Bankiet dla Jana A.P. Kaczmarka

Jan A.P. Kaczmarek, laureat tegorocznego Oscara, był honorowym gościem bankietu wydanego w niedzielę, 17 kwietnia, przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich w warszawskim kinie "Kultura". W spotkaniu wzięli także udział inni polscy laureaci prestiżowej nagrody.

Sale kina "Kultura" pękały wczoraj wieczorem w szwach.

Reklama

Na spotkanie z Janem A.P. Kaczmarkiem przyszli najwybitniejsi przedstawiciele polskiego kina - obok Andrzeja Wajdy pojawili się Allan Starski, Sławomir Idziak, reżyserzy i aktorzy. Uroczyste przemówienia wygłosili minister kultury Waldemar Dąbrowski i Andrzej Wajda.

Po części oficjalnej i coctailu obyła się projekcja "Marzyciela", filmu, za muzykę do którego Jan A.P. Kaczmarek został uhonorowany Oscarem.

Zanim bohater wieczoru zniknął wśród tłumu gości, udało nam się zapytać go o wrażenia i plany na przyszłość.

Przyleciał pan z Pragi, co pan tam robił?

Jan A.P. Kaczmarek: Nagrywałem w Pradze muzykę do nowego filmu. Chciałem w Warszawie, ale niestety nie było wolnych terminów w studiach. A do Warszawy przyjechałem, żeby nagrywać solistów i miksować.

Nad jakim filmem pan teraz pracuje? Jaki nosi tytuł?

Jan A.P. Kaczmarek: To jest najtrudniejsze pytanie, ponieważ film nazywa się "Dreamer", trudno inaczej przetłumaczyć niż "Marzyciel" i w tym kontekście jest to chaos. Mam nadzieję, że polski dystrybutor wymyśli jakiś lepszy tytuł typu "Ostatnia przeszkoda" czy "Ostatni bieg".

Podobno zamierza pan wspierać młodych polskich twórców filmowych?

Jan A.P. Kaczmarek: Buduję obok Poznania instytucję (Instytut Rozbitek - przyp. red.), która ma służyć filmowi i głównie młodym twórcom i tam chcę przywozić ze Stanów utalentowanych i utytułowanych filmowców, którzy będą się dzielić tym, co potrafią. Chodzi głównie o to, że nigdy nie brakowało w kraju talentów, natomiast brakuje nam struktury i systemu. A ja bardzo wierzę w amerykański system i kulturę pracy i nawet jeśli film wychodzi im kiepski, to jest on warsztatowo bardzo dobrze zrobiony i musimy się tego nauczyć.

Kiedy Instytut Rozbitek rozpocznie działalność?

Jan A.P. Kaczmarek: W 2006 roku. Wcześniej w Poznaniu będziemy robili przedpremierowe seminaria, pewnie w tym roku latem. Natomiast pierwsze budynki w Rozbitku będą gotowe jesienią 2006 roku.

Proszę powiedzieć kilka słów na temat filmu, nad którym pan obecnie pracuje?

Jan A.P. Kaczmarek: To jest najbardziej amerykański film, do jakiego pisałem muzykę. Dzieje się współcześnie w rodzinie hodowców koni, zastajemy tę rodzinę w stanie absolutnego kryzysu. Głowa tej rodziny, którą gra Kurt Russel, właściwie straciła wszystko - kiedyś miała własne konie, stajnie, a teraz pracuje u bardzo niesympatycznego pracodawcy. Na początku filmu jesteśmy na chwilę przed wyścigiem, bohater widzi, że koń którym się opiekuje, nie czuje się najlepiej, chce powstrzymać go od biegu, właściciel zmusza go jednak do startu, koń łamie nogę i jest totalna klęska i tragedia, która jak zwykle w amerykańskim kinie jest początkiem odnowy. Polega to na tym, że koń po złamaniu nogi zamiast zostać zabitym, jest przez rodzinę tego niefortunnego hodowcy przywracany zdrowiu. Jest tam mała dziewczynka, która jest właściwie główną postacią, gra ją Dakota Fanning - wielka gwiazda, choć ma zaledwie 11 lat. Dzięki jej przyjaźni z tym koniem wraca on do zdrowia, w tym samym czasie rodzina wraca do zdrowia. I jak to bywa w amerykańskich filmach koń na końcu biegnie, mało tego - biegnie bardzo szybko i wygrywa wielki wyścig, który jest finałem filmu. Premiera w USA w październiku.

Jak wygląda praca nad muzykę do takiego filmu, czym będzie się różniła od "Marzyciela"?

Jan A.P. Kaczmarek: Muzyka będzie miała stosowny patos do sytuacji. Trochę inspirowana amerykańską muzyką folkową. Będzie dużo bardziej głośna niż w "Marzycielu", ponieważ jest tam mnóstwo przestrzeni, są wyścigi konne, które wymagają energii i ja będę dostarczał tę energię.

Stowarzyszenie Filmowców wydało dzisiaj bankiet na pana cześć, przybyło wielu znakomitych gości między innymi minister kultury, reżyserzy, aktorzy, posłowie... Ale co oprócz bankietów można zrobić dla poprawy stanu polskiej kinematografii?

Jan A.P. Kaczmarek: Trzeba się spotykać, ja czuję się bardzo związany ze środowiskiem polskiego filmu i wydaje mi się, że dla mnie wartość mojego Oscara jest podwójna, jeśli może on służyć środowisku. I jeżeli w tej walce o ustawę o kinematografii można użyć go jako pewnego argumentu, że jeśli sytuacja sprzyja, system i metoda są, to pojawiają się Oscary. Ja musiałem czekać i pracować na to przez 15 lat mieszkając w USA. Ale można to zrobić też tutaj, pod warunkiem, że uporządkuje się całą tę mechanikę budowania filmów i wyposaży się ludzi w środki, ale także w dyscyplinę, która jest konieczna.

Czy po Oscarze dostaje pan dużo propozycji? Ma pan z tym problem?

Jan A.P. Kaczmarek: Tak, to jest taki miły moment, który wymaga skupienia i pewnej mądrości, żeby nie zabłądzić, bo niektóre propozycje są kiepskie artystycznie, ale niesamowicie kuszące finansowo, inne z kolei są kuszące artystycznie, ale kiepskie finansowo. W tym gąszczu możliwości trzeba znaleźć własną drogę i mam nadzieję, że ją znajdę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje