadki pozbywania się płodu; skrobanka to była wtedy zbrodnia, dziewczyny używały różnych metod, które pamiętały od znachorek wiejskich, chorowały, umierały. Zdarzało się, że rodziły i zabijały dzieci w gruzach" - opisywał w swej autobiografii "Wiara i wina".

Szacuje się, że w PRL dokonywano kilkuset tysięcy aborcji rocznie. Ze znanych osób do dokonania zabiegu przyznały się Nina Andrycz i Maria Czubaszek.

Podstawową metodą antykoncepcji był stosunek przerywany. W latach 60. pojawiły się wprawdzie w sprzedaży słynne luxi gum, ale panowała opinia, że prezerwatywy z NRD są lepsze niż polskie. Być może było w tym coś na rzeczy, bo to w Niemczech w latach I wojny światowej zaczęto produkować pierwsze na świecie prezerwatywy z lateksu. Opatentował je urodzony w Koninie Julius Fromm. Nazywały się Fromms Act, czyli po prostu Frommsy. Technologia produkcji Frommsów być może przetrwała w NRD, może też nadal od środka posypywano je talkiem. Warto przypomnieć, że najsłynniejsze w międzywojennej Polsce hasło reklamowe prezerwatyw, przypisywane Melchiorowi Wańkowiczowi, brzmiało: "Prędzej ci serce pęknie".

Jednym z największych mitów miejskich PRL-u były opowieści o uczynnych paniach kioskarkach i aptekarkach, które w ramach antyantykoncepcyjnego ruchu oporu przedziurawiały prezerwatywy za pomocą igieł. Udało się potwierdzić jeden taki przypadek (kioskarka we Wrocławiu). Nieprawdziwa jest również popularna pogłoska, że jeden z nieszczęśliwych użytkowników zażądał od Stomilu (największy producent prezerwatyw), aby ten płacił alimenty, albowiem to, co się stało, jest winą ich produktów.

Czarna prezerwatywa najlepsza dla... wdowy!

Jeden raz w Stomilu wyprodukowano czarną prezerwatywę. Jako prototyp. Jakiś ważny urzędnik, który miał podjąć decyzję w kwestii ewentualnego uruchomienia linii produkcyjnej, przyjrzał się uważnie czarnemu kondomowi. Było to podczas spotkania tzw. aktywu, więc zadał pytanie: "Powiedzcie, a komu to ma służyć?" Z sali padła nieśmiała odpowiedź: "Wdowom!".

Siermiężny i pruderyjny PRL od czasu do czasu potrafił zaskoczyć nie tylko kolorem prezerwatyw. Na przełomie lat 70. i 80. w sprzedaży pojawiły się wibratory. Można było je kupić w Domach Towarowych Centrum. Sprzedawano je jako... aparaty do masażu twarzy (być może to ukłon w stronę tradycji. W okresie II RP uważano, że wibratory doskonale radzą sobie z rozmasowywaniem i likwidacją zmarszczek). W legalnej sprzedaży brakowało natomiast pism erotycznych, Polakom pozostawały więc sprowadzane z Zachodu tzw. świerszczyki i, rzecz jasna, kino. 


Era największego rozpasania erotycznego w polskim filmie zapanowała w latach 70. W kinach wyświetlano "Anatomię miłości", w której niezwykle śmiałe sceny erotyczne grali Jan Nowicki i Barbara Brylska. W połowie lat 70. Walerian Borowczyk zrealizował "Dzieje grzechu" z Jerzym Zelnikiem i Grażyną Długołęcką. Pozycję na jeźdźca zaprezentowała w "Konopielce" nauczycielka (Joanna Sienkiewicz) ze Zbyszkiem (Jacek Kałucki), co główny bohater filmu, Kaziuk (Krzysztof Majchrzak), obserwował przez okno. Z kolei seks na stole uprawiali Dorota Kamińska i Edward Żentara (filmowi Dorota i Piotr) w "Karate po polsku".

Lola, Lolita, Zuzia

Wokół celebrytów zawsze kręciły się piękne kobiety. Lola Przyprawka (bo lubiła sobie "przyprawić"), gdy miała pieniądze, stawiała koleżankom czekoladę i pomarańcze. Lolita, czyli Ewa Fichner, prowadziła kalendarzyk, w którym zaznaczała, z kim miała już do czynienia. A uważała, że należy mieć z każdym, kto jest znany. Z kolei Paszcza potrafiła w upał przyjść do kawiarni PIW-u na Foksal w kaloszach.

Zuzia chodziła w długim opiętym swetrze i w sandałach, prowadząc na smyczy spaniela. Wędrowała od jednego mężczyzny do kolejnego, szukając opieki, nazywano ją więc Ping-Pong. Iza, zwana Drabiną, została pierwszą żoną Andrzeja Kondratiuka. Miała urodę damy. Jednak kiedy zaczynała mówić, czar pryskał. Używała wulgarnego języka. Potrafiła powiedzieć do koleżanki: "Ty afrykańska ruro wydechowa...".

Większość tych dziewczyn trafiała do środowiska filmowego dzięki sutenerowi o pseudonimie Siusiaczek (przyrodzenie miał ponoć imponujące). Był taksówkarzem. Został skazany za zamordowanie swej żony, ponieważ zdradzała go z mężczyznami wyższymi od niej o głowę (a sama również była wysoka). "Musiałem ją zabić, bo szacunku by dla mnie nie miała" - tłumaczył.

Przy tym wszystkim doświadczenia erotyczne pokolenia Andrzeja Łapickiego (rocznik 1924) były zupełnie niewinne. "Pamiętam, że wtedy w podupadających kinach dawano czasem rewię. Film był dozwolony dla młodzieży, ale przedtem wchodziła skąpo ubrana pani i robiła taniec brzucha. Mama torebką zasłaniała mi oczy, a ja wychylałem się spod tej torebki, żeby coś zobaczyć".


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje