Andrzej Kondratiuk: Strach na całe życie

Zmarł w nocy z 22 na 23 czerwca. Od lat chorował. Wylew, jaki przeszedł ponad 10 lat temu, wyłączył go z czynnego życia. Był pod opieką żony Igi Cembrzyńskiej, młodszego brata Janusza oraz życzliwych mu ludzi, dla których pozostał wielkim artystą. Wyreżyserował kilkadziesiąt filmów, w tym "Wniebowziętych", "Hydrozagadkę" oraz "Jak to się robi", które śmieszą do dziś.

W środę, 29 czerwca, odbyłsie pogrzeb Andrzeja Kondratiuka

Jest rok 1940. Rankiem w mieszkaniu w Pińsku słychać głośne pukanie do drzwi. To NKWD. Dają rodzinie kilkanaście minut na spakowanie. Ładują z innymi rodzinami do ciężarówki i wiozą na dworzec. Pociąg jechał długo. Aż do Kazachstanu. Zatrzymał się w miejscu o nazwie Ak-Bułak i to był koniec podróży. Bezkresny step, jakieś nędzne lepianki. W takiej lepiance rodzina Kondratiuków przeżyła ponad dwa lata. W chwili deportacji Andrzej Kondratiuk miał sześć lat. Przyglądał się, jak ojciec ciężko pracuje przy zwałce drzewa i załadunku świń wywożonych na front. Był głodny. Skostniały z zimna przy 40-stopniowym mrozie. Śmierć była na każdym kroku. Od tych koszmarnych obrazów i przeżyć pozostał mu strach na całe życie.

Po wojnie rodzina wróciła do Pińska z Andrzejem i Januszem, który przyszedł na świat w Kazachstanie. Ale Pińsk był wówczas w ZSRR. Mama chłopców, Krystyna Kondratiuk, zrobiła wszystko, żeby rodzina mogła wydostać się do Polski. Udało się. Zamieszkali w Łodzi. Rozpoczęli nowe życie. Krystyna Kondratiuk stworzyła w Łodzi Muzeum Włókiennictwa. Andrzej, a kilka lat później także jego młodszy brat Janusz, poszedł na studia reżyserskie w łódzkiej filmówce. To był nie tyle wybór, co przeznaczenie. W dalekim Kazachstanie ojciec chłopców, Arkadiusz Kondratiuk, jakimś sposobem zdobył rzutnik na karbidową lampkę i przezrocza malowane na szkle. Andrzej wpatrywał się w te obrazy i marzył o własnych filmach.

Zaczynał jako współscenarzysta szkolnej etiudy Romana Polańskiego "Ssaki". Już w kręconym na zaliczenie filmie "Chciałbym się ogolić" zaangażował Zdzisława Maklakiewicza.

Reklama

- Po ukończonych zdjęciach wypłacono nam należną ratę. Odbieramy więc wszyscy pieniądze. Pijemy z Maklakiewiczem symbolicznie, po setce. Pełna kultura. Rozstajemy się. Ja idę do SPATiF-u. Tam spędzam noc. Czas mi się kurczy. Rano wracam sobie Nowym Światem, oglądam w okolicy Chmielnej kobiety upadłe, zachodzę do Bristolu po ciepłe bułeczki i kogo pierwszego spotykam? Zdzicha. On się śmieje. "Patrz - mówi - kupiłem za twój film ortalion, ale co ja mam w ortalionie! Ha, ha, ha". Pokazuje zamrożone pół litra z kłosem - pierwszorzędnej eksportowej! No więc jak mogliśmy się z nim od razu nie polubić"! - wspominał reżyser.

Kumpla Maklakiewicza, Jana Himilsbacha, poznał na basenie Legii. - Miał paskudne białe slipy z czerwonym paskiem, które musiał podtrzymywać, bo ciągle spadały - opowiadał. Pożyczył mu pięć złotych na flaszkę. Andrzej Kondriatuk obsadził przyjaciół w filmie "Wniebowzięci".

Najważniejsze filmy zrealizował z drugą żoną, poznaną w SPATiF-ie Igą Cembrzyńską. To "Mleczna droga", "Wrzeciono czasu", "Złote runo", "Gwiezdny pył", "Słoneczny zegar", "Cztery pory roku". Były kameralne, poetyckie, powstawały w nadnarwiańskim Gzowie, gdzie mieli swój drewniany dom.

9 kwietnia 2005 roku reżyser doznał tam wylewu. Iga znalazła go w łazience, kiedy wróciła ze spaceru z psem. Lekarze walczyli o jego życie, a żona o powrót do sprawności. Zrezygnowała z pracy. Stała się pielęgniarką, kucharką, sprzątaczką. - Andrzej jest miłością mego życia - mówiła.

Nie mieli dzieci, więc pomagała im rodzina oraz życzliwi znajomi. Wysiłki oraz rehabilitacja przyniosły dobry efekt. Wspólnie zrealizowali filmowy "Pamiętnik Andrzeja Kondratiuka", w którym reżyser mierzy się z chorobą i przemijaniem. Reżyser od lat nie udzielał wywiadów.

W jednej z ostatnich rozmów (z "Gazetą Wyborczą"), powiedział m.in.: "Jestem jak podróżnik z opowiadania Tołstoja, który bardzo tęsknił za ojczyzną. A na pytanie, gdzie się urodził, odpowiedział: na statku, tylko nikt nie pamiętał, dokąd płynął. A dokąd ja płynę? Do kina, do filmu, który jest niepodobny do innych. Nie wiadomo, do jakiej szuflady mnie włożyć. Najlepiej wziąć oryginał i skremować, wpakować do szuflady z wygrawerowanym napisem: 'artysta osobny'".

PT

Dowiedz się więcej na temat: Andrzej Kondratiuk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje