Budzi duchy Czarnobyla

- Wszystko to, co nieznane, niewyjaśnione, niesłychane, napawa mnie większym strachem, niż ewentualne spotkanie oko w oko z potworem - mówi Oren Peli. I wie, co mówi. To przecież właśnie on, 41-letni, urodzony w Izraelu filmowiec, zmonopolizował niszę niewidzialnych sił jako źródła grozy w kinie i telewizji.

Straszne jest to, co nieznane

Reklama

To Peli napisał scenariusz, wyreżyserował, a wreszcie zmontował nieoczekiwany kinowy przebój za 15 tysięcy dolarów, czyli horror "Paranormal Actvity" (2007), wprowadzony do regularnej dystrybucji dzięki interwencji samego Stevena Spielberga. Sukces części pierwszej zaowocował powstaniem dwóch kolejnych (czwarta będzie miała swoją premierę jesienią tego roku), nad którymi Peli objął opiekę producencką.

Należy jeszcze wspomnieć o innym niespodziewanym hicie, "Naznaczonym" z 2011 r., a także o serialu "The River" (którego antenowy żywot był jednak dość krótki) - także tutaj widz bez trudu rozpozna rękę izraelskiego filmowca.

Tego lata Peli znów przypomina o sobie - a to za sprawą swojego najnowszego przedsięwzięcia, zatytułowanego "Czarnobyl. Reaktor strachu", do którego to filmu napisał scenariusz (reżyserią zajął się Bradley Parker).

Oto sześcioro młodych wczasowiczów, spragnionych ekstremalnych wrażeń, wyrusza do opuszczonego miasta Prypeć na Ukrainie, które niegdyś zamieszkiwali pracownicy elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Miejsce to już od ponad dwudziestu lat nazywane jest Miastem Duchów - nie bez przyczyny, o czym szybko przekonają się nasi turyści, płacąc za tę wiedzę wysoką cenę, mierzoną bólem, łzami, krzykiem i śmiercią...

Miasto bez ludzi

Peli, który odebrał telefon ode mnie w swoim domu w Los Angeles, wyjaśnia, że pomysł na film o Czarnobylu zrodził się w jego głowie podczas "buszowania po sieci". Przez przypadek trafił na fotobloga, na którym zamieszczono zdjęcia Prypeci wykonane przez osoby, które odwiedziły to miasto już po katastrofie. Z kolei na YouTube odkrył filmy nakręcone przez śmiałków, którym udało się wejść do tak zwanej zamkniętej (oficjalnie) strefy.

- Te obrazy powaliły mnie na kolana - mówi. - Rzecz jasna, słyszałem o Czarnobylu i o katastrofie reaktora - wydarzyła się przecież za mojego życia. Nigdy jednak przez myśl mi nie przeszło, że tuż obok elektrowni znajduje się opuszczone miasto, którego mieszkańców ewakuowano w ciągu jednej nocy. Oczywiście, jest to jak najbardziej logiczne - ale po prostu nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem.

- Na świecie jest wiele miast, które wyludniły się z powodu biedy czy złej sytuacji ekonomicznej. W takich sytuacjach mieszkańcy po prostu pakowali manatki i zabierali się stamtąd. Tymczasem w przypadku Prypeci ludziom nie powiedziano nawet, że opuszczają swoje domy na zawsze. Oficjalny przekaz był taki, że muszą wyprowadzić się na kilka dni.

- Tak więc, ponieważ nikt nie miał czasu, żeby się porządnie spakować, cały ludzki dobytek pozostał na miejscu. Dlatego miasto to sprawia dziś wrażenie, jakby cała jego populacja po prostu zniknęła z dnia na dzień. Z upływem lat przyroda zaczęła upominać się o swoje... Nie sądzę, żeby gdzieś jeszcze na świecie istniało miasto takie jak to - mam na myśli miasto względnie współczesne, którego mieszkańcy zwyczajnie odeszli...

- Zdałem sobie sprawę, że w tym miejscu jest coś bardzo przerażającego, dziwnego i smutnego - kończy swój wywód Peli. - A zaraz potem przyszło mi do głowy, że stanowiłoby ono idealną scenerię dla horroru.


Członkowie obsady i ekipy realizatorskiej filmu nie otrzymali co prawda pozwolenia na pracę w samej Prypeci - sam Peli wciąż nie wie, dlaczego właściwie tak się stało - w związku z czym kamery poszły w ruch w kilku innych budzących grozę miejscach, jakich nie brakuje we wschodniej części Europy, między innymi w opuszczonej radzieckiej bazie lotniczej i nazistowskich bunkrach na terytorium Serbii. Jak mówi Peli, to właśnie one napawały wszystkich największą trwogą: - Była to sieć podziemnych korytarzy i bunkrów, zbudowanych przez hitlerowców w czasie drugiej wojny światowej. Było tam strasznie i bardzo niewygodnie.

- Chciałbym również podkreślić (ponieważ pojawiły się w tym względzie pewne mylne informacje), że "Czarnobyl. Reaktor strachu" nie jest filmem typu found-footage, w których wykorzystuje się istniejące już materiały filmowe innych autorów - dodaje. - To prawda, że nakręcony został w bardzo "szkicowy" sposób. Gra aktorów jest bardzo naturalna, bardzo realistyczna, z silnie zaznaczonym elementem improwizacji. Podobnie sposób filmowania jest bardzo naturalny. Przypomina to wczesne dzieła Paula Greengrassa.

Nie tylko Czarnobyl

Oprócz "Czarnobyla. Reaktora strachu", Peli miał zajmować się ostatnio jeszcze kilkoma innymi projektami (co ciekawe, informacje te pochodzą z różnych źródeł, ale nie są potwierdzane przez niego samego). Ma ponoć zająć się produkcją horroru "The Lords of Salem" Roba Zombiego, a także filmu "The Bay". Wyreżyserował również utrzymany w konwencji science fiction thriller "Area 51", który po premierze nie wszedł jeszcze do oficjalnej dystrybucji. Peli grzecznie, acz stanowczo odmawia jednak komentarza na temat powyższych projektów. Zgadza się rozmawiać jedynie o czwartej części "Paranormal Activity".

- Z zasady nie rozmawiam o projektach znajdujących się w fazie rozwoju - tłumaczy. - Jeśli dany film, który w ten czy inny sposób firmuję swoim nazwiskiem, nie miał jeszcze premiery albo nie ma ustalonej daty premiery, nie rozmawiam o nim. Mogę jedynie potwierdzić, że wspomniane przez pana projekty istnieją, a co do "Paranormal Activity 4", to data premiery jest już znana: to 19 października tego roku.

Zaskakujący sukces

On sam zapewnia, że do dziś jest zdumiony - podobnie zresztą jak cały świat filmu i wielu kinomanów - sukcesem tej serii. Pierwsza odsłona cyklu zarobiła w samych Stanach Zjednoczonych ponad 100 mln USD (i niemal drugie tyle na innych rynkach). Sequel okazał się godnym następcą poprzednika, a już trzecia część przyniosła producentom 205 mln USD zysku. Czy "czwórka" pobije ten rekord?

- Sukces pierwszej części przerósł wszystkie nasze oczekiwania - mówi Peli. - Byłbym w zupełności zadowolony, gdyby film po prostu wszedł do kin i został dobrze przyjęty. Nie miałem pojęcia, że nabierze to takiego rozpędu. Gdyby na tym sprawa się zakończyła, nie narzekałbym. Tymczasem później wyprodukowaliśmy drugą część, i ona też okazała się ogromnym hitem, podobnie jak trzecia... Za każdym razem nie możemy wręcz uwierzyć w to, jak entuzjastycznie fani reagują na kolejne odsłony serii - i za każdym razem mówimy sobie: ależ nam się udało!

Peli to dzisiaj gorące nazwisko w świecie horroru. Podobna sytuacja była kilka lat temu udziałem Eli Rotha, kiedy zapanowała moda na filmy spod znaku "torture porn". Niemniej jednak izraelski filmowiec nie sprawia wrażenia, jakby nosił się z zamiarem dotrwania do, powiedzmy, osiemnastej części "Paranormal Activity".


- Teraz na pewno świetnie się bawię - mówi - ale nie sądzę, żebym na dłuższą metę miał się ograniczyć wyłącznie do kina grozy. W życiu nie należy niczego planować. Nie mam pojęcia, co będę robił za sześć miesięcy. Na pewno nie wykluczam możliwości wyjścia poza ramy horroru - wszystko jednak zależy od tego jak potoczą się sprawy.

Ian Spelling

"The New York Times"

Tłum. Katarzyna Kasińska

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: Oren Peli | budzenie | Czarnobyl | film

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje